Życie jak każde inne...

Prywatny punkt widzenia

Wpisy

  • piątek, 21 lipca 2017
  • wtorek, 18 lipca 2017
    • 28/2017

       

      Właśnie trwają dwa tygodnie wyjęte z życiorysu. Szefowa poszła na zasłużony urlop. A ja jako zastępująca- pracuję od bardzo wczesnego ranka do późnego wieczora, z trzy- czterogodzinną przerwą dokładnie pośrodku dnia. Dokładnie tyle, żeby ogarnąć chałupę, coś ugotować, zjeść... i już trzeba z powrotem... I jak już wieczorem wrócę do domu, to nie mam siły na nic. Niby pacjentów mało, bo wakacje, urlopy, ale wieczorem ogarnia mnie takie znużenie, że padam w locie na poduszkę. Po prostu- odzwyczaiłam się od pobudek skoro (bardzo wczesny) świt. O wieczornym czytaniu nie ma mowy, oczy mi się same zamykają, gubię wątki... I tak ciurkiem, przez dwa tygodnie, tylko niedziele "lżejsze", bo sobie mogę pospać... tak gdzieś do 8.30. Rozpusta normalnie. Dobrze, że szefowa chociaż dyżury zamieniła, bo wtedy to w zasadzie chyba przeprowadziłabym się na dwa tygodnie do apteki... Do tego trwa ocieplanie budynku, w którym mieści się moje miejsce pracy. Ani otworzyć okien, ani drzwi na oścież, bo wszędzie fruwają kulki ze styropianu. A za chwilę będzie jazda, bo prawdopodobnie fachmani zdemontują klimatyzator. Może jednak te upały nie przyjdą? Na razie maksymalnie schładzam aptekę, na ile daje się wytrzymać i do tego nie rozchorować się. Ale na ile to wystarczy? Przepisy są jednoznaczne- temperatura przechowywania leków musi wynosić do 25' C. Wolę nie myśleć, co będzie, jak przekroczy...

      Byle do sierpnia... Żebym już nie musiała się o to martwić i użerać z "fachowcami"...

      "Smoczych koncerzy" jeszcze nie skończyłam, wstyd mi, ale zasypiam po dwóch stronach... Poczekam na lepszy czas, bo takie czytanie "z doskoku" jednak zaburza ogólną ocenę... Popołudniami w pracy w oczekiwaniu na pacjentów- na telefonie "Blackout" Marca Elsberga. Przepołowiłam i powiem szczerze, że sytuacje tam opisane mnie przerażają. Bo nie uświadamiamy sobie do końca, jakie mogą być konsekwencje czegoś takiego. Namawiam Ślubnego, żeby przeczytał, w końcu zasilanie awaryjne to jego główna działka... Włos się jeży na głowie, niech to jednak pozostanie tylko fikcją literacką. Niestety- prawdopodobną...

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 lipca 2017 14:58
  • sobota, 08 lipca 2017
    • 27/2017

       

      Tak normalnie- nie pijam mleka. O istnieniu takiego napoju przypominam sobie raz na dwa tygodnie, przy wolnej sobocie, kiedy od wielkiego dzwonu chce mi się kawy (bo tak normalnie to herbaciara jestem). Planując dzisiejsze poranne wyjście po zieleninę pamiętałam- jeszcze pieczywo, gazeta, coś słodkiego do kawy i mleko... Oczywiście- ZAPOMNIAŁAM ! Wszystko inne kupiłam, mleka- nie...

      I nie, nie mogę posłać faceta, bo do jutra żadnego nie ma. Mam wybór- nie pić kawy (po co kupiłam ten kawałek ciasta tylko dla siebie?) albo ubrać się, i iść do najbliższego sklepu (niby 5 minut, ale znów wycieczka z i na czwarte piętro...)

      Czy wygra chęć na kawę, czy moje lenistwo? Entliczek- pentliczek...

      (I-zapewne- jak już wrócę z tym mlekiem- odechce mi się kawy...)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „27/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 08 lipca 2017 10:09
  • piątek, 07 lipca 2017
    • 26/2017

       

      Czytam w tej chwili coś, co uważam, że powinno być lekturą obowiązkową wszystkich przywódców państw. ZANIM wcisną te guziki... Kończę w tej chwili pierwszy tom. Świat po katastrofie nuklearnej. Nie ma wygranych i przegranych... Komu uda się zachować resztki człowieczeństwa?

      Wstrząsająca książka...

      Robert McCammon "Łabędzi śpiew"

      Jak na razie- mój nr 1 w tym roku. Opóźniona jestem, bo wydane było daaaawno.... Zdecydowanie nie jest lekkie, łatwe i przyjemne... Ciary chodzą...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 07 lipca 2017 20:29
  • czwartek, 06 lipca 2017
    • 25/2017

       

      Tak jeszcze odnośnie poprzedniego wpisu, tego o "greckiej organizacji".

      Będąc po raz pierwszy na Kanarach - usłyszałam zdanie: "My mamy zegarki, oni mają czas". Zdanie tyczy się praktycznie całej południowej Europy, Afryki...

      I może dlatego tak wspaniale się tam wypoczywa. Pod warunkiem, że przestawimy się na ich mentalność. I nie przeszkadza nam rozkład jazdy autobusów, który tak naprawdę jest... brakiem rozkładu, bo jeżdżą, jak chcą.  W końcu jesteśmy na wakacjach i... mamy czas :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 lipca 2017 09:39
  • wtorek, 04 lipca 2017
    • 24/2017

       

      O byłym urlopie, czyli grecka (dez)organizacja, czyli o wycieczce na Santorini słów jeszcze kilka.

      Na wstępie- wycieczka fakultatywna z biura podróży, za wygodni jesteśmy na samodzielne wyprawy w tym stylu.

      Być na Krecie i nie popłynąć na Santorini- trochę żal. Tym bardziej, że jest jeszcze tyle innych miejsc do zobaczenia, nie wiadomo, czy tu wrócimy...

      - Popłyńmy...

      - Boję się. Sam widziałeś, co się ze mną działo w trakcie transferu z lotniska. (Tia... 1,5h po wulkanicznych serpentynach, w kilkunastoosobowym dusznym busiku z kolanami pod brodą, miałam wrażenie, że w samolocie jest więcej miejsca... Klima nie wyrabiała, moja choroba lokomocyjna prawie się "sfinalizowała", uratowało mnie wachlowanie plażowym kapeluszem Ślubnego...)

      - Ale popłyńmy... To już nie 5h, tylko 2,5... w jedną stronę. Do portu w Rethymnonie kwadrans wytrzymasz... Weźmiesz polar, wiatrówkę, potem najwyżej będziesz stać na pokładzie zewnętrznym...

      - No weź, 2,5 godziny na zewnątrz, przewieje mnie na wylot... (Przeprawy promowe z Fuerty na Lanzarote faktycznie spędzałam na zewnątrz, ale tam 40 minut dało się wytrzymać... ale tu?)

      - Ale popłyńmy...

      Złamałam się. W dniu wyjazdu wczesne śniadanie, jakieś nędzne kanapki.... dobrze, że tyle było... Transport do portu bezproblemowy... I dziki tłum w porcie, kolejka na prom. Totalnie przekręcone nazwisko na biletach, wzięliśmy te, które zostały, może faktycznie miały być nasze, pierwsza litera nazwiska się zgadzała ;). Otworzyli bramkę na prom, tłum ruszył... Ktoś oderwał jakieś kupony z biletów i... kazali przechodzić pasażerom slalomem, pokładem samochodowym, między parkującymi autami. No fajnie się zaczyna... Załapaliśmy miejscówkę na górnym pokładzie, dało się jeszcze wybrać, więc zażyczyłam sobie pod wylotem klimy. Podróż, której najbardziej się bałam- minęła bezproblemowo. Tylko czytać nie mogłam, ale to moja choroba lokomocyjna dopuszcza tylko w samolocie i momentami w pociągu. Ale torebek- rzygałek na promie nie namierzyłam, przezornie miałam coś ze sobą, na szczęście nie było potrzebne. Promy kursujące na Lanzarote mają takie w standardowym wyposażeniu przy wejściu...

      Prom jeszcze sobie płynie z pełną prędkością, niby widać wejście do portu, ale załoga już zgania ludzi z miejsc, każe kierować się do wyjścia... No gdzie, w biegu będziemy wysiadać? Okazało się, że prawie... Manewry w porcie już z ludźmi, stojącymi między autami na pokładzie samochodowym, wypełnionym prawie na full. Za bezpieczne to mi się nie wydało, ale ponoć tak jest... Bardziej to przypominało szybki desant...

       Santorini jak Santorini, miejsce przepiękne, stosunkowo drogie... Zdjęć w necie jest pełno... Pogoda potraktowała nas łaskawie, bo słońce troszeczkę się chowało i nie prażyło tak bardzo... Ale nie wyobrażam sobie, że przyjeżdżam tam na urlop na tydzień, płacę za kwaterę jak za zboże, a tłumy turystów chodzą mi "po głowie" i zaglądają na taras albo do basenu wielkości dużego łóżka... Ciasno... Rezydent ostrzegał nas, żebyśmy pilnowali portfeli, ale kogoś z naszej wycieczki ponoć okradli...

      W drodze powrotnej autokarem okazało się, że prom jest opóźniony, że gdzieś stoi w kolejce do wejścia do portu, że jeszcze gdzieś pojedziemy. Winnica. Owszem, fajnie, ale za mało czasu na napicie się kawy... Trochę szkoda. Przyjechaliśmy do portu, promu nie ma... Po jakichś tajemniczych telefonach pilotka mówi, że za jakieś 40 minut... Zadekowaliśmy się w barze, wzięliśmy piwo, od razu zapłaciliśmy... Piwo lodowate, smakuje wybornie, duszkiem wypić się nie da... Po jakichś 10 minutach dobija do stolika obok grupka trzydziestolatków z naszej wycieczki i zamawia piwo, wino, coś do jedzenia... Po czym jeszcze przed otrzymaniem przez nich zamówienia widzimy, że pilotka biegnie do nich (i do nas), że mamy płacić i biegiem na prom, bo documował tak, że go nie było widać... Piwo dopijane w biegu zmraża zęby, towarzystwo obok bierze na wynos co się da i biegniemy... Jakieś 20 minut wcześniej w stosunku do tego, co było powiedziane. Wchodzimy na prom, oczywiście- a jakby inaczej- pokładem samochodowym, teraz już luźnym- jako jedni z ostatnich pasażerów. Nie zdążamy jeszcze wyjść na górę, a prom już zaczyna manewrować i odbijać od nabrzeża. Czy tam się wszystko robi biegiem? Na szczęście miejscówka pod wylotem klimy wolna... Wyjście z promu w Rethymnonie - w biegu, prom jeszcze nie zaczął hamować, a nam już kazali schodzić na pokład samochodowy... Tłum ludzi stojący na pokładzie, wszyscy skierowani w jedną stronę, twarzami do wyjścia, rufa podniesiona pod kątem 45', prom obracający się wokół własnej osi, widać, że jesteśmy w porcie... Zmierzch... Scena jak z "Bliskich spotkań 3. stopnia" albo podobna, wszyscy "podążający w stronę światła"...  Niesamowity widok, niesamowite wrażenie przez dziwną "filmowość" tej sceny...

      A potem dobicie do nabrzeża i błyskawiczny desant... Nie wiem, czy ten prom stał tam 5 minut...

      I dojazd do hotelu... I koniec pięknej wycieczki... I nie zdjęcia są ważne, ale to, co zostało w sercu... Jak u Pratchettowskiego Dwukwiata...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „24/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 lipca 2017 11:34
  • środa, 28 czerwca 2017
    • 23/2017

       

      "Dziewczyna z pociągu"- jednak zdecydowane NIE. Nie podobało mi się i już, nie mój typ, nie moja narracja. Może z raz poczułam zainteresowanie fabułą... Nadal nie rozumiem światowych zachwytów, filmu nie widziałam, nie zamierzam...

      Tak się nieszczęśliwie składa, że w związku z sezonem urlopowym chadzam do pracy w różnych dziwnych godzinach. I najwięcej czasu na czytanie mam... hm... w pracy właśnie. W domu "łapię" tylko parę stron przed snem, dopóki nie orientuję się, że zgubiłam wątek, bo przysnęłam. Na więcej nie mam czasu. W związku z tym "Smocze koncerze" nie idą mi w takim tempie, jak bym chciała. Za to na telefonie zaczęłam cykl "Kobiety z ulicy Grodzkiej". Czyta się to jak bajkę dla dorosłych, typowo babska lektura, obyczajowo- romansowa. Bardzo przyjemna zresztą, w sam raz na przerwy w pracy. Nie przepadam w sumie za literaturą tego typu, ale raz na jakiś czas można przeczytać i bajkę ;)

      Starszy zwalczył sesję, z zacną średnią 4,5 chyba nawet załapie się na jakieś stypendium naukowe. Nawet warunek z biochemii z zeszłego roku, który spędzał wszystkim sen z powiek, został w końcu zaliczony. Ale Starszy zdecydowanie biologiczno - chemiczny nie jest. Prześliznął się 0,1 pkt ponad progiem zaliczeniowym, ale do przodu. Uffff....

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 28 czerwca 2017 19:46
  • sobota, 24 czerwca 2017
    • 22/2017

       

      Dlaczego ten czas tak zapier...??? Dawno mnie nie było... Zdążyłam być na tygodniowym urlopie, wrócić z niego i o nim zapomnieć... Pozostały tylko resztki opalenizny... Byle do Fuerty we wrześniu, już się nie mogę doczekać. I przeczytałam pół tony książek różnych i różniastych...

      Nie należy przed urlopem czytać o miejscu docelowym, opisanym zupełnie inaczej niż w przewodnikach. Bo Kreta, opisana w książce Marty Guzowskiej "Wszyscy ludzie przez cały czas", naprawdę nie jest zachęcająca. W książce był kwiecień, a my na szczęście byliśmy na początku czerwca i nie było trzęsień ziemi ani wichur. Za to było tak gorąco, że z zabytków kultury kreteńskiej poznałam... rakomelo (ichniejszy alkohol, podkręcany miodem, na zagrychę czekoladki :) ) i plażę przyhotelową - wyłącznie pod parasolem, bo nie dało się spod niego wyjść. Na jakiekolwiek wycieczki typu Heraklion, Elafonisi czy Knossos dla mnie było za gorąco- pamiętam jeszcze nieszczęsny październikowy pobyt w szpitalu... A to był dopiero początek czerwca, nie wyobrażam sobie tam lipca czy sierpnia... Ślubny namówił mnie tylko na wycieczkę promem na Santorini, trochę się bałam, ale się udało bez problemów. Pogoda sprzyjała, bo tego dnia słońce troszeczkę się schowało... Santorini przepiękne... Natomiast ja- malkontentka, wyobraziłam sobie te wszystkie marmurowe,lekko pochyłe chodniki i schodki w styczniu, mokre, może nawet lekko oblodzone... i już nie chcę mieszkać na Santorini ;)

      A jeśli chodzi o cykl Marty Guzowskiej z mocno nadużywającym antropologiem Mario Yblem- cóż, uczucia mam mieszane... Bodajże w pierwszym tomie cyklu pada sławetne sformułowanie: "Archeologia jest nudna jak flaki z olejem". Z czterech książek w cyklu najbardziej podobała mi się ostatnia- może dlatego, że rozbudowywała trochę związek... Może dlatego, że najmniej w niej było archeologii... Przy pierwszych trzech przyznam, że momentami się nudziłam... Jednak- jeśli ktoś jest pasjonatem- polecam.

      Na urlopie- na leżaku pod parasolem- "schładzałam się" Mrozem... Choć to może niefortunne określenie, bo zarówno w piątym tomie cyklu z Chyłką, jak i w czwartym z cyklu z Forstem- akcja tak galopuje, że można się porządnie spocić... Lektury na jeden plażowy dzień... I potem pustka, i nie wiadomo co czytać, bo niewiele lektur może dorównać tempem akcji... Ale to zdecydowanie lekkie i przyjemne lektury urlopowe, nic wielkiego. Niczym wielkim nie były również "Kwiat paproci" i "Żerca" Katarzyny Bereniki Miszczuk. Przeczytałam z sentymentu do autorki, zapewne za dwa miesiące nie będę pamiętać, o czym to było...

      A potem zonk, bo wzięłam się za "Kurort Amnnezja" Anny Fryczkowskiej. Tej książki zdecydowanie nie można nazwać lekką, łatwą i przyjemną. Niestety, czytanie na leżaku nie wchodziło w grę, nie miałam ochoty na ciężką powieść psychologiczną... Utknęłam i porzuciłam na rzecz "Życia na wynos" Olgi Rudnickiej. Jednak z przykrością muszę stwierdzić, że "Natalie" to nie są, niestety... Chyba nie najlepiej to o mnie świadczy, ale urlop to urlop i ma być przyjemnie. Pewnie kiedyś do tego "Kurortu" wrócę i skończę, ale... za jakiś czas...

      W pracy też praktycznie wakacje... Zdarza się, że po pół godziny nikogo nie ma... Wszystko zrobione, mam siedzieć i gapić się w okno albo w sufit? Prasa branżowa wyczytana do ostatniej literki, wszystkie krzyżówki i sudoku rozwiązane, internetu nie da się przeglądać, bo jedna strona z forum branżowego potrafi ładować się dwie minuty (!!! tak!!! zmierzyłam!!! ) Nie da rady... Ściągnęłam czytnikową aplikację na telefon (noszenie czytnika do pracy wydawało mi się jednak zbyt ostentacyjne ;) ). I w ten sposób "zaliczyłam" trylogię z Wysp Owczych Ove Logmansbo- czyli Remigiusza Mroza oczywiście. I znowu- akcja galopuje, trzeci tom jest taki, że cały czas się zastanawiałam: wysadzą tę atomówkę, czy nie, zatopią ten prom, czy nie, czy główny bohater przeżyje? Nie dało się odłożyć na kolejny dzień, kończyłam w domu. Bardzo dobre "zabijacze czasu".

      Natomiast co do "Prokuratora" Pauliny Świst to uczucia mam mieszane. Autorka pdbiła sobie nakład i "czytalność" pikantnymi opisami tego, co para wyczynia w łóżku i nie tylko. Nie to, że się zgorszyłam, albo jestem na TO za stara (bo nie jestem ;) ). Po prostu- nie potrzebuję tego w lekturze. Po wycięciu co paru pikantniejszych opisów zostaje w miarę poprawna powieść pół-sensacyjno-psychologiczno...nie wiem jaka... Klasy co najwyżej C, jeśli idzie o ścisłość. Na urlop się nada, ale nic poza tym. Chyba nawet gorsze od Katarzyny Bereniki...

       I zaczęłam "Dziewczynę z pociągu" Pauli Hawkins. Dzisiaj, na telefonie w pracy. I po przeczytaniu jakichś 20% nie rozumiem, czym tak naprawdę zachwycił się świat. Czy to ma aż taki potencjał, żeby na tej podstawie pisać scenariusz i kręcić film? Czy to się potem rozkręca? Bo jak na razie dla mnie- to bełkot skopanej przez życie alkoholiczki...Brutalne? Może źle oceniam, może potem jest lepsze... Jeśli uda mi się skończyć i się jakoś rozwinie- to odszczekam. Na razie- nie rozumiem ekscytacji...

      Wygląda na to, że mam "napoczęte" aż trzy książki... Bo na czytniku "Kurort Amnezja", na telefonie "Dziewczyna...", a "w papierze"- "Smocze koncerze" Andrzeja W. Sawickiego. I tak naprawdę do tej ostatniej pozycji podchodzę z największą ciekawością, bo zapowiada się co najmniej interesująco... Promieniowanie ezoteryczne... hm...  Pewnie tę ostatnią pozycję skończę najszybciej...

      Reasumując- jak ktoś szuka lekkich lektur urlopowych- polecam Mroza w ciemno. Nie trzeba się za bardzo zastanawiać, intryga mało skomplikowana, jednocześnie napisana w bardzo "zasysający" czytelnika sposób.

      I zaczęły się wakacje... Starszy walczy z sesją. Młodszy skonczył I klasę LO. Wynikami niestety, pochwalić się nie możemy, tróje z polskiego, niemieckiego, matematyki i chemii. Reszta- czwórki... Najbardziej mnie martwi ta trója z matmy, bo profilowa... Ale jeśli ma się klasę typu "dream team" i chodzi do szkoły prawie wyłącznie w celach towarzyskich- jak pozostali... Jedna z najniższych ogólnoszkolnych klasowych średnich i... najwyższa frekwencja w szkole... Coś w tym musi być...

      A wpis na blogu stąd, że mam sobotnie popołudnie i niedzielny poranek bez testosteronu w domu. Starszy- sesja. Młodszy wybył na doroczny biwak harcerski na zakończenie roku, a Ślubny pojechał do znajomych na spływ kajakowy z noclegiem pod namiotem. Usilnie mnie wszyscy namawiali, na szczęście wykręciłam się sezonem urlopowym i przymusem pójścia do pracy. Poza tym- za wygodna jestem na dwuosobowy namiot gdzieś w polu... Przypałętała mi się do tego jakaś alergio- infekcja, z którą walczę od tygodnia ze skutkiem co najwyżej połowicznym... Nos zatkany, w gardle drapie... I nie da się ukryć- w ciągu jednego takiego popołudnia odpoczywam tak, jak na tygodniowym urlopie. Nikt nic nie chce, w kuchni jak posprzątane, tak posprzątane i nie ma, że za dwie godziny bateria brudnych kubków zdematerializuje się na blacie... Idę otworzyć piwo i czytać "Smocze koncerze". Jak urlop, to urlop- choćby tylko kilka godzin ;)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „22/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 24 czerwca 2017 20:35
  • piątek, 12 maja 2017
    • 21/2017

       

      Czytanie "Siły niższej" Marty Kisiel przed wyjściem do pracy skutkuje spóźnieniem do tejże, niezależnie od pory, na jaką tę karkołomną czynność mielibyśmy wykonać. Słuszne skądinąd założenie wyjścia z domu kwadransa wcześniej i zrobienia zakupów przed pracą (bo po wyjściu z niej marzę już tylko o dojściu ostatkiem sił do domu, a nie o staniu w kolejkach)- spala na panewce. Po zakupy posyłamy telefonicznie małoletnie dziecko, przykazując mu zapłacić z własnego kieszonkowego, jako że zamierzaliśmy płacić kartą i gotówki w domu w wystarczającej ilości nie posiadamy. Listę zakupów redukujemy do ilości chleba niezbędnej na rano na dzień następny i kilku plasterków żółtego sera do tegoż chleba. Zakupy "obiadowe" można przecież zrobić kiedy indziej.

      Spóźnienie do pracy na 13.? O kwadrans? Macie jakieś wiarygodne tłumaczenia? W pośpiechu nawet nie zadzwoniłam, że się spóźnię...

      A na serio. Początek jest trudny, bo trzeba przyzwyczaić się do wielokrotnie złożonych, piętrowych zdań. A potem już leeeeciiiii.... zarwana noc, spóźnienie do pracy, brak kontaktu z rodziną. Dopóki nie nastąpi koniec. Raczej zdecydowanie mniej śmieszne, niż "Dożywocie", kaliber problemów większy i bardziej  hm... ogólnoludzki... Ale bohaterowie ci sami, pojawiają się nowi, mniej lub bardziej sympatyczni. Na odcięcie się po ciężkim dniu- polecam.

      Siekierko- specjalnie zwracałam uwagę, fabularnie- takie sobie. Po prostu kolejne epizody z życia bohatera, przyjmującego na klatę, co los przyniesie i Ałtorka wymyśli. Niemniej Martę Kisiel kocham i biorę w ciemno wszystko, co napisze.

       

      I skończyłam "Na nocnej zmianie". Jak to w antologii- opowiadania lepsze i gorsze. Pomysły niejednokrotnie powalające, aż żal, że nie są fragmentami czegoś większego.  Na końcu kilka utworów autorów już znanych. I o ile do debiutantów zastrzeżeń nie mam, to myślę, że Andrzej Pilipiuk mógłby jednak postarać się bardziej. Mam wrażenie, że to było na zasadzie "macie i odwalcie się ode mnie". Ktoś czytał i ma może inne zdanie?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „21/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 12 maja 2017 09:49
  • sobota, 06 maja 2017
    • 20/2017

       

      Wczoraj zapomniałam.

      Po raz pierwszy odkąd pamiętam, kasztanowce przy mojej ulicy "nie wyrobiły się" z zakwitnięciem na matury. Nawet nie wiem, czy zdążą do poniedziałku. Chociaż dziś jest ciepło, wychodzi słońce, może...

      Podobno mamy ocieplenie klimatu?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 06 maja 2017 10:26
  • piątek, 05 maja 2017
    • 19/2017

       

      No i po majówce. Po raz kolejny sprawdziło się, że jak się bardzo nie chce, to okazuje się, że jest fajnie- proporcjonalnie do tego "niechciejstwa"...

      Wyjazd skoro świt w sobotę rano. Po superdeszczowym piątku nie pada. To już jest nieźle... Tylko dlaczego trzęsę się w legginsach termo pod dżinsami i w zimowej kurtce? Jest koło +2'C. I lodowaty, obierający do kości wiatr...

      Droga- pełne zaskoczenie, prawie pusta, zero jakichkolwiek korków. Fakt- nie jechaliśmy głównymi, tymi najbardziej obleganymi. Nawierzchnia może trochę gorsza, ale praktycznie zero ruchu. Wizyta w moim rodzinnym miasteczku, na cmentarzu i potem objazd w kółko. Zero sentymentu, w sumie ponad pół życia już mnie tam nie ma. Minimalne drgnięcie serca na widok liceum... i tyle... Na szczęście nie spotkałam żadnych znajomych... Sobota, 9.rano, zimno... komu by się chciało spacerować. I już...

      Na miejsce dojechaliśmy koło 12, zakwaterowanie w osiemnastowiecznym dworku, atmosfera... hm... muzealna... Pokój na szczęście ogrzewany, okolica przepiękna, duży, zielony teren, jezioro... Tylko dlaczego, k... jest tak zimno, jakby to był luty a nie koniec kwietnia?

      Co tu robić? Znajomych jeszcze nie ma, Ślubny stwierdził, że na rower za bardzo wieje, niebo zachmurzone... Trzeba wyrobić dzienne 10000 kroków... tia... Idziemy na spacer, wzdłuż totalnie nieuczęszczanej drogi. Czapka, szalik, rękawiczki, bielizna termo, zimowa kurtka. Lodowaty wiatr przenika na wylot. Twardzi jesteśmy, dajemy radę. Po dwóch godzinach dreptania wracamy do hotelowej restauracji na gorącą zupę i... decydujemy o wypadzie do Mrągowa, rzut beretem antenką do góry. W mieście jakieś zawody w kolarstwie crossowym, wiatr, momentami mżawka... Biedne dziewczyny obstawiające trasę sinofioletowe z zimna, któraś owinięta w koc. Cudem znajdujemy miejsce w jakiejś knajpie, rzucamy się do właśnie zwolnionego, jeszcze nieuprzątniętego stolika. nie, nie z głodu. Po prostu w pomieszczeniu nie wieje, jest ciepło, można zdjąć kurtkę... Coś jemy, wracamy do hotelu, robi się wieczór... Zakutani w większość posiadanych ciuchów idziemy na piwko w plenerze, a potem do restauracji na kolację ze znajomymi. Przeciera się, momentami widać błękitne niebo, a po wyjściu z restauracji około 22 niemożliwą ilość gwiazd. Chwyta przymrozek...

      Następnego dnia po śniadaniu komisyjnie ruszamy do kolejnych znajomych, mających bazę wypadową kilkanaście kilometrów dalej. Towarzystwo jedzie na rowery, zostaję na miejscu, bo ja "nierowerowa". Jest SŁONECZNIE (!!!), choć momentami się chmurzy. Siedzę w zacisznym miejscu, czytam książkę. Jak świeci słońce, można się rozebrać do polara, nawet leciutko podwinąć rękawy. Jak się schowa- zimowa kurtka, czapka, szalik... Naprawdę jest 1.maja?

      Siedziałam tak sobie- sama i potem w towarzystwie- parę godzin... Wieczorem zaskoczenie- piecze mnie twarz, wzięło mnie wiosenne zdradliwe słoneczko, wyglądam jak upiór... w sumie rano użyłam kremu, ale nie przypuszczałam, że dobrze byłoby się posmarować filtrem 50 ;). Trudno... Nie mam nawet podkładu, żeby trochę zatuszować ten rumień przy pójściu na kolację. Potem spotkanie u nas w pokoju, delikatne winko, rozmowa... Miły wieczór...

      I już poniedziałek, trzeba się zbierać do powrotu, we wtorek idę do pracy. Droga daje nam w kość, świeci ostre słońce, samochód się nagrzewa. A jak się otworzy okno- dmucha lodowaty wicher. Na szczęście ruch jest umiarkowany, może dlatego, że to w sumie środek majówki, a my jedziemy wcześnie... W domu jest nawet czas na złapanie oddechu, chłopcy nawet nie imprezowali za mocno, jest ok.

      Wtorek. Pogoda w sumie najlepsza z dotychczasowych dni, wieje, ale jest odrobinkę cieplej, świeci słońce. Idę do pracy, Ślubny ma na szczęście wolne. Zaprosił na wieczór znajomych, musi zrobić jakieś zakupy. W sklepach ponoć amok, problem z pieczywem. Na szczęście można kupić jakieś odpiekane mrożone w sieciówce. Na drugi dzień niezbyt jadalne, ale czymś gości podjąć trzeba. Po powrocie z pracy robię dwie sałatki, trochę wędliny, sera, wina... Spędzamy ze znajomymi fantastyczny wieczór. Pochmurna, zimna środa, spędzona na "nicnierobieniu", gapieniu się w telewizor, komputer, czytaniu. Ślubny nie był w stanie wyciągnąć mnie na spacer, pogoda nie zachęcała. Po południu zaczęło znowu padać. A ja musiałam się rozgrzać, bo jednak po sobocie i niedzieli cały czas czułam się przemarznięta.

      I już powrót do rzeczywistości. Ten tydzień pracowo dziwny, krótki. Wczoraj z małymi przerwami cały dzień padało. A ja od wczoraj usiłuję się nie rozłożyć, jakieś dziwne "przeziębieniowe" samopoczucie, czuję pęcherz... Spacery w lodowatym wichrze robią swoje...

      Lekturowo- od wielkanocy nie mogę się ogarnąć, może to wina zintensyfikowanego życia towarzyskiego. Skończyłam Gaimana "Amerykańskich bogów". Pierwsze spotkanie z tym autorem... muszę przemyśleć, nie mogę napisać, że mi się nie podobało, ale jakoś tak nie do końca mój typ... "Studenty" Dawida Ratajczaka- moim dzieciom bardzo się podobało, rechotali przy tym strasznie, cóż... chyba za stara jestem i za dużo lektur mam za sobą. Infantylne. To samo mogę powiedzieć o "Chemiku" Stephenie Meyer. Kiedyś, jak byłam młodsza (ha, ha, jak to brzmi!!!!) przeczytałam sagę "Zmierzch" i "Intruza". I nawet mi się podobało. "Chemik" w sposobie pisania do "Intruza" zbliżony, ale w międzyczasie ja się postarzałam. Lektura dla- tak to się chyba teraz określa- "young adult". Trochę sensacji, trochę romansu. I tyle. Rozgrzebałam "Na nocnej zmianie"-pióra Falconu, na pewno skończę, pewnie niedługo. Rozgrzebałam "Slade House" Davida Mitchella, jest świetna. Chciałabym się nią podelektować, więc odłożyłam na mniej zwariowany czas, kiedy nie będę wykradać innym zajęciom po 10 minut na książkę. Na wyjeździe w końcu "Dom czwarty" Puzyńskiej, poprawne i trzyma poziom, czekam na kolejną, bo zajawki zapowiadają się nieźle i znowu gmatwają losy bohaterów. Taki typ książki, że po trzech miesiącach człowiek się zastanawia, o czym to było... Takie typowe na urlop. A od przedwczoraj "Olga i osty" Agnieszki Hałas. Początek taki sobie, ale jak już się rozkręciło... Jeszcze nie skończyłam. Fantasy? Realizm magiczny? Zapis psychoterapii i sposobu na uporanie się z demonami przeszłości? Świetne, bardzo mnie wciągnęło. Idę jeszcze trochę poczytać przed pójściem na drugą zmianę... Siekierko, na Twoich polecankach zawsze mogę polegać :)

       

      Edit: Wpis zapisywany na wszelki wypadek w edytorze zewnętrznym. Napisałam jedno zdanie, zapisałam jako robocze. Potem edytowałam wpis, co akapit zapisując jako wersję roboczą, uprzednio kopiowaną gdzie indziej. Może to jest metoda? Bo NIE ZŻERAŁO i grzecznie zapisywało. I potem opublikowało bez protestów...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „19/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 05 maja 2017 11:10
  • środa, 26 kwietnia 2017
    • 18/2017

       

      Ślubny wymyślił "majówkę".  5 godzin jazdy samochodem w jedną stronę (jak nie ma korka). Tia... Kumpel go namówił, tylko że oni mają na dzień dobry ze 100 km bliżej... Znamy się bardzo dobrze i długo, spotykamy się zdecydowanie za rzadko, ale... Wyjeżdżamy w sobotę skoro świt, albo jeszcze wcześniej, wracamy w poniedziałek, bo we wtorek idę do pracy. Hotel- jak zobaczyłam cenę, to mi się lekko osłabło... Myślałam, że to za 2 osoby, a nie za jedną. Tak sobie liczę, że te 2 dni to po całości lekko planując 1/2 mojej pensji. Albo więcej, bo zapomniałam o paliwie. Prognozy pogodowe raczej łóżkowo-barowe, jak sobie pomyślę o dwóch noclegach w zimnie i wilgotnej pościeli, to mi się odechciewa wszystkiego. I o tym owczym pędzie, bo wszyscy MUSZĄ wyjechać na majówkę. Pokłóciliśmy się... Foch... I padł argument, że przesiedzimy w domu, każde zapatrzone w swój komputer albo w swoją książkę... I przydałoby się nam zmienić otoczenie... No dobrze, tylko dlaczego wtedy, kiedy wszyscy koniecznie muszą się przemieszczać po całym kraju i przy prognozach na zimową kurtkę i kalosze... Brrrrr... Zamierzam zapakować polarową piżamę...

      Do tego trasa przejazdu "po drodze" przez moją rodzinną miejscowość, w planach odwiedziny na cmentarzu. Mam nadzieję, że będzie na tyle wcześnie, albo na tyle parszywa pogoda, że nie spotkam nikogo znajomego. Jakoś nie mam ochoty na spotkania po latach. Włączył mi się totalny tryb aspołeczny. NAPRAWDĘ najchętniej przesiedziałabym w domu, przed komputerem i pod kocykiem z książką i herbatką. No cóż... 25 lat małżeństwa to jednak sztuka kompromisu...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „18/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 26 kwietnia 2017 19:22
  • piątek, 21 kwietnia 2017
    • 17/2017

       

      Uwaga. Będą moje rozważania o wierze. Może to wina okołowielkanocnego czasu, może ostatnich wydarzeń... Lojalnie uprzedzam, że mogę kogoś zgorszyć. Wrażliwych na punkcie wiary uprasza się o nieczytanie...

      Podobno nie ma takich zwierząt, jak "katolik wierzący- niepraktykujący". To... nie jestem katolikiem... Wierzę w jakiś nadrzędny Byt Absolutny, może nazywać się Bogiem. Wierzę w Siłę Sprawczą Wszystkiego. Wychowanie we wszechobecnej wierze katolickiej odcisnęło i na mnie swoje piętno. Staram się kultywować tradycje, obchodzę główne święta kościelne. Ale nie chodzę co niedziela do kościoła, nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam u spowiedzi. Czuję wewnętrzny opór przed mówieniem drugiemu człowiekowi czegoś, czego tak naprawdę się wstydzę. Pokora jako warunek spowiedzi- brak mi jej... A ten ktoś nie jest wcale miłosierny, tylko będzie oceniał... Tak, chodzi mi o boskiego przedstawiciela w konfesjonale, który z założenia ma w imię Boga- wybaczyć. Może nie spotkałam do tej pory spowiednika z prawdziwego zdarzenia...

      Krąży sobie po internecie ostatnio "nowa lista grzechów", z których należy się spowiadać. Kto chce, może sobie znaleźć. Z góry uprzedzam- wiem, że to podpucha i oficjalnie taka lista nie istnieje.

      Ale- co niektóre nawet mają sens, np. ten o niepaleniu śmieci, hejcie w internecie czy świadomej produkcji niezdrowej żywności. I zaczęłam się zastanawiać, jakby w świetle tej listy wyglądała moja spowiedź.

      Jednym z warunków sakramentu pokuty jest mocne postanowienie poprawy. Moje przekonania są takie, że głośno i oficjalnie popieram in vitro, antykoncepcję hormonalną (sama używam), a także prawo do decydowania, ile dzieci i kiedy chce się mieć. Moje dzieci wiedzą, że jeśli im czy komuś z kolegów czy koleżanek przytrafiłaby się np. pęknięta prezerwatywa- to mają nie unikać tematu, tylko JAK NAJSZYBCIEJ przyjść i powiedzieć. O "czymś bardziej" też. Naprawdę, można sobie "gdybać", protestować, itd. Dopóki taka sytuacja bezpośrednio nie dotknie protestującego."Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono"- ten cytat z Wisławy Szymborskiej niech dokończy temat aborcji... Nie, nie byłam postawiona w takiej sytuacji. Ale znam osoby, które były. I nie mnie je oceniać.

      Ale wróćmy do mocnego postanowienia poprawy. Spowiadam się z tego, że popieram in vitro, załóżmy, że dostaję rozgrzeszenie. Ale NA PEWNO nie mam zamiaru zmienić poglądów i nadal je będę popierać. W związku z tym nie spełniam warunków sakramentu pokuty, nie jestem w stanie łaski uświęcającej i według nauczania kościoła nie mogę przystąpić do komunii...

      Dlatego nie chodzę do spowiedzi, bo uważam, że byłoby to czystą hipokryzją. A na pokaz, żeby sąsiedzi widzieli- tego robić nie zamierzam.

      Dlatego też odmówiłam bycia chrzestną dla Bratanicy. Brat z Bratową są uprzedzeni, że mentalnie i tak czuję się chrzestną obu ich córek- i nic tego nie zmieni. Ale- rodzice chrzestni mają dbać o wychowanie w wierze. Jakie wartości przekaże dziecku ktoś, kto kościół omija szerokim łukiem? Komu zdecydowanie nie odpowiada "obsługa naziemna" (cytat z komentarza jakiegoś rozgarniętego dziecka, przeczytany niedawno na "gazeta.pl" - po tym komentarzu podobno matka wypisała dziecko z lekcji religii). Nie będę udawać, że żałuję za swoje przekonania i poglądy. A za stara jestem na to, żeby ktoś siedzący po drugiej stronie kratki i wyznający określony światopogląd -w imię niego mną pomiatał. Tu gdzie mieszkam bardzo mocno personalnie widać rozdźwięk między podstawowymi założeniami wiary (dobroć i miłosierdzie), a ich praktyczną realizacją. "Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem..." I nawet dam się ukamieniować- ale temu bez winy...

      Może do tej pory nie spotkałam spowiednika z prawdziwego zdarzenia. Może nie szukałam... Ale NA PEWNO nie jestem na to gotowa... Staram się żyć tak, żeby nikomu przeze mnie nie stała się krzywda. I już...

       

      Jeśli Ktoś skomentuje ten wpis- nie oczekujcie na polemikę. To są MOJE poglądy. Niemerytoryczny hejt dla hejtu będę kasować.

      (I znowu, gdyby nie zewnętrzny edytor- raczej nie napisałabym tego wpisu po raz drugi. Znów zeżarło przed publikacją).

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „17/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 21 kwietnia 2017 22:01
  • środa, 19 kwietnia 2017
    • 16/2017

       

      Uffff... przeżyłam święta... jakoś...

      Sobotnie popołudnie i wieczór spokojne, w najbliższym gronie rodzinnym. Kolacja... troszeczkę za dużo alkoholu...

      Niedziela. Drobne niedogodności związane z wczorajszym alkoholowym wieczorem. Od 11 młyn, mama, teściowa, brat z żoną i dziećmi. Ja do dzieci w wieku przedszkolnym naprawdę nie mam już cierpliwości. Około 12.30 "kłótnia smoleńska" przy stole miedzy babciami, wrzaski godne lepszej sprawy, na nic się zdało twierdzenie, że to NASZ DOM i w NASZYM DOMU PRZY STOLE W ŚWIĘTA na ten temat się NIE ROZMAWIA !!! Jakby diabeł wstąpił w obie, mojej mamy nie poznawałam... wybuch i już, bo ona to widziała na własne oczy w telewizji... Nie wytrzymałam, uciekłam do kuchni obierać ziemniaki na obiad, jeszcze moment i rozgoniłabym towarzystwo na cztery wiatry... Potem tylko przysiadłam połknąć obiad w biegu i migałam się od siedzenia przy stole i rozmów... Myślałam, że babcie zwiną się po śniadaniu, zresztą tak teściowa ponoć Ślubnemu deklarowała... Twardo siedziały do 18, kiedy to Ślubny stwierdził, że jak chcą być odwiezione, to teraz, bo on chce się napić wina. Brat wyjechał po 21, po młynie związanym z myciem dziecięcych zębów i upychaniem towarzystwa w piżamy pod kurtki, żeby potem dzieci niepotrzebnie nie rozbudzać. A ja po ogarnięciu wszystkiego (zmywarka rulez!!!) o 22 nalałam sobie kieliszek wina i wzniosłam toast "za regenerację nadszarpniętego zdrowia psychicznego"...

      I cały poniedziałek też "regenerowałam nadszarpnięte zdrowie psychiczne". Fotel, winko, książka... Wołami by mnie nie wyciągnięto. NIGDZIE!!! Pogoda na szczęście sprzyjała siedzeniu w domu...

      Po wczorajszym dniu lodówka prawie pusta. Tyle z tej organizacji świąt, że nauczyłam się ogarniać, ile czego ugotować, żeby starczyło i żeby nie jeść później tego przez tydzień, albo- co gorsza- wyrzucać...

      Pozostał niesmak... Pewnie się rozejdzie "po kościach", ale źle mi z tym... Na jakiś czas mam dosyć wszelkich spotkań rodzinnych...

       

      Edycja wpisu: pisany w nowym bloxie, przy zapisie roboczym został zjedzony. Na szczęście zrobiłam awaryjną kopię roboczą w zewnętrznym edytorze tekstu... Śzlag...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „16/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 19 kwietnia 2017 10:08
  • środa, 12 kwietnia 2017
    • 15/2017

       

      Piliście kiedyś sok pomarańczowo... cebulowy?

      Umyłam i obrałam 3 kilo pomarańczy. Zostawiłam na misce, odstawiłam na stół. Obrałam i skroiłam w kostkę na plastikowej desce pięć jadowitych cebul do gulaszu. Kostka wylądowała w drugiej misce, ta miska też została odstawiona na stół, wyrzuciłam końcówki... po czym NATYCHMIAST i NIEZWŁOCZNIE MUSIAŁAM udać się do łazienki... Na blacie kuchennym została nieumyta deska po cebuli i nóż... Nie zdążyłam ich nawet wrzucić do zlewu... Udawały czyste...

      W łazience troszeczkę mi się zeszło... W tzw. międzyczasie do kuchni powędrował Ślubny, wyjął wyciskarkę i zabrał się do przerabiania obranych pomarańczy na sok. Ćwiartując je oczywiście na pozostawionej przeze mnie desce...

      2,5 litra soku pomarańczowego z cebulowym, piekącym posmakiem... Wystarczyło tylko krojenie ich na desce, na której uprzednio kroiłam cebulę... Wypiliśmy, co mieliśmy wylać? Dziecię młodsze nie tknęło, chociaż za sok pomarańczowy dałby się pokroić...

      Niezbyt szczęśliwy przypadek... Na przyszłość będziemy uważać ;)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „15/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 12 kwietnia 2017 08:40
  • wtorek, 11 kwietnia 2017
    • 14/2017

       

      "Amerykańscy bogowie" Neila Gaimana to zdecydowanie NIE JEST książka do czytania jako przerywnik. Przynajmniej ja ją tak odbieram.

      Paczki z księgarń internetowych zamawiam do pracy, bo tak mi łatwiej i zawsze ktoś odbierze. Potem wynoszę po parę sztuk do domu, czasem coś zostawię "dla zabicia czasu" w trakcie wyjątkowo leniwego dnia. Gaiman został, bo był gruby i jakoś mi się nie złożyło go zabrać. Któregoś razu zaczęłam czytać, ale muszę przynieść go do domu. Wymaga trochę większego skupienia, sposób czytania, kiedy co chwilę coś odrywa- zdecydowanie jej nie służy...

      Za to w taki sposób można czytać cykl "Matki, czyli córki" Nataszy Sochy. "Hormonia", "Dziecko last minute" i "Kobiety ciężkich obyczajów". Chociaż momentami oderwanie się od lektury też jest trudne. Fajne, ciepłe obyczajówki do przeczytania.

      I to na razie na tyle, jeśli idzie o książki. Przede mną przedświąteczna krzątanina, pierwszy dzień Świąt, śniadanie i obiad u mnie. Mama, teściowa, brat z żoną i dziećmi... Na szczęście kumulacja- i poniedziałek już na odsapnięcie. Mam nadzieję, że nie wyskoczą ŻADNI goście w ostatniej chwili, niezależnie od tego, czy u nas, czy mielibyśmy się gdzieś ruszyć...

      Pozwoliłam sobie rodzince wejść na głowę... Wszystkie święta u mnie... Mam lekko dość...

      Z drugiej strony gdzieś pod skórą czai się świadomość, że moja Mama ma 83 lata i KAŻDE święta mogą być tymi ostatnimi... Na temat teściowej nie wspomnę, bo mi się ulewa... Hipokryzja w czystej postaci. Kościół, msze, spowiedź, komunia- ale jak w takim razie dostaje rozgrzeszenie, skoro od kilku lat jest skłócona z własnym zięciem? I "przykleiła się" na każde święta do syna, bo do córki nie pójdzie za żadne skarby, bo z zięciem przy jednym stole nie usiądzie. Może jakoś lepiej bym to znosiła, gdyby było trochę "na zmianę"... Ale nie...

      Ech, rzucić to wszystko i wyjechać... Niech ktoś inny się martwi, postawi wszystko pod nos... Moje niespełnione marzenie...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 kwietnia 2017 12:08
  • piątek, 07 kwietnia 2017
    • 13/2017

       

      Ponieważ poprzedni wpis pisałam trzy razy, bo zostawał pożarty przed publikacją- na fali wkurzenia zapomniałam o jednej bardzo ważnej rzeczy. Geniusz Chianga został zachowany dzięki pracy Tłumaczy- Agnieszki Sylwanowicz, Michała Jakuszewskiego i Dariusza Kopocińskiego. Dziękuję!!!

      Czy Wam też blox zżera wpisy? Już nawet najpierw zapisuję przed publikacją, ale  tak się nie udaje. A wkurzające jest kopiowanie każdego do zewnętrznego edytora. Do bieżącego- to już też drugie podejście... Dobrze, że tym razem krótko...

       

      I chyba jakąś rzeżuchę wypadałoby posiać?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „13/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 07 kwietnia 2017 10:23
  • środa, 05 kwietnia 2017
    • 12/2017

       

      Krwawa Siekiera ma rację, zarówno w swoim wpisie, jak i w komentarzu- Chiang to GENIUSZ !!! Po recenzję, przy której nie mam nic do dodania, zapraszam właśnie do Niej.

      Takiego podejścia do matematyki, fizyki, religioznawstwa, filozofii, lingwistyki, psychologii- nie spotkałam jeszcze u nikogo. Totalny zachwyt treścią i formą. I najlepiej te opowiadania czytać pojedynczo, czytając coś pomiędzy, dając sobie czas na przemyślenia. Zostają na długo. Osobiście mi najbardziej podobało się "Zrozum" i "Dzielenie przez zero".

      Szkoda tylko, że wydawnictwo Zysk i S-ka zrobiło czytelnikom brzydki numer. Wydając "Historię twojego życia" po prostu powieliło wydane w 2010 roku przez Solaris "Siedemdziesiąt dwie litery"- ...obcinając trzy ostatnie opowiadania. Nawet kolejność się zgadza. Nieładnie... Na szczęście znalazłam w sieci te trzy brakujące. Odłożyłam lekturę na później, żeby się jeszcze podelektować...  I wiedziona impulsem zakupiłam na Allegro "Kroki w nieznane 2012" z ostatnim opublikowanym po polsku opowiadaniem, którego chyba nie ma nigdzie indziej. Na razie czekam.

      Chiang pisze mało, tylko opowiadania, nowe publikuje rzadko, ale praktycznie każde od razu zostaje obsypane nagrodami wszelkiego kalibru. Tak, że nawet tom zawierający wszystkie jego teksty nie powalałby objętością. Kwestia praw autorskich? Czekam, aż ktoś wyda wszystko w jednym... Kupię na pewno!

      ===================================

      W tak zwanym międzyczasie, wiedziona recenzją z Tramwaju nr 4 dorzuciłam sobie do koszyka w księgarni internetowej "Czarną trasę" Antonio Manziniego (nie wiem, czy tak się to odmienia). To moje pierwsze spotkanie z kryminałem włoskim, raczej na pewno nie ostatnie. Urzekł mnie specyficzny klimat powieści, to, że nie ma tam jednoznacznie kryształowo czystych bohaterów. Na swoją kolej czeka Andrea Camilleri i jego komisarz Montalbano, po tamtej lekturze znacznie awansował w kolejce "do przeczytania". Pierwszym tomem Camillerego jaki przeczytałam, była "Królowa Pomorza", zresztą również po "tramwajowej" recenzji. Sympatyczne opowiadania obyczajowe, w specyficznym klimacie, bardzo mi się podobały. Nawet polski akcent był ;)

      Zresztą mam wrażenie, że umiejscowienie akcji w określonej strefie klimatycznej bardzo determinuje styl powieści. Jakiś czas temu przedawkowałam Karin Fossum i od tej pory zdecydowanie nie podchodzą mi kryminały skandynawskie. Może i z tego powodu nie urzekł mnie Jo Nesbo? Chociaż- czytając ostatnie recenzje też chyba powinnam mu dać jeszcze co najmniej jedną szansę.

      Kiedyś czytałam zdecydowanie więcej fantastyki, uwielbiam tę pochodzącą od naszych wschodnich sąsiadów. Specyficzny krąg kulturowy, wierzenia, determinują charakterystyki postaci i sposób prowadzenia narracji- jakby bardziej delikatny, miękki, w porównaniu z kulturą zachodnią, ciężko mi to określić... A takie nazwiska, jak Aleksandra Ruda, Olga Gromyko, Oksana Pankiejewa, Siergiej Sadow, Waleria Komarowa czy Wiera Kamsza- biorę "w ciemno". Chyba czas odświeżyć znajomości, bo na półce czeka trzeci tom "Roku szczura".

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „12/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 05 kwietnia 2017 11:13
  • wtorek, 28 marca 2017
    • 11/2017

       

      Czytuję ostatnio autorów- że tak ich określę- nieoczywistych. Czegoś szukam, gdzieś mi się spodoba jakiś opis, kupię, przeczytam...

      Jak już pisałam- Monika Siuda. Nie polecam, nie odradzam. Średnio- druga- trzecia liga. Nie czytałam  tylko jej debiutu "Tajemnicy Niny". Sama nie wiem, czy chcę... Bo w sumie on ma chyba najlepsze recenzje, ale jakoś mi tak nie po drodze... Kupować nie chcę, w rejonowej bibliotece nie ma, ebooka też chyba nie wydano...

      Kolejny autor "nieoczywisty"- debiutant Michał Pstrucha i "Pod podłogą". Thriller psychologiczny, nawet niezły. Ale to chyba nie moja bajka. Niby wciągający, niby dreszczyk po plecach "chodzi" (te opisy ciemnych piwnic i rozświetlonych tajemniczych budynków), ale tak mniej więcej od połowy się męczyłam i chciałam jak najszybciej skończyć. Finał niby do przewidzenia i chyba trochę niemożliwy.

      Z innych mało znanych- Michał Łowicz. "Zniknieni", "Podejrzana" i "Kukułcze jajo". Autor jest psychologiem policyjnym, co daje się odczuć w jego książkach. Dwie pierwsze z porządną intrygą, wciągające, na końcu wszystko łopatologicznie wyjaśnione- tak, jak lubię. Choć w "Podejrzanej" przez pół książki zastanawiałam się, po jakiego grzyba bohaterka zrobiła to, co zrobiła. Okazało się, że nic nie było tak proste, jak się z pozoru wydawało. Fajne czytadła. Trzecia pozycja- kompletnie inne środowisko, inni bohaterowie, intryga już też innej klasy. Nie wiem, czy lepsza, też ciekawa. Totalne zaskoczenie na koniec z policjantem-prawie-emerytem. Trzy ostanie dałam do przeczytania koleżance, czytującej głównie romanse w typie Greya. I nawet jej się podobały, choć ostatnia mniej...

      Ostatnio w pracy ruch mierny, więc "na podorędziu" oprócz prasy fachowej staram się też mieć i jakąś książkę, jak szefowej nie ma i nie widzi. Taką, od której można się oderwać i wrócić do przerwanego wątku bez zgrzytania zębami, że "ktoś nam przerwał w takim momencie". Kolejna "lektura nieoczywista"- Pola Andrus, "Morderstwo w pensjonacie". Jestem w połowie. Napisana poprawnie, główna bohaterka charakterystyczna, wścibska, nawet ją polubiłam. Jest w moim wieku (czy ja naprawdę też tak się zachowuję??? mam nadzieję, że nie...), czytuje Akunina i też dedukuje jak Holmes... Dobrze się czyta, ale chyba finalnie nic poza tym...

      Zaczęłam też "Młyn do mumii" Petra Stancika i po dziesięciu stronach stwierdziłam, że albo to książka nie dla mnie, albo nie jej czas. Dam jej jeszcze szansę, ale raczej nie w najbliższej przyszłości.

      I na koniec- totalny zachwyt. Nad wszystkim- nad tematyką, nad słowem, nad sposobem wyrażania emocji... Ale to już "autor oczywisty". Ted Chiang i "Historia twojego życia". Zbiór opowiadań, niby podciągniętych pod sf, ale to raczej filozofia, podana w niekonwencjonalny sposób. Za mną trzy pierwsze opowiadania, zastanawiam się, czy nie odłożyć książki na później, żeby tego delektowania się ucztą literacką starczyło na dłużej. Następnym opowiadaniem jest "Historia twojego życia", na kanwie której nakręcono "Nowy początek". I nie wiem, czy wytrzymam... Czytając drugie w zbiorze opowiadanie "Zrozum" zaskoczyło mi takie bardzo luźne skojarzenie z tytułem i treścią. Chyba jeszcze w szkole średniej czytałam coś, co miało tytuł "I słyszał woń nenufarów". Internet wie wszystko. Króciutkie opowiadanie Andrzeja Zimniaka. Muszę sobie przypomnieć, zaprawdę niezbadane są ścieżki ludzkiego umysłu...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „11/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 marca 2017 10:17
  • czwartek, 16 marca 2017
  • wtorek, 14 marca 2017
    • 9/2017

       

      Żeby nie było, że żyję tylko samymi książkami. Na fali "postanowień wiosennych" i "zrywu dbania o siebie" kupiliśmy wyciskarkę do owoców i warzyw. Nie, żeby coś za 1500+, najtańszą na rynku. Za 250 PLN. Wrażenia?

      Generalnie soki są gęste, z kawałkami miąższu. Można się napić i najeść przy okazji.

      Sok z marchwi. Bez obierania, tylko dokładnie myta. W zależności od tego, jaką się kupi- z 2 kg- wychodzi ok.500-900 ml soku. My przecedzamy jeszcze przez nylonowe sitko. To co zostanie na sitku można zjeść jako surówkę. Sok smakuje jak jednodniowy, taki ze sklepu po 3 zł za 200 ml. Oszczędność niebagatelna. Same wytłoki z maszynki do jedzenia się nie nadają, ostatnio wiedziona impulsem piekłam z ich dodatkiem ciasto marchewkowe. Najprostsze. Od decyzji do wsadzenia do piekarnika- 15 minut. Żadnego ucierania żółtek z cukrem i bicia piany. Jadalne, owszem, nawet bardzo.

      Sok z buraka. Na zdrowie. Z jednego buraka ok. 150 ml soku, ziemisty w smaku, z drobinkami miąższu. Wypijalne, ale bez ekscytacji.

      Sok z selera naciowego. Z całego wychodzi około pół litra-600 ml. Trochę ostry, lekko słonawy. Fanką nie zostanę, chociaż z dodatkiem soku z marchwi i ok. 1/3 objętości pomarańczy staje się wypijalny, bez otrząsania się. Na zdrowie ;). Idealny sposób na całkowite zatkanie sitek i ślimaka maszyny (włókna). Czyszczenie zajmuje 2x więcej czasu, niż wyciskanie soku. Ślubny ma już opanowane do perfekcji ;)

      Sok z ananasa. Z takiego 2 kg "z grzywką" wychodzi po zgrubnym obraniu około litra soku. Przelicznik do najtańszych nie należy, bo wychodzi około 10 zł za litr. Ale sok- po prostu poezja... Mmmmm... rozmarzyłam się na samo wspomnienie. Z drobinkami miąższu. Sam ananas jedzony na surowo trochę szczypie, bo działają enzymy. A sok jest idealny. I, oczywiście, po 1 ananasie trzeba dokładnie wyczyścić sprzęt, bo włókna zatykają wszystko, co tylko możliwe.

      Sok z pomarańczy. Po obraniu grubej skóry, bardzo "z grubsza", grunt, żeby nie było pomarańczowego. Po zważeniu obranych wychodzi z 1 kg jakieś 900-950 ml soku. I też nie wychodzi najtaniej. Ale- najlepszy super-hiper z kartonu nie ma nawet startu do tego zrobionego w wyciskarce. Kolejna poezja... I znowu czyścimy po około 2 kg obranych owoców, bo sitka zatkane...

      Sok z jabłek. Udało nam się zrobić raz (!). Próbowaliśmy kilkakrotnie, z różnych gatunków owoców, kupowanych w różnych miejscach. To chyba już wina pory, jabłka z przechowalni nie są już tak bardzo soczyste i twarde. Zamiast soku wychodzi mus jabłkowy, dosyć rzadki. Ot, tarte jabłko. Co nie znaczy, ze nie jest pyszne. Bo jest :D. Z jabłek po umyciu wycinałam tylko gniazda nasienne.

      I na deser- placki ziemniaczane ;). Z cebulką, która nie szczypie w oczy przy tarciu. Wytłoki połączyć z około 1/3 wyciśniętego z ziemniaków soku i skrobią, która opadnie na dno. + sól, jajko, odrobina mąki... Dawno nie jadłam tak puszystych i delikatnych placków... A boczki rosną ;)

      Szefowa też kupiła sobie wyciskarkę, trochę bardziej wypasioną. Ma się odchudzać, jak co roku ;)  Sama na te produkty się nie zdecydowałam, nie próbowałam, donoszę tylko z przekazów ustnych: Brokuły- zupełnie nie-do-picia, zostały wylane po spróbowaniu. Jarmuż tylko odrobinkę lepszy, raczej powtórki nie będzie. Dodatek surowego imbiru do soków powodował, że szefowej wszystko się odbijało...

      Reasumując- najlepsze, najsmaczniejsze, są soki sprawdzone, z owoców i marchwi. Eksperymenty- niekoniecznie. Chyba, że ktoś te soki warzywne z miąższem chce traktować jako element diety odchudzającej... Ja katować się nie zamierzam... Czekam tylko z utęsknieniem na pomidory. Takie gruntowe, słodkie i pachnące latem... Ciekawe, co z nich wyjdzie... I ciekawe, czy wyciskarka dożyje, bo dwa dni temu urwał się silikonowy "dzyndzelek" oddzielający już wyciśnięty sok od wytłoków. Na razie działa, ale trzeba maszynę eksploatować intensywnie. Jak ma się popsuć, to na gwarancji.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „9/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 marca 2017 10:28
  • czwartek, 09 marca 2017
    • 8/2017

       

      Kompletnie nie wstrzeliłam się kalendarzowo z poprzednim wpisem. Nie mogę mówić, że "spóźniony", ani "z okazji nadchodzącego niebawem". Cóż- Międzynarodowy Dzień Tłumacza dopiero 30. września. Za pół roku wpis jak znalazł ;)

      Bio.psja tar.czycy na szczęście nie wykazała nic niepokojącego. Guzek do obserwacji, usg i kontrolne tsh za pół roku. Na razie bez leków, bo tsh w normie, nawet jak na stan zapalny. Nie powiem, kamień z serca... Uffff...

      Dzień wolny z okazji wizyty u lekarza rozpoczęty, idę robić jakieś przedwiosenne porządki :)

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 marca 2017 11:17
  • środa, 08 marca 2017
    • 7/2017

       

      Buszując ostatnio po przeróżnych księgarniach internetowych, zaczęła mnie zastanawiać jedna rzecz. Otóż - jeśli mamy książkę tłumaczoną z języka obcego- praktycznie NIGDZIE, w żadnej notce dotyczącej interesującej nas pozycji- NIE MA nazwiska tłumacza.

      Najbardziej spektakularny kiks w tej materii dotyczy chyba nieszczęsnego "Kubusia Puchatka". Wszyscy znają i kochają stareńkie tłumaczenie Ireny Tuwim. Bodajże w 1986 roku ukazało się nowe tłumaczenie Moniki Adamczyk-Garbowskiej (za Wikipedią). Na litość, kimże jest owa Fredzia Phi Phi? Chyba jestem za stara na takie innowacje... Na szczęście mój osobisty egzemplarz jest tym "jedynym słusznym".

      Swoją przygodę z Pratchettem zaczęłam klasycznie- od "Koloru magii" i "Blasku fantastycznego", kupionych w maleńkich wersjach kieszonkowych, na wyprzedaży w jakimś markecie. Na nazwisko tłumacza nie zwracałam oczywiście wtedy uwagi, na szczęście było jedyne słuszne, Piotra Cholewy. Ale zaraz potem, niedługo, w moje ręce wpadł "Kapelusz pełen nieba" i "Wolni Ciut Ludzie". A po jakimś czasie "Zimistrz", "Trzy wiedźmy" i "Wyprawa czarownic". I coś mi zaczęło "nie stykać". Zaraz... w jednym tomie jest Akwila Dokuczliwa, w innym Tiffany Obolała... Fik Mik Figle i Nac Mac Feegle... Na to, że winne jest tłumaczenie- wpadłam dużo, dużo później... W swojej biblioteczce mam zarówno Dorotę Malinowską- Grupińską, jak i nowe wydania Piotra Cholewy. Nie muszę dodawać, że te drugie czyta się o niebo lepiej...

      Na półce dumnie stoi "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa. Tłumaczenie Lewandowskiej i Dąbrowskiego. Ostatnio ukazał się nowy przekład Grzegorza, Leokadii i Igora Przebindów. Mam ochotę kupić dla porównania. Akurat w tych wydaniach nazwiska tłumaczy są bardzo mocno podkreślane.

      Ale np BARDZO chciałabym kupić niektóre dramaty Szekspira w tłumaczeniach Stanisława Barańczaka. Niestety, praktycznie żadna księgarnia internetowa nie podaje informacji o tłumaczach. Raczej w ciemno można założyć, że wydania "szkolne" z opracowaniami, będą w przekładach Józefa Paszkowskiego (nawiasem mówiąc- one NAPRAWDĘ są tak stare???!!!!). Czy wszyscy przyjmują, że ta wersja jest jedynie słuszna i nikomu nie jest potrzebna informacja o tłumaczu? Tym bardziej, że na przekład samego "Hamleta" skusiło się co najmniej kilku autorów (źródło- Wikipedia). Skąd mam wiedzieć, który z nich właśnie oferuje księgarnia, skoro ani w stopce redakcyjnej ani w opisie nie ma na ten temat najmniejszej wzmianki?

      Kolejny przykład- "Pan światła" Rogera Zelaznego. Nie, nie czytałam, może to i lepiej. Dość głośna dyskusja na temat tłumaczeń, zdecydowana większość wypowiadających się twierdzi, że o starym tłumaczeniu Roberta Reszke należy jak najszybciej zapomnieć, bo jest nowsze i dużo lepsze - Piotra Cholewy. Zresztą w tej chwili na rynku nie ma chyba żadnego.

      Dlaczego tłumaczy traktuje się po macoszemu? Przecież nie od dziś wiadomo, że dobry przekład potrafi ze średniej książki zrobić arcydzieło. W drugą stronę- niestety- też się zdarza, chyba nawet częściej. Dlaczego tak istotnych informacji księgarnie internetowe nie podają? Czy to naprawdę jest tak mało ważne?

      ============================

      Skończyłam książki Moniki Siudy "Wyznanie Agaty" i "Uprowadzone". Uczucia... hm... mieszane... Do stylu pisania mam zastrzeżenia, trochę mnie denerwował. Znów trochę literówek, jeden czy dwa ortografy... Zero redakcji i korekty... Klimat mroczny, ale taki lubię...

      ALE !!! Niby nie szukam w kryminałach prawdopodobieństwa śledztwa, ale- na litość- jeśli w okolicznościach zdarzenia pojawia się pewien charakterystyczny samochód, to policja, od kilku miesięcy drepcząca w miejscu, ma chyba możliwość sprawdzenia w wydziale komunikacji do kogo ów należy? Zielonych jeepów chyba nie ma w Polsce tak dużo, nawet gdy nie znamy numeru rejestracyjnego? A nawet jeśli- to chyba w dochodzeniach z trupami w tle takie rzeczy powinny być bezwzględnie sprawdzane? NIC. ZERO. NULL. Wątek, który sprawdziłabym, jak tylko się pojawił, choć nie jestem śledczym... Ani autorem kryminałów ;)

      Może ktoś czytał i podzieli się opinią?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „7/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 08 marca 2017 10:46
  • wtorek, 28 lutego 2017
    • 6/2017

       

      Obiecałam napisać.

      Monika Siuda "Dwudziesta szósta ofiara".

      Dawno nie czytałam książki, która wzbudziłaby we mnie tak mieszane uczucia. Kupiłam na własność wersję papierową, zachęcona jakąś gdzieś recenzją. Pozycja niedostępna w ebooku, w bibliotece rejonowej też nie było. Więc tak: okładka okropna, wręcz odstrasza. Ilość literówek w tekście poraża, korekty chyba nie było. Język momentami infantylny, jakiś taki "rwany", mam wrażenie, że w szkole średniej zdarzało mi się pisać lepiej.Trochę to przeszkadza w lekturze...

      Fabularnie?

      Do strony mniej więcej 50.- "Ale o co chodzi?"

      Około strony 100. zaczynamy się domyślać, kto zabija. Ale to niemożliwe, żeby to było tak proste, do końca książki jeszcze 260 stron, o czym to będzie...

      Około strony 150. fabuła robi salto mortale z potrójnym axlem i robi się naprawdę wciągająco. Zaczynają się elementy rasowego thrillera...  I nie napiszę nic więcej, żeby nie psuć przyjemności komuś, kto zdecyduje się na 3-4 wieczory z tą pozycją.

      Trochę mi "zgrzytnęło" parę rzeczy. Otóż morderca do "utylizacji" swoich ofiar używa dużej ilości pewnego charakterystycznego wyrobu. Ani słowa o tym, że policja w ciągu paru lat śledztwa nie sprawdziła producenta, potencjalnych sklepów, dostawców, zakupów, klientów. Ale może się czepiam? Może nie było aż tak bardzo charakterystycznie? Kolejna nieścisłość- bohaterowie znają się z 10 lat, ileś z tego są małżeństwem- a żyją tylko jak dwoje dobrych znajomych pod jednym dachem. "Białe" małżeństwo? Zero namiętności, zero zainteresowania sobą, nawet całusa w policzek na wyjście do pracy... Ona nie pracuje i ma wiecznie "mnóstwo spraw do załatwienia na mieście", a on nawet nie zapyta, jakich? Jakoś ciężko mi w to uwierzyć... Jednocześnie planowany i wyczekiwany wspólny urlop? Podobno łączy ich miłość, ale jakaś taka mdła...

      Tak na mój gust - raczej nie zaliczę autorki do "mojej pierwszej ligi". Ale po przyzwyczajeniu się do trochę dziwnego stylu pisania- daje się czytać, nawet z przyjemnością. Jak ktoś by miał okazję i wpadło mu w ręce- nie odradzam. Ale też nie polecam do "musowego" przeczytania :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 lutego 2017 09:17
  • piątek, 24 lutego 2017
    • 5/2017

       

      Jakoś się kręci... Praca, dom, książki, tv... We wtorek biopsja tego nieszczęsnego, wykrytego przypadkiem, guzka tarczycy. A tu Ślubny wyjeżdża służbowo, jak zwykle wtedy, kiedy jest potrzebny...

      Sypnęła nam się terma elektryczna, zasilająca kuchnię w ciepłą wodę. W końcu pełnoletnia już jest, miała prawo... Spektakularnie bardzo. Wczoraj dzwoni Młody- w mieszkaniu nie ma światła. Kazałam wyjść na klatkę schodową, sprawdzić- jest. Aha, myślę, coś u nas. Może zmywarka zwiera? A w drugiej łazience terma tak trzeszczała ostatnio... Kazałam zadzwonić do ojca- elektryka w końcu- żeby pokierował załączeniem bezpieczników... Aż się nie chce wierzyć, że nasze mieszkanie ma prawie 20 lat. Nic dziwnego, że niektóre rzeczy zaczynają odmawiać współpracy. Terma cieknie, jest do wymiany, części zamiennych już nie ma, problem z tym, co kupić nowego, bo typ i wielkość definiują przyłącza w określonym miejscu... ech...

      I czytam. Jak szalona. Ostatnio Małgorzatę Rogalę. Najpierw "Kiedyś cię odnajdę". A potem serię o Agacie Górskiej i Sławku Tomczyku łyknęłam jak młody pelikan- trzy książki w trzy dni. "Zapłata", "Dobra matka" i "Ważka". Ważna jest kolejność. Zaczynałam delikatnie- 18-19 po południu i potem nocka zarwana do 2. I zombie w pracy, a potem znów nocne czytanie. I nie, nie zamykały mi się oczy, jak to czasem bywa- gubię wątek i odlot... Te mnie wciągnęły... Bohaterowie sympatyczni, lektura lekka, łatwa i przyjemna, choć z morderstwami w tle. Powinno się na okładce drukować ostrzeżenia, że "grozi zarwaniem nocy" i "może ograniczać sprawność psychofizyczną następnego dnia" :)

      A wcześniej dobra i wciągająca obyczajówka: Ewa Cielesz- "Córka cieni". Też trylogia, też ważna kolejność. Dwa pierwsze tomy miałam z biblioteki, po skończeniu drugiego nie wytrzymałam czekania i NATYCHMIAST ściągnęłam trzeci na czytnik. Lektura czysto rozrywkowa, trochę z wojną w tle... Ale doskonale się czyta.

      Żeby było jasne- w kryminałach nie zastanawiam się nad prawdopodobieństwem śledztwa, w obyczajówkach nie szukam faktów historycznych. Ma się "dobrze czytać" i niekoniecznie zostawać na dłużej. Ostatnio zauważyłam, że najlepiej czyta mi się polskie kryminały, pisane przez kobiety. Ostatnio "na tapecie" była też Marta Zaborowska, w kolejce czeka Marta Guzowska, a bieżąco zaczęłam Monikę Siudę. "Dwudziesta szósta ofiara" zapowiada się ciekawie. Jak skończę to napiszę więcej. Niby są jakieś przerywniki, typu Tana French (ostatnio "Ściana sekretów"), ale w stosunku do obcojęzycznych autorów tego nie czuję. Czego? Ano- "chcę więcej, wszystko co napisała/napisał, najlepiej chronologicznie i po kolei, natychmiast, zaraz, JUŻ!!!"

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „5/2017”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 24 lutego 2017 10:50

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Kanał informacyjny