Życie jak każde inne...

Prywatny punkt widzenia

Wpisy

  • wtorek, 28 marca 2017
    • 11/2017

       

      Czytuję ostatnio autorów- że tak ich określę- nieoczywistych. Czegoś szukam, gdzieś mi się spodoba jakiś opis, kupię, przeczytam...

      Jak już pisałam- Monika Siuda. Nie polecam, nie odradzam. Średnio- druga- trzecia liga. Nie czytałam  tylko jej debiutu "Tajemnicy Niny". Sama nie wiem, czy chcę... Bo w sumie on ma chyba najlepsze recenzje, ale jakoś mi tak nie po drodze... Kupować nie chcę, w rejonowej bibliotece nie ma, ebooka też chyba nie wydano...

      Kolejny autor "nieoczywisty"- debiutant Michał Pstrucha i "Pod podłogą". Thriller psychologiczny, nawet niezły. Ale to chyba nie moja bajka. Niby wciągający, niby dreszczyk po plecach "chodzi" (te opisy ciemnych piwnic i rozświetlonych tajemniczych budynków), ale tak mniej więcej od połowy się męczyłam i chciałam jak najszybciej skończyć. Finał niby do przewidzenia i chyba trochę niemożliwy.

      Z innych mało znanych- Michał Łowicz. "Zniknieni", "Podejrzana" i "Kukułcze jajo". Autor jest psychologiem policyjnym, co daje się odczuć w jego książkach. Dwie pierwsze z porządną intrygą, wciągające, na końcu wszystko łopatologicznie wyjaśnione- tak, jak lubię. Choć w "Podejrzanej" przez pół książki zastanawiałam się, po jakiego grzyba bohaterka zrobiła to, co zrobiła. Okazało się, że nic nie było tak proste, jak się z pozoru wydawało. Fajne czytadła. Trzecia pozycja- kompletnie inne środowisko, inni bohaterowie, intryga już też innej klasy. Nie wiem, czy lepsza, też ciekawa. Totalne zaskoczenie na koniec z policjantem-prawie-emerytem. Trzy ostanie dałam do przeczytania koleżance, czytującej głównie romanse w typie Greya. I nawet jej się podobały, choć ostatnia mniej...

      Ostatnio w pracy ruch mierny, więc "na podorędziu" oprócz prasy fachowej staram się też mieć i jakąś książkę, jak szefowej nie ma i nie widzi. Taką, od której można się oderwać i wrócić do przerwanego wątku bez zgrzytania zębami, że "ktoś nam przerwał w takim momencie". Kolejna "lektura nieoczywista"- Pola Andrus, "Morderstwo w pensjonacie". Jestem w połowie. Napisana poprawnie, główna bohaterka charakterystyczna, wścibska, nawet ją polubiłam. Jest w moim wieku (czy ja naprawdę też tak się zachowuję??? mam nadzieję, że nie...), czytuje Akunina i też dedukuje jak Holmes... Dobrze się czyta, ale chyba finalnie nic poza tym...

      Zaczęłam też "Młyn do mumii" Petra Stancika i po dziesięciu stronach stwierdziłam, że albo to książka nie dla mnie, albo nie jej czas. Dam jej jeszcze szansę, ale raczej nie w najbliższej przyszłości.

      I na koniec- totalny zachwyt. Nad wszystkim- nad tematyką, nad słowem, nad sposobem wyrażania emocji... Ale to już "autor oczywisty". Ted Chiang i "Historia twojego życia". Zbiór opowiadań, niby podciągniętych pod sf, ale to raczej filozofia, podana w niekonwencjonalny sposób. Za mną trzy pierwsze opowiadania, zastanawiam się, czy nie odłożyć książki na później, żeby tego delektowania się ucztą literacką starczyło na dłużej. Następnym opowiadaniem jest "Historia twojego życia", na kanwie której nakręcono "Nowy początek". I nie wiem, czy wytrzymam... Czytając drugie w zbiorze opowiadanie "Zrozum" zaskoczyło mi takie bardzo luźne skojarzenie z tytułem i treścią. Chyba jeszcze w szkole średniej czytałam coś, co miało tytuł "I słyszał woń nenufarów". Internet wie wszystko. Króciutkie opowiadanie Andrzeja Zimniaka. Muszę sobie przypomnieć, zaprawdę niezbadane są ścieżki ludzkiego umysłu...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „11/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 marca 2017 10:17
  • czwartek, 16 marca 2017
  • wtorek, 14 marca 2017
    • 9/2017

       

      Żeby nie było, że żyję tylko samymi książkami. Na fali "postanowień wiosennych" i "zrywu dbania o siebie" kupiliśmy wyciskarkę do owoców i warzyw. Nie, żeby coś za 1500+, najtańszą na rynku. Za 250 PLN. Wrażenia?

      Generalnie soki są gęste, z kawałkami miąższu. Można się napić i najeść przy okazji.

      Sok z marchwi. Bez obierania, tylko dokładnie myta. W zależności od tego, jaką się kupi- z 2 kg- wychodzi ok.500-900 ml soku. My przecedzamy jeszcze przez nylonowe sitko. To co zostanie na sitku można zjeść jako surówkę. Sok smakuje jak jednodniowy, taki ze sklepu po 3 zł za 200 ml. Oszczędność niebagatelna. Same wytłoki z maszynki do jedzenia się nie nadają, ostatnio wiedziona impulsem piekłam z ich dodatkiem ciasto marchewkowe. Najprostsze. Od decyzji do wsadzenia do piekarnika- 15 minut. Żadnego ucierania żółtek z cukrem i bicia piany. Jadalne, owszem, nawet bardzo.

      Sok z buraka. Na zdrowie. Z jednego buraka ok. 150 ml soku, ziemisty w smaku, z drobinkami miąższu. Wypijalne, ale bez ekscytacji.

      Sok z selera naciowego. Z całego wychodzi około pół litra-600 ml. Trochę ostry, lekko słonawy. Fanką nie zostanę, chociaż z dodatkiem soku z marchwi i ok. 1/3 objętości pomarańczy staje się wypijalny, bez otrząsania się. Na zdrowie ;). Idealny sposób na całkowite zatkanie sitek i ślimaka maszyny (włókna). Czyszczenie zajmuje 2x więcej czasu, niż wyciskanie soku. Ślubny ma już opanowane do perfekcji ;)

      Sok z ananasa. Z takiego 2 kg "z grzywką" wychodzi po zgrubnym obraniu około litra soku. Przelicznik do najtańszych nie należy, bo wychodzi około 10 zł za litr. Ale sok- po prostu poezja... Mmmmm... rozmarzyłam się na samo wspomnienie. Z drobinkami miąższu. Sam ananas jedzony na surowo trochę szczypie, bo działają enzymy. A sok jest idealny. I, oczywiście, po 1 ananasie trzeba dokładnie wyczyścić sprzęt, bo włókna zatykają wszystko, co tylko możliwe.

      Sok z pomarańczy. Po obraniu grubej skóry, bardzo "z grubsza", grunt, żeby nie było pomarańczowego. Po zważeniu obranych wychodzi z 1 kg jakieś 900-950 ml soku. I też nie wychodzi najtaniej. Ale- najlepszy super-hiper z kartonu nie ma nawet startu do tego zrobionego w wyciskarce. Kolejna poezja... I znowu czyścimy po około 2 kg obranych owoców, bo sitka zatkane...

      Sok z jabłek. Udało nam się zrobić raz (!). Próbowaliśmy kilkakrotnie, z różnych gatunków owoców, kupowanych w różnych miejscach. To chyba już wina pory, jabłka z przechowalni nie są już tak bardzo soczyste i twarde. Zamiast soku wychodzi mus jabłkowy, dosyć rzadki. Ot, tarte jabłko. Co nie znaczy, ze nie jest pyszne. Bo jest :D. Z jabłek po umyciu wycinałam tylko gniazda nasienne.

      I na deser- placki ziemniaczane ;). Z cebulką, która nie szczypie w oczy przy tarciu. Wytłoki połączyć z około 1/3 wyciśniętego z ziemniaków soku i skrobią, która opadnie na dno. + sól, jajko, odrobina mąki... Dawno nie jadłam tak puszystych i delikatnych placków... A boczki rosną ;)

      Szefowa też kupiła sobie wyciskarkę, trochę bardziej wypasioną. Ma się odchudzać, jak co roku ;)  Sama na te produkty się nie zdecydowałam, nie próbowałam, donoszę tylko z przekazów ustnych: Brokuły- zupełnie nie-do-picia, zostały wylane po spróbowaniu. Jarmuż tylko odrobinkę lepszy, raczej powtórki nie będzie. Dodatek surowego imbiru do soków powodował, że szefowej wszystko się odbijało...

      Reasumując- najlepsze, najsmaczniejsze, są soki sprawdzone, z owoców i marchwi. Eksperymenty- niekoniecznie. Chyba, że ktoś te soki warzywne z miąższem chce traktować jako element diety odchudzającej... Ja katować się nie zamierzam... Czekam tylko z utęsknieniem na pomidory. Takie gruntowe, słodkie i pachnące latem... Ciekawe, co z nich wyjdzie... I ciekawe, czy wyciskarka dożyje, bo dwa dni temu urwał się silikonowy "dzyndzelek" oddzielający już wyciśnięty sok od wytłoków. Na razie działa, ale trzeba maszynę eksploatować intensywnie. Jak ma się popsuć, to na gwarancji.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „9/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 marca 2017 10:28
  • czwartek, 09 marca 2017
    • 8/2017

       

      Kompletnie nie wstrzeliłam się kalendarzowo z poprzednim wpisem. Nie mogę mówić, że "spóźniony", ani "z okazji nadchodzącego niebawem". Cóż- Międzynarodowy Dzień Tłumacza dopiero 30. września. Za pół roku wpis jak znalazł ;)

      Bio.psja tar.czycy na szczęście nie wykazała nic niepokojącego. Guzek do obserwacji, usg i kontrolne tsh za pół roku. Na razie bez leków, bo tsh w normie, nawet jak na stan zapalny. Nie powiem, kamień z serca... Uffff...

      Dzień wolny z okazji wizyty u lekarza rozpoczęty, idę robić jakieś przedwiosenne porządki :)

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 marca 2017 11:17
  • środa, 08 marca 2017
    • 7/2017

       

      Buszując ostatnio po przeróżnych księgarniach internetowych, zaczęła mnie zastanawiać jedna rzecz. Otóż - jeśli mamy książkę tłumaczoną z języka obcego- praktycznie NIGDZIE, w żadnej notce dotyczącej interesującej nas pozycji- NIE MA nazwiska tłumacza.

      Najbardziej spektakularny kiks w tej materii dotyczy chyba nieszczęsnego "Kubusia Puchatka". Wszyscy znają i kochają stareńkie tłumaczenie Ireny Tuwim. Bodajże w 1986 roku ukazało się nowe tłumaczenie Moniki Adamczyk-Garbowskiej (za Wikipedią). Na litość, kimże jest owa Fredzia Phi Phi? Chyba jestem za stara na takie innowacje... Na szczęście mój osobisty egzemplarz jest tym "jedynym słusznym".

      Swoją przygodę z Pratchettem zaczęłam klasycznie- od "Koloru magii" i "Blasku fantastycznego", kupionych w maleńkich wersjach kieszonkowych, na wyprzedaży w jakimś markecie. Na nazwisko tłumacza nie zwracałam oczywiście wtedy uwagi, na szczęście było jedyne słuszne, Piotra Cholewy. Ale zaraz potem, niedługo, w moje ręce wpadł "Kapelusz pełen nieba" i "Wolni Ciut Ludzie". A po jakimś czasie "Zimistrz", "Trzy wiedźmy" i "Wyprawa czarownic". I coś mi zaczęło "nie stykać". Zaraz... w jednym tomie jest Akwila Dokuczliwa, w innym Tiffany Obolała... Fik Mik Figle i Nac Mac Feegle... Na to, że winne jest tłumaczenie- wpadłam dużo, dużo później... W swojej biblioteczce mam zarówno Dorotę Malinowską- Grupińską, jak i nowe wydania Piotra Cholewy. Nie muszę dodawać, że te drugie czyta się o niebo lepiej...

      Na półce dumnie stoi "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa. Tłumaczenie Lewandowskiej i Dąbrowskiego. Ostatnio ukazał się nowy przekład Grzegorza, Leokadii i Igora Przebindów. Mam ochotę kupić dla porównania. Akurat w tych wydaniach nazwiska tłumaczy są bardzo mocno podkreślane.

      Ale np BARDZO chciałabym kupić niektóre dramaty Szekspira w tłumaczeniach Stanisława Barańczaka. Niestety, praktycznie żadna księgarnia internetowa nie podaje informacji o tłumaczach. Raczej w ciemno można założyć, że wydania "szkolne" z opracowaniami, będą w przekładach Józefa Paszkowskiego (nawiasem mówiąc- one NAPRAWDĘ są tak stare???!!!!). Czy wszyscy przyjmują, że ta wersja jest jedynie słuszna i nikomu nie jest potrzebna informacja o tłumaczu? Tym bardziej, że na przekład samego "Hamleta" skusiło się co najmniej kilku autorów (źródło- Wikipedia). Skąd mam wiedzieć, który z nich właśnie oferuje księgarnia, skoro ani w stopce redakcyjnej ani w opisie nie ma na ten temat najmniejszej wzmianki?

      Kolejny przykład- "Pan światła" Rogera Zelaznego. Nie, nie czytałam, może to i lepiej. Dość głośna dyskusja na temat tłumaczeń, zdecydowana większość wypowiadających się twierdzi, że o starym tłumaczeniu Roberta Reszke należy jak najszybciej zapomnieć, bo jest nowsze i dużo lepsze - Piotra Cholewy. Zresztą w tej chwili na rynku nie ma chyba żadnego.

      Dlaczego tłumaczy traktuje się po macoszemu? Przecież nie od dziś wiadomo, że dobry przekład potrafi ze średniej książki zrobić arcydzieło. W drugą stronę- niestety- też się zdarza, chyba nawet częściej. Dlaczego tak istotnych informacji księgarnie internetowe nie podają? Czy to naprawdę jest tak mało ważne?

      ============================

      Skończyłam książki Moniki Siudy "Wyznanie Agaty" i "Uprowadzone". Uczucia... hm... mieszane... Do stylu pisania mam zastrzeżenia, trochę mnie denerwował. Znów trochę literówek, jeden czy dwa ortografy... Zero redakcji i korekty... Klimat mroczny, ale taki lubię...

      ALE !!! Niby nie szukam w kryminałach prawdopodobieństwa śledztwa, ale- na litość- jeśli w okolicznościach zdarzenia pojawia się pewien charakterystyczny samochód, to policja, od kilku miesięcy drepcząca w miejscu, ma chyba możliwość sprawdzenia w wydziale komunikacji do kogo ów należy? Zielonych jeepów chyba nie ma w Polsce tak dużo, nawet gdy nie znamy numeru rejestracyjnego? A nawet jeśli- to chyba w dochodzeniach z trupami w tle takie rzeczy powinny być bezwzględnie sprawdzane? NIC. ZERO. NULL. Wątek, który sprawdziłabym, jak tylko się pojawił, choć nie jestem śledczym... Ani autorem kryminałów ;)

      Może ktoś czytał i podzieli się opinią?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „7/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 08 marca 2017 10:46
  • wtorek, 28 lutego 2017
    • 6/2017

       

      Obiecałam napisać.

      Monika Siuda "Dwudziesta szósta ofiara".

      Dawno nie czytałam książki, która wzbudziłaby we mnie tak mieszane uczucia. Kupiłam na własność wersję papierową, zachęcona jakąś gdzieś recenzją. Pozycja niedostępna w ebooku, w bibliotece rejonowej też nie było. Więc tak: okładka okropna, wręcz odstrasza. Ilość literówek w tekście poraża, korekty chyba nie było. Język momentami infantylny, jakiś taki "rwany", mam wrażenie, że w szkole średniej zdarzało mi się pisać lepiej.Trochę to przeszkadza w lekturze...

      Fabularnie?

      Do strony mniej więcej 50.- "Ale o co chodzi?"

      Około strony 100. zaczynamy się domyślać, kto zabija. Ale to niemożliwe, żeby to było tak proste, do końca książki jeszcze 260 stron, o czym to będzie...

      Około strony 150. fabuła robi salto mortale z potrójnym axlem i robi się naprawdę wciągająco. Zaczynają się elementy rasowego thrillera...  I nie napiszę nic więcej, żeby nie psuć przyjemności komuś, kto zdecyduje się na 3-4 wieczory z tą pozycją.

      Trochę mi "zgrzytnęło" parę rzeczy. Otóż morderca do "utylizacji" swoich ofiar używa dużej ilości pewnego charakterystycznego wyrobu. Ani słowa o tym, że policja w ciągu paru lat śledztwa nie sprawdziła producenta, potencjalnych sklepów, dostawców, zakupów, klientów. Ale może się czepiam? Może nie było aż tak bardzo charakterystycznie? Kolejna nieścisłość- bohaterowie znają się z 10 lat, ileś z tego są małżeństwem- a żyją tylko jak dwoje dobrych znajomych pod jednym dachem. "Białe" małżeństwo? Zero namiętności, zero zainteresowania sobą, nawet całusa w policzek na wyjście do pracy... Ona nie pracuje i ma wiecznie "mnóstwo spraw do załatwienia na mieście", a on nawet nie zapyta, jakich? Jakoś ciężko mi w to uwierzyć... Jednocześnie planowany i wyczekiwany wspólny urlop? Podobno łączy ich miłość, ale jakaś taka mdła...

      Tak na mój gust - raczej nie zaliczę autorki do "mojej pierwszej ligi". Ale po przyzwyczajeniu się do trochę dziwnego stylu pisania- daje się czytać, nawet z przyjemnością. Jak ktoś by miał okazję i wpadło mu w ręce- nie odradzam. Ale też nie polecam do "musowego" przeczytania :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 lutego 2017 09:17
  • piątek, 24 lutego 2017
    • 5/2017

       

      Jakoś się kręci... Praca, dom, książki, tv... We wtorek biopsja tego nieszczęsnego, wykrytego przypadkiem, guzka tarczycy. A tu Ślubny wyjeżdża służbowo, jak zwykle wtedy, kiedy jest potrzebny...

      Sypnęła nam się terma elektryczna, zasilająca kuchnię w ciepłą wodę. W końcu pełnoletnia już jest, miała prawo... Spektakularnie bardzo. Wczoraj dzwoni Młody- w mieszkaniu nie ma światła. Kazałam wyjść na klatkę schodową, sprawdzić- jest. Aha, myślę, coś u nas. Może zmywarka zwiera? A w drugiej łazience terma tak trzeszczała ostatnio... Kazałam zadzwonić do ojca- elektryka w końcu- żeby pokierował załączeniem bezpieczników... Aż się nie chce wierzyć, że nasze mieszkanie ma prawie 20 lat. Nic dziwnego, że niektóre rzeczy zaczynają odmawiać współpracy. Terma cieknie, jest do wymiany, części zamiennych już nie ma, problem z tym, co kupić nowego, bo typ i wielkość definiują przyłącza w określonym miejscu... ech...

      I czytam. Jak szalona. Ostatnio Małgorzatę Rogalę. Najpierw "Kiedyś cię odnajdę". A potem serię o Agacie Górskiej i Sławku Tomczyku łyknęłam jak młody pelikan- trzy książki w trzy dni. "Zapłata", "Dobra matka" i "Ważka". Ważna jest kolejność. Zaczynałam delikatnie- 18-19 po południu i potem nocka zarwana do 2. I zombie w pracy, a potem znów nocne czytanie. I nie, nie zamykały mi się oczy, jak to czasem bywa- gubię wątek i odlot... Te mnie wciągnęły... Bohaterowie sympatyczni, lektura lekka, łatwa i przyjemna, choć z morderstwami w tle. Powinno się na okładce drukować ostrzeżenia, że "grozi zarwaniem nocy" i "może ograniczać sprawność psychofizyczną następnego dnia" :)

      A wcześniej dobra i wciągająca obyczajówka: Ewa Cielesz- "Córka cieni". Też trylogia, też ważna kolejność. Dwa pierwsze tomy miałam z biblioteki, po skończeniu drugiego nie wytrzymałam czekania i NATYCHMIAST ściągnęłam trzeci na czytnik. Lektura czysto rozrywkowa, trochę z wojną w tle... Ale doskonale się czyta.

      Żeby było jasne- w kryminałach nie zastanawiam się nad prawdopodobieństwem śledztwa, w obyczajówkach nie szukam faktów historycznych. Ma się "dobrze czytać" i niekoniecznie zostawać na dłużej. Ostatnio zauważyłam, że najlepiej czyta mi się polskie kryminały, pisane przez kobiety. Ostatnio "na tapecie" była też Marta Zaborowska, w kolejce czeka Marta Guzowska, a bieżąco zaczęłam Monikę Siudę. "Dwudziesta szósta ofiara" zapowiada się ciekawie. Jak skończę to napiszę więcej. Niby są jakieś przerywniki, typu Tana French (ostatnio "Ściana sekretów"), ale w stosunku do obcojęzycznych autorów tego nie czuję. Czego? Ano- "chcę więcej, wszystko co napisała/napisał, najlepiej chronologicznie i po kolei, natychmiast, zaraz, JUŻ!!!"

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „5/2017”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 24 lutego 2017 10:50
  • czwartek, 02 lutego 2017
    • 4/2017

       

      Książki można dzielić i katalogować na różne sposoby. Także na "mobilne" i "stacjonarne".

      Te "mobilne" daje się bez problemu wrzucić do torebki, nie obciążają jej zanadto, można bez problemu wyjąć taką w np. w poczekalni u lekarza i oddać się lekturze. Nie są na tyle wciągające, że trzeba już, zaraz, natychmiast dowiedzieć się, co dalej. Wydane na "lekkim" papierze, niezbyt grube. Można zrobić przerwę, nawet tydzień, do następnej poczekalni i następnej wizyty... Przetestowałam w takim trybie "Złap mnie jeśli potrafisz" Franka Abagnale'a. Sprawdziła się znakomicie.

      Drugą kategorię stanowią pozycje, które przepięknie wyglądają na półce, ale zabrać je gdziekolwiek trudno. Twarde, szyte oprawy, nierzadko obwoluty. Format dorównujący B5 lub większy, waga powyżej kilograma na wolumin. Papier wysokiej jakości, taka książka nie rozsypuje się po przekartkowaniu. Takie wydania ma w swojej ofercie Prószyński (kolekcjonerskie wydania Ursuli LeGuin), Zysk i s-ka (Amber Rogera Zelaznego), Mag. Czytanie to przyjemność... do pewnego momentu... W łóżku przed snem przydałby się stoliczek do podparcia, w rękach trzymać trudno, na krześle przy stole- żadna frajda, bo nie można się owinąć kocykiem i średnio wygodnie...

      Ostatnio trafiła mi się taka właśnie "stacjonarna" pozycja. Wypożyczona z biblioteki, doskonała zresztą. Dobrze, że wtedy byłam ze Ślubnym samochodem, niesienie jej przez pół miasta (+standardowe zakupy) byłoby średnią przyjemnością. 1050 stron, wymiary 16x23x6 cm, waga 1630 g. Jak ktoś myśli, że mało, niech sobie obejrzy na linijce, ile to jest 6 cm grubości książki i wrzuci do małej damskiej torebki 1,5 kg cukru w charakterze "podręcznego zabijacza czasu" ;). Najgorsze jest to, że książka z gatunku wciągających BARDZO, najchętniej poczytałoby się po 2-3 strony gdziekolwiek... I tu po raz kolejny zaznacza się wyższość czytnika nad papierem. Tylko że jak już mam wypożyczoną z biblioteki, to nie będę wgrywać na czytnik... Zostało mi niecałe 200 stron, muszę się wyrobić do soboty, żeby móc pojechać do biblioteki samochodem, a nie dźwigać tej cegły. Którą zresztą polecam gorąco, bo to bardziej sensacja z wątkiem wirtualnym, niż fantastyka (którą nie wszyscy lubią...). Chociaż może przydałoby się wydanie dwutomowe? Trochę mobilniejsze?

      Neal Stephenson: "Reamde". Jak ktoś się nie boi odcisków na żebrach- polecam ;) Albo czytnik ;)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „4/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lutego 2017 09:50
  • piątek, 27 stycznia 2017
    • 3/2017

       

      Do tej książki od początku podchodziłam jak pies do jeża, wiedziałam, że jest kompletnie nie w moim typie. Czytałam recenzje i utwierdzałam się, że nie. Potem zobaczyłam ją na wielkiej stercie w "owadzim" sklepie jako jedyną pozycję "do kupienia" i stwierdziłam, że jak będzie na wyprzedaży za dychę, to kupię. Na szczęście kosztowała 2,5 raza tyle. Ale uznałam, że to znak, że za mną chodzi... Wypożyczyłam z biblioteki...

      Zmusiłam się do przeczytania w jednym ciągu. Stwierdziłam, że jeśli zrobię przerwę na coś lżejszego, to po prostu już do niej nie wrócę. Książka jest o okrucieństwie wojny. Napisana w taki sposób, że oblepia, brudzi, zostawia rany w zwojach mózgowych... Nie jestem w stanie się po niej doszorować, cały czas coś wyłazi... I nawet kojąca papka z kryminału, sensacji i fantastyki nie jest w stanie tego zabliźnić...

      Ktoś może się ze mną spierać, że jest o miłości na przekór wszystkiemu. Ale nie...

      Mało jest książek, których nie chcę mieć na własność (pomijając oczywiście miejsce i finanse). Tej NIE CHCĘ na pewno. Raz przeczytałam, wystarczy. Chcę o niej zapomnieć, ale się nie da... Wstrząsająca lektura, nie dla wrażliwców. Ciężko się czyta, przeszkadza wulgarny język i przeskoki czasowe... W tle Laponia, wojna fińsko-niemiecko-rosyjska, rok 1944... I to "tylko" obóz jeniecki, nie koncentracyjny...

      Podświadomie wiedziałam, że nie powinnam jej czytać. Ale jak dziecko, któremu się mówi "nie dotykaj, bo się oparzysz" -na przekór dotknęłam. Oparzyłam się bardzo boleśnie... Nie jestem w stanie ocenić, czy ta książka jest aż tak zła, czy tak dobra... Nie wrócę do niej na pewno i raczej nikomu nie polecę. Każdy czyta na własną odpowiedzialność...

      Katja Kettu "Akuszerka".

       

      =============================

       

      Kuszą mnie jeszcze na takiej samej zasadzie "Ścieżki Północy" Richarda Flanagana. Ale chyba muszę poczekać jeszcze ze dwa miesiące, bo podejrzewam, że tę pozycję też odchoruję...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „3/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 27 stycznia 2017 09:48
  • środa, 25 stycznia 2017
    • 2/2017

       

      Grypa rulez!!!

      Gorączka 39', upiorny suchy kaszelek, bóle kości, jakby kto mocno kijem obił, brak siły nawet na czytanie. Tydzień "leżącego" zwolnienia.

      I komentarz: "Nie mam takiego pracownika, który by tyle chodził na zwolnienia, co pani."

      Czy to moja wina?

      Nie mój cyrk, nie moje małpy. Nie będę się zarzynać, jak nie mam siły nawet zrobić sobie kanapki. A co dopiero mówić o pracy. Jak szefowa sama była chora, to się nie położyła na parę dni, bo przecież trzeba by było zapłacić za nadgodziny. A ja nie będę się poświęcać w imię jej superhiperwypasionych wakacji...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „2/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 25 stycznia 2017 09:44
  • czwartek, 05 stycznia 2017
    • 1/2017

       

      Końcówka poprzedniego roku była dla mnie kiepska. Szpital, diagnozy wynikające z hospitalizacji, parę innych chorób wykrytych "przypadkiem"... Sypię się... W tym roku "zmiana kodu, piątka z przodu". A czuję się, jakby było co najmniej z 10 więcej...

      Ale jeśli ten rok ma być taki, jak przedwczorajszy dzień, to ja poproszę o hibernację na kolejne 360.

      Przedwczoraj karetką ze szpitala powiatowego do szpitala do Warszawy został odwieziony siostrzeniec Ślubnego, lat 14. Cukier...700. Cud, że nie wpadł w śpiączkę...

      Niby coś ze dwa miesiące temu siostra Ślubnego mówiła, że schudł. Ale ja, zajęta swoimi chorobami, nie drążyłam tematu. Rośnie, dojrzewa, wyrasta... W sylwestra powiedziała, że zaczął sporo pić... Poszła do lekarza...

      Ile można? To ci od niefrasobliwych finansów. Do tego młodsza dziewczynka ma padaczkę, obecnie bez leków. Ale też wchodzi w okres dojrzewania, wszystko może się zdarzyć...

      Chcę przesunięcia czasu... co najmniej o rok do przodu... Czas 2018.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „1/2017”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 stycznia 2017 10:54
  • czwartek, 22 grudnia 2016
  • poniedziałek, 28 listopada 2016
    • 51/2016

       

      Jesienno-zimowy marazm mnie ogarnął. Wieje, pada coś dziwnego, wychodzić się nie chce... A do pracy mus chodzić... Lekturowo nie mam ochoty na nic ambitnego. Ostatnio "Grób" Gai Grzegorzewskiej. Miodzio. Lubię, kiedy książka odcina mnie kompletnie od rzeczywistości, kiedy mówię sobie "jeszcze kilka stron..." i książka się kończy za szybko... Dobrze, że wiedziona jakimś podskórnym dziewiątym zmysłem odłożyłam czytanie "Betonowego pałacu" i "Kamiennej nocy" na bliżej nieokreśloną przyszłość. Teraz jak znalazł, bo będzie po kolei chronologicznie. Natomiast nie porwała mnie Małgorzata Gutowska- Adamczyk i "Mariola, moje krople !". Miało być śmiesznie. Może ja mam spaczone poczucie humoru... A może historia dotyczyła zbyt dawnych czasów? A może to po prostu Autorka nie dla mnie? I jeszcze "Harry Potter i przeklęte dziecko". Scenariusz sztuki, wielka szkoda, że nie powieść. Chociaż... w wersji powieściowej obstawiałabym tom na jakieś 1400 stron, tyle się dzieje...

      Czy ktoś może wie, kiedy będzie kolejny tom "Kronik dziwnego królestwa" Oksany Pankiejewej? Niby kładziono nam do głowy rosyjski z zapałem chyba większym, niż się obecnej młodzieży wkłada angielski, ale nie podejmuję się czytać w oryginale. A bardzo bym chciała wiedzieć, co dalej z królem Szellarem... Mam nadzieję, że przeżyje, bo cykl ma ponoć z 10 tomów...

      Zdrowotnie tak sobie. W głowie mi szumi, za bardzo nie mogę się schylać. A mam remanent w aptece do przeżycia... Albo mi nic nie będzie, albo znów pójdę na zwolnienie...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „51/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 listopada 2016 09:42
  • poniedziałek, 14 listopada 2016
    • 50/2016

       

      Ślubny się uparł, suszarka kupiona. Testujemy...

      Nie, nie ma tak, że wyjmujemy, składamy i chowamy do szafy. Tylko bawełna "podkręcona" na maxa jest prawie sucha. Mix jest leciutko wilgotny, trzeba to wyrzucić na kaloryfer albo na suszarkę na 24h, żeby złapało "atmosfery" pokojowej. Jedno jest nie do przecenienia. Woda wylana z pojemnika suszarki, mierzona - po pojedynczym suszeniu - w litrach - nie skrapla się nam na oknach. Naprawdę jestem zaskoczona ilością tej wody... I nie trzeba tego ścierać z parapetów. I nie kapie na głowę z okien dachowych. A ilość kłaków w filtrze poraża. Nie mam później tego w mieszkaniu. Same korzyści.

      Na razie jeszcze się boję wrzucać wszystko do suszarki, jak leci. Tym bardziej, że na większości metek jest znaczek- nie suszyć w suszarkach bębnowych. Nawet na bawełnianych tiszertach. Chociaż tym akurat chyba nie szkodzi tak bardzo. Ale skarpetki, majtki, ręczniki- wrzucam bez czytania metek. Nawet uprałam i wysuszyłam narzutę "z zakazem"- nic się nie stało, suszyłam na opcji "koc". Jeszcze trochę, trening czyni mistrza ;)

       

      Na fali "poszpitalnej" przeczytałam jeszcze kilka lektur, ale raczej takich z gatunku "zapomnieć po przeczytaniu". Nie mam ochoty na nic ambitniejszego. Co było? Magda Stachula "Idealna" i Agnieszka Olejnik "Nieobecna". Czytane zaraz po sobie. Dało się przeżyć, ale nic szczególnego, dobrze, że pożyczone, a nie kupione. Na grypę w łóżku w sam raz.

      Natomiast kupiłam "Pójdź na sąd boży" Mariusza Ziomeckiego. Pierwsza część historii podinspektora Romana Medyny pozostawiła mnie z bardzo mieszanymi uczuciami, ale stwierdziłam, że dam jeszcze jedną szansę. Nie chciało mi się czekać, aż książka pojawi się w bibliotece, kupiłam własną. Nie napiszę, że to był "strzał w dziesiątkę", pewnie ją komuś pożyczę i nawet nie będę mocno ścigać o zwrot. Niemniej- polubiłam bohatera, na pewno będę chciała przeczytać kolejne części cyklu. Z podobnej tematyki było jeszcze pożyczone "Nikomu nie ufaj" Wojciecha Wójcika. Też- do przeczytania, bez jakichś wielkich zachwytów, ale i bez niesmaku. Po prostu niezła książka sensacyjna, jakich wiele. Podobało mi się, zapisałam się w bibliotece na "Garść popiołu" tego samego autora.

      Zastanawiające natomiast jest to, że w dwóch z w/w pozycji, zupełnie niezależnie od siebie, jako motyw i wątek główny występuje ten sam charakterystyczny nałóg. Przypadek? Czy znak czasów?

      I jeszcze jedna pozycja, chyba najlepsza z nich wszystkich: "Sześć kobiet w śniegu, nie licząc suki" Anny Fryczkowskiej. Nie będę pisać na temat treści, podobało mi się, że autorka usiłowała podać motywacje postępowania bohaterek. Że wydarzenia z przeszłości mają na nas wpływ, choćbyśmy usiłowali o nich zapomnieć. Chociaż czyn bohaterek w rzeczywistości raczej nie uszedłby im na sucho, bo "wrabianie" było szyte nawet nie grubymi nićmi, ale sznurkiem do snopowiązałki... Niemniej jako czysto rozrywkowa pozycja "dla zabicia czasu"- jak najbardziej.

       

      Od tygodnia chodzę do pracy. Ewidentnie mi nie służy. Jak siedzę w domu, mam ciśnienie w normie albo poniżej. Jak mam wyjść rano- oscyluje w okolicach 160/100, z pulsem powyżej 90. I to po lekach... A muszę uważać, bo to jedna z przyczyn mojego ostatniego pobytu w szpitalu. I nie mogę zaglądać do szafek na dole, przechylić głowy na bok, bo wszystko zaczyna wirować... Chyba muszę się nauczyć z tym żyć...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „50/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 listopada 2016 09:47
  • środa, 02 listopada 2016
    • 49/2016

       

      W poniedziałek, po prawie ze stoperem odmierzonych ośmiu latach współpracy, nasza Francesca Simona złożyła nam wypowiedzenie. Czyli- z polskiego na nasze- piekielna machina odmówiła posłuszeństwa. Bardzo spektakularnie zresztą, bo około północy zasygnalizowała koniec programu, po czym... nie dała się wyłączyć! Dopiero odłączenie od prądu z gniazdka było skuteczne. I teraz ciężko mi się przyzwyczaić do zmywania ręcznego i nieustannego bałaganu w kuchni. Nie za duży zlewozmywak- jedna komora- też nie ułatwia zapanowania nad sytuacją. A imię? Trudno nie nadać imienia członkowi rodziny, nawet, jeśli to tylko służąca ;) I wszystkie Wasze komentarze pod tamtym wpisem się sprawdziły :)  Po ośmiu latach używania zmywarki stwierdzam, że jest to sprzęt w domu NIEZBĘDNY, do kupienia w kolejności zaraz za lodówką, komputerem i pralką, a zdecydowanie bardziej potrzebny, niż np telewizor. Sprzęt został odwieziony do mechanika, mam nadzieję, że szybko wróci...

      Przypomniałam sobie starsze wpisy, dotyczące tego zakupu, mój sceptycyzm BARDZO szybko się rozwiał. Ciekawe, jak będzie teraz. Bo Ślubny napalił się na... suszarkę kondensacyjną do ubrań... Niby miejsce do wstawienia zawalidrogi jakieś się znajdzie, kosztem kosza na brudy i przemeblowania w łazience... Może w końcu przestanie nam się skraplać para na oknach dachowych. Poczekamy, zobaczymy... Chce- niech kupuje. Jeśli będzie tak, jak ze zmywarką- nie zamierzam oponować...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „49/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 02 listopada 2016 09:33
  • poniedziałek, 31 października 2016
    • 48/2016

       

      Poniedziałek.

      Rano jak zwykle pobudka 5.45. Potem, koło 7. przyszedł lekarz. Jakiś dziwny młodzian z kucykiem... Nie widziałam go do tej pory, zebrał dosyć dokładny wywiad, po raz kolejny musiałam opowiedzieć historię choroby... Ki diabeł??? Panie obok też wypytał dokładnie co i jak. Potem współlokatorka uświadomiła mi, ze to psycholog, pewnie przyszedł, żeby wykluczyć st.any depre.syjne. Ale o 7. rano??? Litości!!! Jak w ciągu 3min rozmowy da się określić, czy mam zaburzenia, czy nie?

      Od rana młyn. Po spokojnej sobocie i niedzieli na oddziale ma się wrażenie, że nadciągnął jakiś kataklizm. Komisyjny i bardzo duży obchód się spóźnia. Do naszej sali docierają potem już tylko pojedynczo lekarze prowadzący. Jutro wychodzę!!! Jeszcze tylko dzisiaj E.EG, jutro jakieś badania krwi i idę do domu!!! Mam dosyć...

      W końcu nie doczekałam się na EE.G. Co jest? Na wieczornym obchodzie pytam- w karcie wpisane odbyte badanie... No jaja... Prawie nie śpię w nocy. Jak mi będą robić to E.EG to wyjdzie jak po zmęczeniu...

      Wtorek.

      Pani woła mnie na EE.G o 7. rano, nawet nie zdążam dobrze się ogarnąć. Ciekawe, jak wyjdzie. Potem zaczepiam pielęgniarkę o badania... No jasne, że są zlecone. Takie na 6 czy 7 probówek. Niestety, pierwsze podejście "spalone". Mówcie mi "poduszeczka na igły". Bardzo ciężko się wkłuć, a jak już się udaje-krew nie chce lecieć. Mam porządnie się napić i przyjść za pół godziny. W końcu sukces okupiony bólem- udaje się pobrać krew z żyły na przegubie lewej ręki. Bardzo bolesne miejsce. I do tej pory nie mogę nosić zegarka, bo boli...

      Jeszcze przed śniadaniem dostaję wypis tymczasowy i zwolnienie. Po ten właściwy mam zgłosić się za jakiś tydzień, jak przyjdą wyniki wszystkich badań. Czytam- i dopiero teraz robi mi się słabo...

      Bo rez.onans potwierdził zm.iany naczyn.iopochodne w mózgu, nieadekwatne do wieku, zbyt zaawansowane. RTG dysko.patię kręgosł.upa szyj.nego. Przy przyjęciu EK.G wykazało niedo.krwienie serca, stąd ten hol.ter. Którego wyniku zresztą jeszcze nie ma. Chole.sterol faktycznie miałam pod sufit, glukozę też. Do tego zachw.iania równ.owa.gi przy przyjmowaniu do szpitala. Mam stawić się do lekarza pierwszego kontaktu po skierowanie do laryngologa- bł.ędn.ik do zbadania, i do neurologa- na szczęście Pani Ordynator zgodziła się (po starej znajomości) wziąć mnie pod swoje skrzydła bez kolejki (do niej czeka się i rok). Kochany człowiek, naprawdę... Wyniku EE.G i końcowych badań też jeszcze nie było... No i ten gu.zek w tarcz.ycy... Masakra... Jedyne, czego nie mam- to za.burze.ń depr.esy.jnych, potwierdzone badaniem o 7. rano w poniedziałek, na półśpiąco...

      Starość, k... starość mnie dopadła i tyle. Przed 50, jakby się kto pytał :(

      ================================

      W trakcie 6 dni pobytu w szpitalu 4 razy pomylono mi poranne leki na ciśnienie... Biorę 1 tabletkę w dosyć dużej dawce, w szpitalu składali mi ją z dwóch mniejszych, do tego różnych. Do tego drugi lek, w dawce niedużej, standartowo jest 2x wyższa, w szpitalu mieli tę większą, miałam dostawać po pół tabletki. I tak- raz pierwszego leku dostałam tylko 1 tabletkę, tę mniejszą. Na drugi dzień- dla odmiany drugiego leku całą, nie pół. Kolejnego dnia drugiego leku nie dostałam wcale, wzięłam swój- dobrze, że miałam... I ostatniego dnia drugiego leku też nie dostałam. Nie, nie zamierzam składać skargi. Na oddziale powinno być zatrudnionych co najmniej 14 pielęgniarek- a jest 7. I naprawdę nie ma się czemu dziwić, że jeśli pacjent jest samodzielny i chodzi- to nie poświęca mu się uwagi. Bo na oddziale większość osób jest po udarach. A wiadomo, że wszystkie błędy i komplikacje przytrafiają się pracownikom służby zdrowia...

      =======================

      I nie ma to, jak dostać comiesięczną babską przypadłość w szpitalu... W wersji "zalewającej"...  :/ Tampo.ny rulez...

      =======================

      Jestem na zwolnieniu do 6.11. I nadal nie mogę za bardzo się schylać, bo mam mroczki i zaw.roty... A moja praca niestety tego wymaga...

      A wszystkie kropeczki w nazwach badań i leków są po to, żeby wyszukiwarki nie odsyłały tutaj...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „48/2016”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 października 2016 12:06
  • niedziela, 30 października 2016
    • 47/2016

       

      Sobota.

      Śpię kiepsko. Mam łóżko pod oknem, przy kaloryferze, jest za gorąco. Sala maleńka, a są cztery osoby. Okna nie otworzę, bo wieje prosto na mnie. W takich warunkach wiem, że chrapię. Krępuję się, żeby nie pobudzić współspaczek... 5.45- lampa. Mierzenie temperatury. Za 5 minut- kolejna. Mierzenie cukru, poziom 88. Dobrze jest... Ale spać już się nie da... Zanim podadzą śniadanie około 9- zaczynam mieć mroczki przed oczami i znów kręci mi się w głowie. Ale to pewnie przez zbyt długą przerwę między posiłkami, cukier mi spada... Obchód w wersji mikro, wpada lekarka dyżurna "Nic się nie dzieje? Pójdzie pani dziś na dopp.lera, doktor zawoła." Mówię o mroczkach, zawrotach... "To proszę sobie coś jeszcze kupić, jakieś ciastka albo zostawić kanapkę z kolacji i zjadać koło 20." Tia...

      Marzę o prysznicu, niestety, dopóki jestem obklejona elektrodami, nie mogę. Kroplówki, pomiary glukozy. Wen.flon na wierzchu prawej dłoni ledwo zipie, proszę o dodatkowe doklejenie plastrem, nie na wiele się to zdaje... Po telefonie pielęgniarka prowadzi mnie na badanie przepły.wu w tętni.cach szyj.nych. Nie myślałam, że będzie robił kolega... "Jest ok, wyszło dobrze... O, a tu masz jeszcze gu.zek w tarczy.cy..." Nie wiedziałam... Kolejna "dobra" wiadomość, szlag by to...

      Po południu zdejmują mi elektrody i w końcu udaje mi się dotrzeć pod prysznic. Jedna kabina na cały oddział... Masakra... W sumie większość osób leżących, niesamodzielnych, ale to i tak chyba za mało na 30parę łóżek? Na rękę z wenf.lonem zakładam gumową rękawiczkę. Dobrze, że w pomieszczeniu prysznica są poręcze, asekuruję się przy myciu głowy, świat jednak trochę wiruje... Przy wycieraniu się definitywnie gubię wenflon. Szlag. Może już nie będzie potrzebny??? W sumie normalnie jem, piję, nie wymiotuję... Udało się umyć, od razu mam lepszy humor.

      Wieczorem grzecznie łykam przyniesione leki. Współspaczki rozkręcają tv z jakimś talentshow, po czym o 21.30 gaszą światło. Ratuję się telefonem ze słuchawkami i czytnikiem z podświetleniem. Zasypiam około 23 i chyba ze zmęczenia budzę się w nocy tylko 3 czy 4 razy...

       

      Niedziela.

      Znów klasycznie- lampa 5.45. Temperatura, glukoza- poniżej 80. Nic dziwnego, że nie wytrzymuję do śniadania i mam mroczki i zawroty głowy. Wieczorem zjadłam parę biszkoptów, ale, jak widać, niewiele to dało... Na wieczornym obchodzie zgłosiłam brak wen.flonu- lekarz dyżurny stwierdził, że w sumie kroplówki mi niepotrzebne i może nie trzeba będzie kłuć ponownie. Ufff... O 7. pielęgniarka przynosi kroplówkę, udaje mi się wynegocjować odroczenie podłączenia do obchodu i decyzji lekarza- przecież nie mam wenfl.onu. Na szczęście dyżur ma Pani Ordynator, już nie każe mnie kłuć, zarówno w kwestii wen.flonu, jak i pomiarów glukozy. Wychodzi dobrze, pewnie była jakaś anomalia. I możliwe, że wyjdę we wtorek. Jupi!!! Własny dom, to jednak własne łóżko i łazienka... Przemędzam niedzielę, czytając książki i słuchając radia, na słuchawkach oczywiście. Tego, co oglądają w TV współlokatorki z sali, nie trawię... Jakoś przesypiam noc, choć gorzej, niż poprzednią...

      CDN...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „47/2016”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 października 2016 09:01
  • sobota, 29 października 2016
    • 46/2016

       

      Piątek.

      Z półsnu wyrywa mnie zapalone światło. Zegarek...5.45, mierzenie temperatury... Znów letarg. O 7 przychodzi pielęgniarka, podwiesza kolejną kroplówkę, pobiera krew... Po co? Wczoraj na izbie też pobierali... Pojemnik na mocz. Po kroplówce docieram do łazienki, już mnie nawet nie zarzuca, oddaję badanie... Tylko schylać się nie mogę, dobrze, że w łazience są poręcze... Marzę o prysznicu, ale Ślubny przywiózł mi wczoraj tylko mały ręczniczek do rąk... Może to i lepiej, bo nie wiem, czy dałabym radę stać i myć się jednocześnie... Dziś po południu przywiezie ręcznik, to się umyję, a może będę silniejsza? Leżę... Śniadanie- wstrętne coś do picia, słodkie, chyba słabiutka inka? Rezygnuję, dobrze, że mam wodę. Zupa mleczna, niesłona, bez cukru, próbuję i odstawiam, nie da się tego jeść... Sucha bułka, pół kostki topionego serka... Matko... Wiedziałam, że w szpitalach marnie karmią, ale żeby aż tak??? Kolejna kroplówka, robi się 11... Obchód w końcu dociera i do nas... W sumie śmiejemy się, że i tak jesteśmy najzdrowsze na całym oddziale, bo chodzimy, a większość pacjentów jest po udarach...

      Pani Ordynator: "Jak mówiłam wczoraj- tomo.grafia wykazała zmiany pocho.dzenia nacz.yniowego. Leczy się pani na nadciśn.ienie, w sumie bierze pani spore dawki, może to od tego, ale wymaga głębszej diagnostyki. Dziś zrobimy rez.onans gło.wy i złożymy hol.tera. Rentg.en kręgo.słupa szyjnego i klatki. Badania krwi wyszły tak sobie, musimy monitorować cukier (MATKO!!! Jeszcze mi cukrzycy brakowało, litości!!!), ma pani bardzo wysoki chole.sterol, ale do tej pory nic pani nie brała? Włączymy stat.ynę wieczorem..." "Ale ja miałam zawsze HDL powyżej normy, a LDL w normie, dlatego lekarka prowadząca nic nie dawała..." "Teraz trzeba. Leki na ciśnienie pani dostała?" "Dostałam rano kieliszek różnych tabletek, co to jest to małe różowe? Czy to nasenne? Po co rano?" "A to pewnie hydro.xyz.yna, dobrze robi przy takich zawrotach, jak pani ma... Kręci się jeszcze? Wymiotuje pani?". "Już nie, ale nie mogę się schylać, bo świat wiruje... Kiedy planujecie mnie wypuścić?" "Jak zrobimy wszystkie badania." "Może jakaś przepustka, sobota, niedziela?" "Nie praktykujemy...."

      Matko... jak ja przeżyję... Zanudzę się na śmierć... Na szczęście mam słuchawki do telefonu... Jakąś stację radiową daje się złapać... Koło południa robię próbę czytania książki... Jupi, mogę!!! Nie jest źle, poprzednio ze trzy dni nie mogłam nic przeczytać, bo kręciło mi się w głowie... W sali mamy telewizor na monety. Niestety, jedna z sąsiadek jest przygłucha, dobrze, że mam ten telefon ze słuchawkami... Zapoznaję się z "gustami telewizyjnymi ogółu społeczeństwa". Jakieś programy pseudosądowe, rozmowy Drzyzgi, rolnik szuka, jakieś popołudniowe tasiemce... No super... Nie będę się dokładać do tego interesu...

      W międzyczasie wiozą mnie na rtg, kilka razy przychodzi pielęgniarka i dziabie mnie w palce... Glukoza nie przekracza 100, nawet po jedzeniu. Ki diabeł? Wiozą mnie na rezo.nans gło.wy, wrażenia dźwiękowe- bezcenne... Jakby maszyna gadała... i potem PING! Po południu oblepiają mnie elektrodami. Hol.ter. Na całą dobę. Szlag, znów się nie umyję, mam wrażenie, że zaczynam śmierdzieć... Posiłki 9-13-17, kto wymyślił takie godziny? Czyżby szpital praktykował dietę ośmiog.odzinną??? Przez osiem godzin jemy wszystko, na co mamy ochotę (czytaj: co dają), a potem przerwa... Tia... Jedzenie wstrętne, obiad kompletnie bez soli, picie do śniadania i kolacji z obligu słodzone, a takiego nie pijam... Dobrze, że świat w miarę przestał wirować, jestem w stanie dojść na drugi koniec korytarza do kuchenki z czajnikiem i zrobić sobie własną herbatę, którą przywiózł mi Ślubny. Przebłysk normalności... Niby w kuchence jest lodówka dla pacjentów i mogłabym mieć jakąś własną wędlinę, czy jogurt, ale... Pal licho... Zdaję się na szpitalny wikt... A pani z łóżka obok twierdzi, że jedzenie wcale nie jest tutaj takie złe... Wieczorem przynoszą mi trzy tabletki, ta trzecia to pewnie na chol.esterol... Łykam grzecznie wszystko, może będę lepiej spać... Hol.ter trochę przeszkadza, ale da się wytrzymać...

       

      CDN...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „46/2016”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 29 października 2016 09:13
  • piątek, 28 października 2016
    • 45/2016

       

      Czwartek tydzień temu. Idę do pracy na 10. Około 9 zaczyna być mi "dziwnie". Mierzę ciśnienie- w normie, tylko puls 105. Idę do pracy, oglądając się, o co "w razie czego" można się oprzeć...

      Docieram w miejsce przeznaczenia, jakaś niezobowiązująca gadka z szefem w szatni. Nie zdążam się przebrać w fartuch, robi mi się gorąco, czuję, że oblewa mnie pot- ale tak po całości. "Przepraszam, muszę usiąść..." Otwieram okno. Atak mdłości, ledwo zdążam do kibelka, zwracam śniadanie, po ścianie wracam na krzesło w kuchni, znowu atak mdłości, już nie zdążam... Świat wiruje. Nie mam siły, osuwam się na podłogę w łazience. Leżę, jakbym się za przeproszeniem narąbała... Szef zagląda, proszę, aby podał mi miskę i wezwał pogotowie... Nie mam siły podciągnąć się, żeby wymiotować do sedesu, mdłości nie odpuszczają. Pogotowie ma przyjechać z miejscowości oddalonej o 20 km, szefowa sugeruje odwiezienie do szpitala własnym samochodem, nie zgadzam się. Pacjenci przywiezieni karetką nie czekają w kolejce, w przeciwieństwie do tych, którzy docierają na własną rękę... "Koguty"? Niemożliwe, tak szybko... Sanitariusze robią swoje, wenflon na wierzch prawej dłoni, bo tylko tam coś widać, ciśnienie, cukier, wywiad... Wstrzykują mi coś do wenflonu na mdłości... Jestem tak spocona, jakbym założyła na siebie sweter prosto po praniu. "Jedziemy do szpitala?" "Tak..." "Da pani radę wstać?" "Spróbuję..." Prowadzą mnie do karetki, w pracowych butach, bez kurtki, szef w ostatniej chwili podaje mi torebkę... W karetce znowu wymiotuję, 500 m do szpitala jedziemy na sygnale? Niemożliwe...

      Izba przyjęć, E.KG, badania, neurolog z oddziału zjawia się po 10 minutach... Tak szybko??? Badanie... Cały czas mam mdłości, zwracam resztki śniadania, świat wiruje... "Czy wyraża pani zgodę na hospitalizację?" "Tak..." "Tutaj tom.ografia na cito i na oddział". Ankieta przed przyjęciem do szpitala, coś podpisuję drżącą ręką. W międzyczasie przyjeżdża powiadomiony przez Szefa Ślubny... Uzgadniamy, co ma przywieźć, pielęgniarz odwozi mnie na wózku na tomog.rafię, "na podorędziu" cały czas awaryjna torebka, od czasu do czasu się przydaje... W końcu, zmordowana, na granicy świadomości, ląduję na szpitalnym łóżku w bardzo ciasnej czteroosobowej sali... Ślubny przywozi mi dres, pomaga się przebrać... musi wrócić do pracy... która godzina... 12??? DOPIERO??? Przychodzi lekarka, zbiera wywiad, co się dzieje, czy miałam podobne epizody w przeszłości (oczywiście, że tak, ostatni 2 lata temu... wtedy następnego dnia Szefowa wylatywała na urlop i nie było mowy o szpitalu...). Pielęgniarka podłącza kro.plówkę z czymś na mdłości, mówię, że sanitariusze w pogotowiu już mi dali i niezbyt pomogło... Leżę, mam wrażenie, że robi mi się lepiej, usiłuję usiąść... Znów świat wiruje, mdłości... Leżę...

      Znów przychodzi lekarka, tym razem Pani Ordynator, do tego znajoma... "Wyszły zmiany w tomog.rafii, na szczęście nie ma krwawienia, ale potrzymamy panią trochę, zrobimy wszystkie badania... rezona.ns, E.EG, założymy hol.tera, może dopp.ler... Diagnozowała pani ten błęd.nik u laryngologa? Oczywiście, że nie... Wiadomo, lekarz, pielęgniarka albo farmaceutka..."

      Leżę i przyzwyczajam się do szpitalnej rzeczywistości... Szczęk garów na korytarzu... Obiad??? O 13??? Usiłuję przełknąć 2-3 łyżki zupy, cofa mi się... niesłone, niedoprawione, woda z ryżem... Pielęgniarka zmienia kr.oplówkę, wypociłam tyle, że nawet nie chce mi się sikać... Zapadam w letarg, drzemkę, ciężko określić, co... Tylko mi zimno... Otwieram oczy, za oknem ciemno, znów szczękają gary na korytarzu... Kolacja? O 17??? Pani z łóżka obok mówi, że przysnęłam, wisi kolejna kroplówka... Usiłuję usiąść... Świat nie wiruje!!! Sukces!!! Może wezmę łyk herbaty? Fuj, słodka... Zjadam kromkę suchej bułki i nie mam mdłości... Kolejny sukces!!! Pielęgniarka przynosi jakieś leki, pytam, co to, nie chce mi powiedzieć... Dużą białą tabletkę poznaję, to na "kołowaciznę", ale to małe różowe wygląda mi na coś nasennego... Po grzyba mi to dają, i tak dobrze śpię... Białą łykam, różową odkładam...  Udaje mi się po ścianie dotrzeć do łazienki i umyć zęby. Nawet mnie za bardzo nie zarzuca. Czyżby odpuszczało? Dobrze... O 21. współpacjentki z sali gaszą światło... Reszta oddziału też zasypia... Rany, jak ja tu przeżyję??? W nocy przysypiam, co kilka minut się budzę, patrzę na zegarek... Może trzeba było wziąć to różowe? Dobrze, że świat nie wiruje...

      CDN...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „45/2016”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 28 października 2016 10:29
  • środa, 19 października 2016
    • 44/2016

       

      Zawsze kiedyś musi być ten pierwszy(?) raz...

      Młodszy w sobotę wieczorem wybył. "Się przejść". Zimno, ciemno, robi się coraz później... (jakaś 20.30). Telefonu nie odbiera... Co jest grane...

      Około 21. oddzwania. Szczękając zębami mówi, że wraca, bo jest tak k... zimno, że żadna frajda.

      Wrócił. Lekko dziwny. I się przyznał, że piwko z kumplami. Na wolnym powietrzu. W miejscu, które jak miejscowa policja i straż miejska chcą się wykazać sukcesami w prewencji- to jadą tam "w ciemno".

      Gadka umoralniająca. Kto kupował piwo, gdzie- tego nie udało nam się wyciągnąć. Ustalenia, że telefony ma BEZWZGLĘDNIE odbierać. "Ale nie zapaliłem". No jeszcze tego by brakowało...  Groźba szlabanu na wyjścia i komputer za powtórkę z wyskoku. I błagalny wzrok- "Ale nie zrobicie afery?"

      JESZCZE nie zrobimy... Bo Ślubny stwierdził, ze on w jego wieku też już "bywał"...

      Małe dziecko- mały kłopot... Duże (???)...

      Młodszy nie ma jeszcze skończonych 16.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „44/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 19 października 2016 11:26
  • poniedziałek, 10 października 2016
    • 43/2016

       

      Byliśmy na "setce". Było bosko! I w szampańskiej zabawie nawet katar mi nie przeszkodził. Ani niezbyt miła pogoda.

      Ale czego się spodziewać po ludziach, którzy znają się od studiów, widują w tej chwili rzadko- zdecydowanie za rzadko- ale lubią ze sobą przebywać? I bawić się? Impreza na 25 osób, w restauracji, z DJ-em, który znał się na robocie i nie puszczał nam, starym prykom, techno i disco polo. Tylko lata 70.i 80. Stare dobre disco z BeeGees i Glorią Gaynor. I rocka. Dość, że od 20. do 4. nad ranem wszyscy szaleli na parkiecie- i w sumie nawet było mało... Tylko teraz mam takie zakwasy, że ledwo chodzę... (i nie wiem, zakwasy- czy początki grypy... Okaże się...) Co ten DJ (przed trzydziestką na visus) sobie myślał? "Te pięćdziesięciolatki są nie do zdarcia..." Bo impreza przedłużona o godzinę w stosunku do pierwotnej pory zakończenia. Alkoholu poszło... morze, ale przy TAKIEJ zabawie nikomu nie zaszkodził ;)

      A prezenty? Bardzo różne. Wykwintne alkohole (dużo, różne). Szkło artystyczne. Od bliskiej rodziny- ona dostała przepiękną torebkę, perfumy, on portfel. Ale to nie ten stopień zażyłości, to zrozumiałe... Od kogoś voucher do tunelu aerodynamicznego. My kupiliśmy w końcu voucher na kolację w ciemności, ważny rok, termin do ustalenia przez samych zainteresowanych. Kompletnie nie mieliśmy weny twórczej, poszliśmy na łatwiznę... I tyle...

      Poprzeczka imprezowa ustawiona wysoko. Tak sobie myślę- może jakieś srebrne wesele w przyszłym roku? W TAKIM towarzystwie? Byłoby świetnie...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „43/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 października 2016 09:19
  • poniedziałek, 03 października 2016
  • czwartek, 29 września 2016
    • 41/2016

       

      Skończyłam trylogię z komisarzem Forstem Remigiusza Mroza. Zakończenie... hm... powalające?

      Na którymś blogu przeczytałam niedawno, że Mróz jest jednym z największych manipulatorów wśród polskich pisarzy. I to prawda. W sumie, jeśli ma się utrzymać z pisania- to musi tak prowadzić wątki, żeby czytelnik wydał ostatnie grosze w księgarni w dniu premiery nowej części cyklu, prawda?

      A teraz- pustka... Nie wiem, co mam czytać. Brak mi bohaterów?

      Mam do skończenia "Domofon" Miłoszewskiego, na półce leży kupiony i nieruszony od baaaardzo dawna "Tron z czaszek" Bretta. A może "Czasomierze" albo "Widmopis" Mitchella? A może coś babskiego? "Mariola, moje krople!". Albo odświeżyć "Dożywocie" Marty Kisiel? I jeszcze z półki łypie "Kołek na dachu" Kevina Hearne i dwa tomy "Głębi" Marcina Podlewskiego. I naprawdę kupiłam "Kolonię karną" Tomasza Jastruna? Nie pamiętam, kiedy...

      Za dużo tego jest. I znów mi się zbiera kolejne zamówienie, bo nowej Jadowskiej, Bondy, Krajewskiego i Puzyńskiej nie odpuszczę... Marzę o mieszkaniu z piątym wymiarem, w którym mogłabym magazynować skatalogowane książki. Bo ostatnio zaczynam zapominać co kupiłam i gdzie utknęłam... Pozostaje mi jedynie wygrać w totka i kupić dom, w którym urządziłabym wielką bibliotekę. I tego się trzymajmy... Dziś 21 do wygrania ;)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „41/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 września 2016 10:30
  • poniedziałek, 26 września 2016
    • 40/2016

       

      Lato z kryminałem, czyli subiektywny przegląd urlopowych i po- lektur.

      W samolocie "tam"- Jo Nesbo "Człowiek nietoperz". Pierwsza część z cyklu o Harrym Hole. Pierwsza książka tego autora, widać, jakie mam zaległości. Nie porwała mnie, niestety. Zmiana autora.

      Katarzyna Puzyńska- cykl "Lipowo": "Motylek", "Więcej czerwieni", "Trzydziesta pierwsza", "Z jednym wyjątkiem", "Utopce", "Łaskun". O tym cyklu mnóstwo już napisano, nie będę się powtarzać. Jest po prostu świetny. W sumie ważne, aby czytać chronologicznie, bo poza intrygami kryminalnymi mamy ciągłość losów policjantów, prowadzących śledztwa. Połknęłam praktycznie wszystko jednym tchem, jeszcze strona, jeszcze pół, nie mogłam się oderwać. Ale- Droga Autorko, tak się nie robi. Nie kończy się ostatniej powieści w TAKI SPOSÓB, każąc czytelnikom czekać na dalszą część. Zapowiedź "Domu czwartego" jest na połowę listopada, już nie mogę się doczekać...

      Po skończeniu "Łaskuna"- pustka. Co dalej? Może Chmielewska? "Wszystko czerwone", nie czytałam, uchowałam się... Po jakichś 15 stronach wymiękłam, stwierdziłam, że denerwuje mnie ilość postaci, styl pisania i w ogóle dno. Znów odezwało się znaczenie, co po czym się czyta. Nie porwało, do odłożenia na inne czasy.

      Wzięłam "na tapetę" Remigiusza Mroza. Seria "Chyłka i Zordon": "Kasacja", "Zaginięcie", "Rewizja", znowu "połknięte na wdechu". Po powrocie natychmiast dokupiony i przeczytany "Immunitet". Recenzji w sieci jest mnóstwo, czyta się świetnie. Ma się wrażenie, że bohaterowie naprawdę mają swoje pierwowzory w rzeczywistości, można się do nich przywiązać. Ale- Drogi Autorze, nie zostawia się bohaterki w TAKIM MOMENCIE, a Czytelników przestępujących z nogi na nogę z niecierpliwości, co będzie dalej? I co, mamy czekać do przyszłego roku? TAK SIĘ NIE ROBI!!!

      Ponieważ Mroza czytało mi się świetnie- postanowiłam pójść za ciosem i "poznać" jeszcze komisarza Forsta: "Ekspozycja", "Przewieszenie" i "Trawers". Znowu- recenzji w sieci mnóstwo. "Ekspozycja" mnie w pewnym momencie znużyła, zmęczyła brutalnością, przeżycia bohatera w pewnym momencie zakrawają na cud, stwierdziłam, że po skończeniu zrobię sobie przerwę na coś typowo "babskiego". Ale- kończy się to tak, że natychmiast sięgnęłam po "Przewieszenie"- i tu już było zdecydowanie lepiej. Wciąga bardzo. I znowu koniec taki, że natychmiast chce się sięgnąć po "Trawers", który jednak jeszcze przede mną. Nie czytam recenzji w sieci, żeby nie zapeszyć.

      Kiedyś "przedobrzyłam" z książkami Karin Fossum, długo nie sięgnęłam po żaden kryminał. Po "Zaślepieniu" Karin Slaughter też nie mogłam się otrząsnąć. Zbyt brutalne, jak dla mnie. Ale mamy tylu DOSKONAŁYCH polskich Autorów, że naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Panie- Bonda, Grzegorzewska, Puzyńska. Panowie- Miłoszewski, Ciszewski, Mróz. Piszą tak, że w ciemno biorę każdą następną ich książkę. Oczywiście- nie jest to żadna "wielka literatura", a lektury czysto rozrywkowe. Ale- patrząc na kolejki zapisanych czytelników na w/w pozycje w miejscowej bibliotece- myślę, że mając takich autorów- może odrobinkę poprawią się niechlubne statystyki polskiego czytelnictwa.

      A sama zapisałam się w bibliotece na Mariusza Zielke i Martę Zaborowską. Chcę zobaczyć, co oni mają do powiedzenia. Może pod koniec listopada na coś się doczekam... bu...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „40/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 września 2016 09:05
  • piątek, 23 września 2016
    • 39/2016

       

      Mam problem. Co kupić na "setkę", czyli podwójne pięćdziesiąte urodziny znajomego małżeństwa? Dobry kolega Ślubnego ze studiów z żoną. Impreza jak średnie wesele, knajpa, hotel (mieszkamy dosyć daleko od siebie, nie spotykamy się za często). Oni- dobrze sytuowani, właściwie tylko brakuje im czasu, aby wydawać ciężko zarobione pieniądze. Do tego w trakcie budowy domu. Co kupić w prezencie komuś, kto za pieniądze może mieć praktycznie wszystko?

      Sex-shop odpada, nie ten stopień zażyłości, nie ta klasa ludzi. Super-hiper ekskluzywny alkohol odpada, trzeba mieć czas, żeby wypić go z przyjemnością i w dobrym towarzystwie.

      Myślałam o jakimś voucherze do spa. Wiem, że ona lubi takie rzeczy, ale on? U nas akurat jest odwrotnie, Ślubny uwielbia masaże, ja nie znoszę, jak dotyka mnie obca osoba. No fobia i już. U fryzjera przeżywam katusze, do kosmetyczki nie chodzę. A to ma być przyjemność dla obojga.

      Jakiś voucher do biura podróży? Czy znajdą czas, żeby wyjechać- szczególnie teraz, przy budowie? Niby vouchery ważne rok, ale wyjazdów weekendowych w biurach jest mało, musieliby sobie zrobić jakiś tygodniowy urlop. Czas, czas, czas... i zgranie wolnego... Uszczęśliwić kogoś na siłę?

      Jakaś fotoksiążka ze wspólnymi zdjęciami z dawnych dobrych czasów? Nie mamy ich w sumie aż tak dużo, kilka-kilkanaście się znajdzie co najwyżej... wszystkie praktycznie papierowe, skanowanie, przerabianie... To by było chyba najlepsze, najbardziej osobiste, ale możemy się nie wyrobić...

      Ma ktoś jakiś pomysł? Koszt- 300-500 zł. Zostały dwa tygodnie...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „39/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 23 września 2016 09:29

Kalendarz

Marzec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Kanał informacyjny