Życie jak każde inne...

Prywatny punkt widzenia

Wpisy

  • czwartek, 22 lutego 2018
    • 6/2018

       

      Młodszy od Sylwestra ma maraton imprezowy. Nie było weekendu, żeby nie było jakiejś osiemnastki albo imprezy z innej okazji. W ferie- nasilenie imprez co najmniej podwójne...  Nawet na wyjazdową studniówkę się załapał jako osoba towarzysząca, mimo, że młodszy. Swoją drogą- dziwne czasy teraz nastały. Ogłasza się na "twarzo...", że się szuka partnera- partnerki na studniówkę, wesele, imprezę (niepotrzebne skreślić). I kto chętny-się zgłasza. Młodego dobra koleżanka, ale chyba nic więcej. Poszli, ona zadowolona, on- w sumie z samymi obcymi ludźmi- też nie narzekał. Ale pamiętam, że sama na swoją studniówkę też poszłam z kimś "organizowanym", poznanym ze trzy dni przed...  I zatańczyłam z nim może ze dwa razy, chociaż bawiłam się świetnie... z innymi. Na szczęście gość nie był zupełnie wyrwany z kontekstu i też się bawił, bo jak się okazało- miał z kim... Z własnej studniówki mam może ze dwa amatorskie maleńkie zdjęcia, bo resztę czasu spędziłam na sali, tańcząc do upadłego. A były to czasy studniówek w szkole, z jedzeniem w salach lekcyjnych i tańcami w auli. Alkohol?- pewnie był, wtedy mnie to nie interesowało, chociaż jakieś opowieści później były...

      Młodemu od praktycznie roku kładziemy do głowy wykłady z BHP- czyli "bezpieczeństwa i higieny picia". Poza jednym- pierwszym razem - chyba odnoszą skutek. I to Młody raczej ogarnia towarzystwo, żeby w ferworze "szampańskiej zabawy" nic się nikomu nie stało... Młody jest młody, ale cóż... Kumple już osiemnastki pokończyli, byłabym hipokrytką, gdybym udawała, ze na imprezach nie ma alkoholu i że Młody "ani kropli..." Mam tylko nadzieję, że BHP robi swoje. I cieszę się, że po takiej imprezie przychodzi z nami pogadać. To znaczy, że ma zaufanie. A ja też z góry wolę wiedzieć, że idzie na imprezę nie do końca abstynencką, niż później być zaskakiwana telefonami w środku nocy, że muszę dziecko odebrać w stanie... różnym...

      Myślałam, że z nastaniem postu skończą się imprezy... Nic bardziej mylnego. W zeszłą sobotę jakiś nocny maraton gier w klubie, w tę sobotę ma być rajd harcerski... Trochę się obawiam, bo ma być tęgi mróz, a młodzież ma biegać parę godzin po mieście i okolicach... Mam nadzieję, że ktoś to przełoży na bardziej sprzyjający pogodowo czas.

      A sam Młody przyznaje, że już jest zmęczony. I że chętnie by spędził piątkowy wieczór, sobotę i niedzielę w domu, wysypiając się do południa i wychodząc tylko na krótki spacer. Ale imprezy żadnej odpuścić nie chce. Takie prawa młodości :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „6/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 lutego 2018 08:09
  • środa, 21 lutego 2018
    • 5/2018

       

      Drogi Adminie Bloxa, uprzejmie proszę o usunięcie mnie z "blogów tygodnia". Piszę dla siebie i na rozgłosie mi nie zależy...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 21 lutego 2018 10:39
    • 4/2018

       

      Krótkie pytanie: Ile czasu- średnio- "żyje" zmywarka? Nasza zaczęła się psuć po 8 latach. Oddana do "fachowca" (zapłaciliśmy za naprawę 1/4 ceny nowej maszyny) pracowała 3 miesiące, potem było to samo. Okazało się, że tzw. "fachowiec" nie zrobił nic mimo, że gołym okiem było widać, że duża uszczelka drzwi jest do wymiany. Ślubny po krótkim kursie internetowym uszczelkę zakupił i wymienił sam. Ale "poleciały" chyba inne uszczelki też, a do tego sprzętu są chyba już niedostępne. Maszyna ma obecnie 9,5 roku, daje się włączać co 2.-3. dzień, prawdopodobnie jak obeschnie... I teraz dylemat- szukać innego "naprawiacza", który raczy przyjechać, zdiagnozuje i powie, czy się da i czy warto naprawiać- czy przy tym wieku sprzętu nie bawić się w naprawy i od razu kupić nową?

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 21 lutego 2018 10:35
  • poniedziałek, 05 lutego 2018
    • 3/2018

       

       Jakoś tak pod koniec listopada Ślubny oświadczył:

      - Zadzwonił do mnie K., że idą na bal w karnawale, czy my też chcemy i że trzeba się szybko decydować, bo bilety idą jak świeże bułki. To powiedziałem, że chcemy.

      Tia... "Uwielbiam" takie imprezy. Oględnie mówiąc- nie pałam miłością do najpopularniejszego w okolicy typu muzyki tanecznej- czyli discopolo. Poza tym jestem osobą- w sumie- publiczną,do tego nie najmłodszą, impreza "masowa" mnie nie bawi... Komentarze osób postronnych, jak to się "pani magister" bawi... "Bal"... Dobrze powiedziane. "Coś" w okolicznej wiosce, miejsce akcji- remiza strażacka. Z cateringiem, ale jednak... Do tego wcale nie najtańsze...

      No dobra, może tak wypadnie, że nie pójdę? Przełknęłam informację, przytaknęłam na zgodę (ale co się nakomentowałam na temat samodzielnych decyzji Ślubnego, to moje).

      - Ale my w sumie nigdzie nie chodzimy...

      Nie chodzimy, bo wolę spędzić wolny wieczór na fotelu z książką, przy muzyce, którą sama sobie wybrałam... Z takimi imprezami potem jest problem z powrotem, trzeba kogoś prosić, żeby przywiózł, Starszego akurat nie będzie...

      - Coś się wymyśli...

      "Dzień egzekucji" nadszedł w minioną sobotę... Wyciągnęłam z szafy jakąś nabytą okazyjnie ze dwa lata wcześniej długą kieckę, jakieś wyższe buty typu szpilka... Stwierdziłam, że jak bal, to bal... nawet w remizie... Choć...delikatne poczucie obciachu jakoś nie chciało mnie opuścić... "Na wszelki wypadek" do płaskich butów na zmianę dorzuciłam jeszcze "małą czarną"... Nawet polakierowałam paznokcie, choć nie robiłam tego od niepamiętnych czasów. (Bo niezależnie od powziętych środków ostrożności, odżywek itd... lakier mi potem schodzi razem z paznokciami... ten typ tak ma...). Jedziemy...

      Tia... Sala na około 150-200 osób, ciasno... Idziemy do stolika, witamy się.... Oczywiście pełno znajomych z widzenia i nie tylko...

      - Ale pani to się nie spodziewałam tutaj zobaczyć...- usłyszałam... Co było do przewidzenia...

      Do tego z tą długą kiecką to wyskoczyłam... Może z 5 pań na całą imprezę miało długie. Zawyżamy znacznie średnią wiekową... Trudno, nie będę się przebierać. Nie chce mi się...

      Dali coś zjeść, a potem zaczęli grać... Moje przypuszczenia co do muzyki się potwierdziły... Do tej pory nie słyszałam "tfurczości" niejakiego pana S. Miałam okazję- w wykonaniu odtwórczym, ale... Myślę, że i tak długo żyłam w błogiej nieświadomości...  Natomiast "w tany" ruszyli praktycznie wszyscy. My... też ;) Niesamowicie wygląda, jak kilkadziesiąt par rusza do tańca, przy stołach zostają jakieś niedobitki... Może dlatego, że jak już ktoś kupuje bilety na taką imprezę, to zakłada, że idzie nie tylko popić i pojeść, ale głównie potańczyć... Nawet zafundowaliśmy sobie losy na loterię fantową, gdzie każdy wygrywał... I wygraliśmy- dwa pendrivy po 8 giga, kubeczek i trochę słodyczy ;). Nie jest źle...

      Mój stopień satysfakcji z imprezy- odwrotnie proporcjonalny do chęci pójścia na nią ;) Wytańczyłam się "do utraty tchu", jednak z kondycją jest niewesoło. I - jak się normalnie chodzi w butach na płaskim, to potem po założeniu czegoś wyższego się cierpi... Nogi bolą mnie jeszcze dzisiaj, po imprezie co przysnęłam- to łapał mnie kurcz. Za stopę, za łydkę, jedną, drugą, za palce... Masakra... Wstawałam, "rozchodziłam", zasypiałam... i powtórka... Wiedziałam, że tak będzie... Jeden z powodów, dla których i tak nie lubię takich imprez.

      I lakier już też zaczął schodzić... Razem z paznokciami...

      Dobrze, że następna impreza dopiero w kwietniu...  I - niestety- daleka wyjazdowa. Ale o tyle dobrze, że zamknięta i w gronie dobrych znajomych. Wiem, że przynajmniej w kwestiach muzyki tanecznej nie będę cierpieć, bo najgorsze co może mnie tam spotkać, to klasyczne disco z lat 70. ;)  Na szczęście mamy podobne gusty ;)

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „3/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 lutego 2018 11:59
  • wtorek, 30 stycznia 2018
    • 2/2018

       

      W sobotę pracowałam "na dwa razy", taka sytuacja. Wiązało się to ze znacznie wcześniejszą, niż zazwyczaj, pobudką. Powrót do domu, po trzech godzinach przerwy znów do pracy, tylko na godzinkę, ale zawsze... Ślubny wykazał się empatią, odwoził, przywoził... Pogoda parszywa, lało, wiało, zawsze mu mówię, że wolę takie gesty od najpiękniejszych prezentów. W sumie wyszło mu z 8 wyjazdów, bo jeszcze po zakupy, na basen, gdzieś tam Młodego odwieźć...

      Wieczorem- impreza "spontan" u znajomych. Pojechaliśmy... Około 23.30 stwierdziłam, że wracamy, bo jestem tak zmęczona, że zaraz zasnę z nosem w talerzu... Alkoholu praktycznie nie piłam, kieliszek wina przez 3 godziny, Ślubny wcale. Tylko obżarłam się do wypęku domową pizzą... Wróciliśmy, pełny żołądek niebardzo dawał spać, w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, co jest gorsze- przepicie alkoholowe- czy jednak przeżarcie? Odczucia hm... podobne...

      Niedzielne południe... Może by jakieś większe zakupy, bo w tygodniu nie ma czasu (i jeszcze można). Schodzimy do samochodu, oboje, w jednym kierunku, na pewniaka... Na parkingu pod blokiem, tam, gdzie Ślubny zwykle parkuje- PUSTE MIEJSCE...

      GDZIE JEST SAMOCHÓD ???!!!

      Nie powiem, trochę się zdenerwowałam... Kto by się połaszczył na dziesięciolatka z mechaniczną blokadą skrzyni biegów???!!! Gdy wokół pełno nowszych i... łatwiejszych do wzięcia? (Dla niewtajemniczonych- mechaniczna blokada wymaga lawety albo totalnego zniszczenia skrzyni biegów...Odjechać się potem nie da.)

      Podreptaliśmy w kółko, stwierdziliśmy, że nic nie wymyślimy, wracamy do klatki...

      NIESPODZIANKA!!! Samochód cały i zdrowy stoi naprzeciwko wejścia :D

      Po prostu wieczorem byliśmy oboje tak padnięci, że nie odnotowaliśmy w pamięci, że samochód został postawiony gdzie indziej... Tam gdzie zwykle- nie było miejsca. Ślubny poprzedniego dnia wyjeżdżał i parkował tyle razy, że robił to już odruchowo... I tyle...

      Ale ZGUBIĆ SAMOCHÓD POD BLOKIEM???!!!

      Dobrze, że się znalazł... Ale chyba czas zacząć brać jakieś specyfiki na poprawę pamięci ;)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „2/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 stycznia 2018 10:19
  • sobota, 20 stycznia 2018
    • 1/2018

       

       

      Ani się obejrzałam, a tu prawie styczeń przeleciał...

      W pracy sytuacja w normie, mam trochę więcej obowiązków- na własne życzenie zresztą, ale dzięki temu szybciej leci czas w oczekiwaniu na pacjentów. Poza tym Matka Szefowej złamała rękę i kość miednicy, 6-8 tygodni leżenia plackiem... Szefowa robi tylko to, co najniezbędniejsze i biegnie zajmować się chorą. Najgorsze jest to, że to się stało w domu, potknęła się... o kapcie i upadła tak nieszczęśliwie. I tak się zastanawiam- co by było, gdybym naprawdę odeszła... Chyba by mnie zeżarły wyrzuty sumienia...

      Na czytanie też tak jakby mam mniej czasu... W domu ogarnia mnie jakiś marazm, "literowstręt"...  W wolniejszej chwili oglądam po raz n-ty "Kości"- w każdej chwili mogę przerwać i iść robić co innego. Czytam przed snem- i po 3-4 stronach oczy mi się zamykają... Tak, że w grę wchodzą tylko lektury mniej ambitne, choć nie powiem, że lekkie... Ostatnio "Para zza ściany" Shari Lapena, "Żebro Adama" Antonio Manziniego, młodzieżowy "Problem" Non Pratt i "Pikantne historie dla pendżabskich wdów" Balli Kaur Jaswal. I jeszcze coś, co w zasadzie chyba powinno być lekturą obowiązkową nastolatków w dobie facebooka, instagrama i innych tego typu wynalazków. Dla tych, którzy bezmyślnie dowcipkują sobie z kolegów i koleżanek, uważając, że to tylko żarty... Mowa o książce "13 powodów" Jay Ashera. Przeczytałam w ebooku i zakupiłam wersję papierową do podsuwania znajomym nastolatkom... Jak na lekturę młodzieżową- zrobiła na mnie dużo większe wrażenie, niż "Fanfik"... Bez porównania.

      I pozwolę sobie polecić baaardzo długi wpis  Królowej Matki  ostrzegający przed tym, czego NIE czytać. A przyznam się, że miałam ochotę przetestować... Na szczęście ktoś zrobił to za mnie i opisał to w sposób perfekcyjny :)

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „1/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 20 stycznia 2018 19:10
  • wtorek, 19 grudnia 2017
    • 50/2017

       

      Burza nadeszła, zostawiła trochę spustoszeń, przewiała brudy z kątów... i odeszła... Trąby powietrznej nie było.

      Bomba wybuchła w piątek tuż przed moim wyjściem z pracy, zagroziłam odejściem ze skutkiem natychmiastowym, w odpowiedzi usłyszałam: "Pani mnie nie będzie szantażować!" Krzyki, wk.rw po obu stronach... Tia...

      Więc w sobotę stawiłam się z pracy z czarną teczką i poprosiłam o potwierdzenie wpłynięcia dokumentów. Od 18.12. nie stawiam się w pracy. I poinformowałam, że może zaakceptować, lub nie, nie przychodzę bez usprawiedliwienia i daje mi dyscyplinarkę.

      Usłyszałam wypowiedziane bardzo miłym i spokojnym głosem "może porozmawiamy?" Zamknięte drzwi do gabinetu, rozmowa, dosłownie "ale niech sobie pani jaj nie robi, ja sobie bez pani NIE DAM RADY, dlaczego mi pani nie powiedziała wcześniej, co pani źle tu jest, za mało pani zarabia?"

      W odpowiedzi wywaliłam wszystko, co mi leżało na wątrobie, doprecyzowałam oczekiwania, dotyczące umowy, finansów, remanentu, organizacji pracy... ekstremalnie jadąc po bandzie i wiedząc, że wszystkiego nie ugram... Na wszelki wypadek, żeby było z czego zejść... Dostałam... 95% oczekiwań finansowych (czyli prawie maxa dla magistra w mieście) i obietnicę pewnego zapisu w umowie dotyczącego odpowiedzialności remanentowej, na którym mi bardzo zależało. Nie udało mi się tylko ugrać dorocznej oficjalnej waloryzacji pensji o wskaźnik inflacji GUS. Ale myślę, że na to mało kto by poszedł... I dołożyłam sobie roboty, bo przejęłam kontrolę nad szykowaniem zwrotów, blokowaniem ich w systemie i fakturami korygującymi. Szefowa ma się do tego absolutnie nie dotykać. Ale na tym była co najmniej połowa rozjechanych stanów na remanencie. Zobaczymy... + dodatkowy remanent kontrolny w maju- czerwcu, kiedy magazyn jest mały. W sumie bardziej dla sprawdzenia nowo funkcjonującej rzeczywistości...

      W sumie nie myślałam, że szefowa aż tak ochoczo skorzysta z furtki, którą jej zostawiłam... Po prostu- wyłożyłam karty na stół, powiedziałam "sprawdzam"- i okazało się, że to ja mam mocniejsze karty. Nawet jeśli są one formatu A4 i zawierają wypowiedzenie... Może nie myślała, że skoro powiedziałam a...- to powiem również b... i c...

      I mimo całej tej awantury atmosfera w pracy na linii szefowa- ja-  jest nawet znośna ;) Szkoda tylko, że musiałam użyć tak drastycznego argumentu, żeby w ogóle porozmawiać. Z jednej strony- nie chciałam odchodzić, to była ostateczność. Po prawie 15 latach pracy w tym miejscu i przekroczeniu 50-ki - aklimatyzacja gdziekolwiek mogłaby być trudna. Ale takie stawianie sprawy na ostrzu noża to ZDECYDOWANIE NIE JEST mój sposób rozwiązywania konfliktów. Po czymś takim zawsze pozostaje niesmak...

      Tylko od dwóch dni nie mogę dodzwonić się do Koleżanki, która mnie w tym bardzo wspierała... która poinformowała mnie, że praca czeka... Mam nadzieję, że się nie obraziła, bo też pewnie coś musiała odkręcać przed swoim szefem... że to tylko wina zalatanego przedświątecznego czasu. 

      I Wam wszystkim bardzo serdecznie dziękuję za wspierające komentarze. Miło wiedzieć, że kibicują nieznane- ale jednak znajome Osoby, które dobrze życzą.

      Raczej się tutaj szybko nie pojawię- więc dla Wszystkich Zaglądających - Spokojnych, Zdrowych i Radosnych Świąt!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „50/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 grudnia 2017 10:15
  • piątek, 15 grudnia 2017
    • 49/2017

       

      Grzmi i błyska, nadchodzi trąba powietrzna... Pewnie nadejdzie w sobotę...

      Wypowiedzenie ze skutkiem natychmiastowym napisane... Lezy sobie grzecznie, na razie w formie pliku na komputerze, i jest przeze mnie cyzelowane i dopieszczane w kwestiach "rażących działań pracodawcy na szkodę pracownika". Czy brak waloryzacji oficjalnej pensji poprzez aneks do umowy o pracę przez ostatnie 9 lat (!!!) również można pod to podciągnąć? Może jednak nie przeginać...W końcu aneks sobie, a pensja... ech... Ale to nie jest TEN główny powód...

      Chcę dać furtkę... Dla szefowej... Do wyjścia "z twarzą" z całej tej paskudnej dla wszystkich sytuacji... Ale ponieważ jest to typ człowieka, wg którego mylą się wszyscy inni, tylko nie ona- obawiam się, że z czystej przekory z tej furtki nie skorzysta... Ale- to ona ma więcej do stracenia, niż ja. Bo zostanie sama z techniczką (której już też się ulewa) w siedmiodniowej aptece. Ściągnie do pracy schorowaną matkę- emerytkę, która od 1,5 roku już nie pracuje? Nie mój problem...

      Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że moja argumentacja na wypowiedzeniu umowy może do niej nie trafić. Wtedy z dnia na dzień nie zjawiam się w pracy bez usprawiedliwienia i dostaję dyscyplinarkę... Trudno. Ale w takiej sytuacji każdemu następnemu potencjalnemu pracodawcy będę zmuszona, niestety, opowiedzieć o konkretnych powodach odejścia. Bo enigmatyczne "różnica zdań w kwestiach zasadniczych" może wtedy nie wystarczyć... Ale- chciałam do końca być lojalna...

      Sieciówka, zarówno wielka, jak i prywatna, nie jest może szczytem moich marzeń, ale orientowałam się... W mojej miejscowości są co najmniej trzy wakaty dla magistra...

      Wątpliwy "pozytyw" z całej tej sytuacji? Schudłam 2 kilo... Z nerwów. Ale w obliczu tego, że powinnam schudnąć ze 20- to naprawdę nie jest najlepszy sposób na zrzucanie wagi... Poza tym bardzo kiepsko sypiam... Od lekarki rodzinnej, poinformowanej o całej sytuacji,  na ostatniej wizycie dostałam coś na wyciszenie, ale boję się reakcji organizmu... Że będę śnięta cały dzień, albo że wrócą zawroty...

      Oby do... środy? Wóz albo przewóz... Jednak bardzo pomaga przelewanie wszystkich bolączek na papier, nawet ten wirtualny... Uspokoiłam się trochę po... napisaniu wypowiedzenia.

      Edit: Dosłownie przed chwilą zadzwoniła do mnie Koleżanka, pracująca u konkurencji, którą poprosiłam w poniedziałek o zorientowanie się w sytuacji... Jest wręcz naciskana i molestowana o moje namiary... Może faktycznie czas coś zmienić? Różnica taka, że zamiast 10 minut na piechotę- miałabym 25. Spacery dla zdrowotności, albo... odkurzyłabym po 15 latach prawo jazdy ;) Z drugiej strony- tam najlepiej, gdzie nas nie ma... Może tę decyzję podejmie za mnie... LOS?

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „49/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 15 grudnia 2017 09:06
  • wtorek, 12 grudnia 2017
    • 48/2017

       

      Życiowo- pracowo.

      Cisza... przed burzą, która nadchodzi... Na razie...

      Niebo zrobiło się prawie czarne, za chwilę zacznie grzmieć tak, że ziemia się będzie trzęsła, widać błyskawice...

      Ponoć nie przesadza się starych drzew, ale czasem nadchodzi huragan, wyrywa je z korzeniami i przerzuca w inne miejsce...

      Niewykluczone, że będę zmieniać pracę... Po prawie 15 latach... Jeśli- to z godziny na godzinę, bez wypowiedzenia... Żal, ale mam dość.. Mam nadzieję, że jeszcze się wszystko odkręci... I nie, to nie mnie... Ja... mam dosyć sytuacji, bałaganu...

      Jedyny pozytyw jest taki, że gdzieś na horyzoncie widać kawałeczek błękitu... Lepiej, gorzej- ale jest gdzie pójść...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „48/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 grudnia 2017 09:12
  • poniedziałek, 11 grudnia 2017
    • 47/2017

       

      W piątek mało co nie zostałam rozjechana. W centrum miasta, na skrzyżowaniu ze światłami, na przejściu dla pieszych. Środek dnia, koło 12.20. Widoczność- adekwatna do pory roku i pory dnia, nie było mgły ani gwałtownych opadów. Przechodziłam poprawnie, na zielonym. Na szczęście pasy szerokie, przed pasami jeszcze linia graniczna dla zatrzymania samochodów, na szczęście szłam środkiem, a nie blisko linii. Dochodziłam do końca, cały czas zielone, a tu nagle jakiś dziadyga, bo inaczej określić się nie da, dynamicznie zabiera się do skrętu w prawo. Nieważne, że piesi na pasach, bo jemu właśnie zapaliła się zielona strzałka. Więc można rozjechać, prawda? Na szczęście zdążyłam uskoczyć, było miejsce, a ja nie byłam kobietą z wózkiem albo staruszką o lasce. Gość na visus po siedemdziesiątce. Czy on nie wie, że strzałka jest WARUNKOWA?

      Postuluję OBOWIĄZKOWE dodatkowe egzaminy na prawo jazdy po osiągnięciu wieku emerytalnego. Nie przejdziesz badań, nie zdasz- twój problem. Osobiście znam kierowcę z początkami Alzheimera, który nie da sobie przetłumaczyć, że nie może jeździć. Rodzina chowa kluczyki, pilnuje... ech...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 grudnia 2017 10:23
  • niedziela, 03 grudnia 2017
    • 46/2017

       

      Stary serial, sprzed 11 lat. Oglądałam...

      Ostatnio mi "wpadł" przy bezmyślnym przerzucaniu kanałów.

      "Hotel Babylon". Jak ktoś ma BBC- polecam. Świetny, inteligentny. Widać, że ludzie pracujący to ekipa, a nie "każdy sobie".

      Dni powszednie, godziny wieczorne. Powtórki w weekendy.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 grudnia 2017 10:40
  • sobota, 02 grudnia 2017
    • 45/2017

       

      Młodego dopadła jakaś infekcja, cały tydzień nie chodził do szkoły. Ale jeśli miałby sobie wybierać czas na chorowanie, to nie mógł wybrać lepiej. Część klasy na "wymianach" za granicą, część nauczycieli również. Połowa nauczycieli chora. Głównym zastępstwem za matematykę i fizykę była... religia... naprzemiennie z okienkami, bo nie miał kto prowadzić lekcji. Tak, że Młody do nadrobienia ma dwie godziny niemieckiego, jedną polskiego i jedną historii... Klasa mat.-fiz., nóż się w kieszeni otwiera, szlag...

      W pracy ktoś rzucił hasło "ko.dy pocz.towe w ad.resa.ch pac.jentó.w i od tygodnia grzebałyśmy w archiwum i dopisywałyśmy... Dopóki szefowa nie sprawdziła dokładnie i okazało się, że nie ma aktu wykonawczego i jeśli wymóg wejdzie, to od nowego roku. Ale co się kurzu nawdychałyśmy, to nasze. Przy okazji dostałam polecenie służbowe na posprawdzanie poprawności wycen receptury. Z wyceny spirytusu w recepturze można się habilitować... Obowiązują 2 zapisy, % i ' . %-to wagowe,   '- to "% objętościowe". Różnica jest taka, że spirytus 70% to około 77', a 70' to około 64-65 %, co wiąże się z odmiennymi ilościami spirytu użytymi do wykonania np. wcierki do włosów czy leku na trądzik. Całe życie obowiązywały te drugie, były specjalne tabele, przeliczniki, liczyło się z zamkniętymi oczami... Dopóki ktoś nie wpadł na wspaniały pomysł rozróżnienia zapisu... A lekarze, do których dzwonimy w sprawie doprecyzowania wyrażenia stężenia - zazwyczaj pytają "A to nie wszystko jedno?"  Więc sprawdzam, które należało wycenić, a jakie są wycenione... Recepturę robi się na wagę, w gramach. Wycenę też. Ale wspaniały NFZ zażyczył sobie wyceny przekazywanej jako ułamek opakowania. Spirytus przychodzi w butelkach 100 ml (dla laików- to ok. 80 g). Każda dostawa ma empirycznie podaną gęstość na opakowaniu, do 4.miejsca po przecinku. Jak ilościówka, to ilościówka. I z każdą nową partią należy zmienić gęstość w aptecznej karcie leku, bo wycena jest nieprawidłowa... (komputer wtedy przelicza z automatu użyte gramy na mililitry i odnosi do wielkości opakowania). Jak ktoś zapomni zanotować, jakiego spirytu (o jakiej gęstości) używał, to sprawdzenie poprawności wyceny jest po prostu niemożliwe. A jak przyjdzie kontrola z funduszu, to takie recepty po prostu cofnie i będziemy zwracać refundację, idącą w setki złotych... Więc od tygodnia dokonuję jakichś karkołomnych obliczeń, odtwarzając te brakujące wartości, wszystko pomiędzy obsługą pacjentów. W sumie nie mogę się dobrze skupić na żadnej z tych czynności, a te wyceny zaczęły mi się śnić po nocach... I może dlatego po powrocie z pracy i ogarnięciu chałupy mam już tylko siłę na gapienie się w telewizor i od czasu do czasu w komputer, a na czytanie sił brak... Po 5 stronach gubię wątek, od półtora tygodnia morduję Konatkowskiego "Pięć czaszek" i skończyć nie mogę, choć ciekawe...

      Oby do Świąt... Dobrze, że dłuższe w tym roku... I oczywiście znowu robię Wigilię, "bo tak wygodniej..." Tylko komu?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „45/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 02 grudnia 2017 14:26
  • wtorek, 21 listopada 2017
    • 44/2017

       

      Gość pojechał już jakiś czas temu. Młodszy miał "ciężki powrót do rzeczywistości", traktowani byli ulgowo, przez tydzień praktycznie nie bywali na normalnych zajęciach, drugi tydzień mieli na nadrobienie, nikt ich nie pytał, nie pisali kartkówek. Laba się skończyła. Ufff... Imprezy na szczęście nie było u nas, ze względów lokalowych, zrobił ją ktoś mający własny domek. Ale mam wrażenie, że górę wzięły względy ambicjonalne, że imprezę chciał organizować każdy. W piątek wszyscy goście spotkali się u kogoś innego, Młodszy wybył na zaplanowaną wcześniej "osiemnastkę". Zmęczonego Gościa Ślubny przywiózł około 23 i Gość padł... Zresztą na wyjeździe mówił, że to był bardzo intensywny tydzień i że jest już zmęczony.

      Czytelniczo... Mam wrażenie, że niektóre książki są tak bardzo osadzone we współczesności, w której powstają, że czytanie ich po kilku latach od wydania nie pozwala na wyłapanie wszystkich niuansów. Tak, cały czas wałkuję "polski męski kryminał miejski" i cykl Tomasza Konatkowskiego. Akcja tych powieści toczy się w latach 2005, 2006, 2009, 2011. Obecnie jestem w połowie czwartej- "Bazyliszka". Czyta mi się bardzo przyjemnie, nawet nie ze względu na fabułę, a na klimat i miejsce akcji. Trochę sentymentalnie, w tamtych okolicach mieszkałam bardzo dawno temu... Chociaż jak mnie Ślubny ostatnio przewiózł tam w ramach wycieczki krajoznawczej- to kompletnie nie poznałam tych okolic. Warszawa przez 30 lat zmieniła się jednak BARDZO. Wtedy bieżące odniesienia do rzeczywistości po kilku latach się dezaktualizują, akcja "kotwiczy" w danym czasie wynikami meczów piłkarskich, zawodnikami Polonii Warszawa, trenerami, bo bohater jest zapalonym kibicem. Nigdy mnie to nie interesowało, traktuję te rzeczy jak ciekawostkę, umiejscawiającą fabułę w czasie i przestrzeni. Ale czyta się nieźle.

      Ostatnio zresztą czytanie mi nie idzie... Niby wieczory długie, ale jakoś mi tak uciekają... Tu odcinek serialu, tu jakiś film... I tak się kręci...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „44/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 listopada 2017 10:27
  • wtorek, 07 listopada 2017
    • 43/2017

       

      Gość przyjechał. Trafił nam się mieszkający w Londynie, ale z pochodzenia... Szkot ;)  Trzy miesiące młodszy od Młodszego, fajny, bezproblemowy chłopak. Z jedzeniem zero jakichkolwiek napinek, kanapki, jogurty, kurczak, makaron, ba- nawet pierogi. Je wszystko. A tego najbardziej się bałam. Bałaganiarz. Gonimy Młodego, żeby nie rozwłóczył brudnych ciuchów po podłodze, słał łóżko itd... Po pierwszej nocy w pokoju Gościa walizka stała centralnie na podłodze, wokół rozrzucone ciuchy, laptop prawie przy wejściu, cudem udało mi się nie rozdeptać... Dyskretnie zamknęłam drzwi, niech czuje się jak u siebie ;). Okazało się, że Młodszy nie jest bałaganiącym wyjątkiem, że na całym świecie nastolatki są do siebie podobne ;) 

      Mamy tylko leciutkie problemy komunikacyjne... Tia... Naukę angielskiego zakończyłam jakieś... 30 lat temu. Rozumiem tak mniej więcej 20% tego, co nasz Gość  mówi. Ślubny "dobija" do 40-50%. Natomiast Młody nawija jak nakręcony i widzę, że problemów z porozumieniem nie mają absolutnie ŻADNYCH  :D

      Goście przyjechali większą grupą, wieczorami całe towarzystwo polsko-zagraniczne spotyka się "na mieście", taka banda dwadzieścia- parę osób. Wczoraj poszli na boisko grać w piłkę, nie było ich do 22. W czwartek Młody planuje spotkanie "u nas", zostaliśmy uprzedzeni, że mamy się "zagospodarować" i co najmniej do 22. nie wracać do domu. Zostaliśmy również poinformowani, że "pewnie będzie jakieś piwo i pizza". Mam nadzieję, że niezbyt dużo tego pierwszego. Następny dzień mają oficjalnie zajęty 8-18, muszą być na chodzie... Jak na razie- wierzę w rozsądek Młodego (rozsądek siedemnastolatka- czy coś takiego w ogóle istnieje???).  Zobaczymy :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „43/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 listopada 2017 09:57
  • poniedziałek, 30 października 2017
    • 42/2017

       

      Nie wytrzymałam i praktycznie od razu kupiłam "Slasha" Natalii Osińskiej, bo ciekawiło mnie, co będzie dalej... Nie czekając na promocję...

      Zwracam autorce honor, żadnych z sufitu wziętych tekstów o operacji zmiany płci, jedynie jakaś psychoterapia gdzieś w dalekim tle. Kolejność, jakby nie patrzeć, właściwa.

      Jest rok później, Tosiek i Leon są w klasach maturalnych, tym razem oglądamy wydarzenia z perspektywy Leona. Poznajemy też jego najgłębiej skrywaną tajemnicę... W trakcie czytania zachowanie Tośka wkurzało mnie maksymalnie, coś jakby miał ADHD i chorobę afektywną dwubiegunową jednocześnie. A potem mój Młodszy zrobił jakąś awanturę o nic i... uświadomiłam sobie, że... niestety, tak się zachowują siedemnastolatki... "Widzisz źdźbło w oku bliźniego swego, a nie widzisz belki w oku twoim..." tia... Ale- z zahukanej grzecznej panienki do takiego zachowania z ciągotami do piercingu, tatuaży i eksperymentów z nie do końca legalnymi substancjami- jakoś tak chyba dla mnie zbyt lawinowo. Poza tym- pokażcie mi osiemnastolatka, który z własnej i nieprzymuszonej woli uczęszcza na masaże... nawet darmowe... (to Leon...)

      Uważam zresztą, że cała książka jest jednym wielkim pretekstem. Do ostrzeżenia młodzieży przed dopalaczami, jak również do ukazania wydarzeń z jesieni zeszłego roku. Marsz Równości, a potem Czarny Protest...

      Poza tym mam wrażenie, że metamorfoza w Tośka przebiegła zbyt bezboleśnie, jakoś nie chce mi się wierzyć, że nauczyciele tak normalnie przechodzą nad tym do porządku, jakby to było najzupełniej zwyczajne zachowanie.

      Co mi się podobało? Lekcja WDŻ rulez... Naprawdę robili notatki z tabelek???!!! (to zgrzyt... zdarzyło mi się kiedyś (ze ćwierć wieku temu...) poprowadzić taką lekcję u zaprzyjaźnionego nauczyciela, i wierzcie mi- nikt nie notował, wszyscy słuchali i była cisza jak makiem... nawet dzwonek na przerwę ich nie ruszył... Ale- młodzież się zmienia, czasy też, wtedy były jeszcze przedinternetowe... )

      I nie zapominajmy, że Leon to facet, nawet jeśli deklaruje, że jest gejem, a Tosiek to mimo wszystko dziewczyna... I wszystko się może zdarzyć...

      Po tej lekturze bardzo dobitnie uświadomiłam sobie, że jednak nie powinnam czytać książek nie przeznaczonych dla mojego przedziału wiekowego. Aż dziwne, że ostatnich tomów Musierowicz tak nie punktowałam... cóż, zrobili to za mnie inni...

      A potem dla odreagowania problemów młodzieżowych przeczytałam "Zastrzyk śmierci" Małgorzaty Rogali. Z tym odreagowywaniem problemów nie do końca się wstrzeliłam, bo wydarzenie z czasów szkolnych rzutuje na teraźniejszość bohaterów. Całość lektury- moim zdaniem gorsza, niż poprzednie części cyklu... Naprawdę gorąco zrobiło się dopiero na ostatniej stronie... Droga Autorko, tak się nie robi!!! Kiedy następna część???!!!

      ========================================

      Gość przyjeżdża za niecałe dwa tygodnie w niedzielę. Brytyjczyk- pewnie będzie problem ze zrozumieniem, bo mój angielski nigdy nie był biegły... Chyba łatwiej jest zrozumieć cudzoziemca, dla którego angielski jest również językiem "nabytym", niż rodowitego. Na szczęście widziałam jego kartę zgłoszeniową- żadnych chorób przewlekłych, alergii. Ufff.... Z normalnym grymaszeniem sobie jakoś poradzę, mam nadzieję... Na szczęście szkoła zapewnia catering dla wszystkich uczestników wymiany, dla Polaków też. Nie muszę się przynajmniej troszczyć o obiady. Jakoś to będzie  :)  Natomiast Młodszy ma problem, bo kilka miesięcy temu dostał zaproszenie na "osiemnastkę" od koleżanki i niestety, termin się pokrywa... Ten sam problem mają jego koledzy z klasy, goszczący "erasmusowców". Gości na imprezę zabrać się nie da, wszyscy kombinują, jak i gdzie ich przechować, żeby się nie obrazili. Uważam, że to problem Młodego i jego kolegów, mogę ewentualnie zasponsorować jakąś pizzę dla gości. Zobaczymy, co z tego wyniknie...

      Edit: Wróć!!! Przez święto w środku tygodnia pomieszały mi się dni... Gość przyjeżdża już w TĄ niedzielę.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 października 2017 11:07
  • czwartek, 26 października 2017
    • 41/2017

       

      Dzisiaj będzie tylko o jednej książce... Natalia Osińska "Fanfik".

      Przyznam się, że Musierowicz to taka moja "guilty pleasure".  Podejrzewam, że części moich rówieśniczek- również. Przeczytałam wszystkie tomy Jeżycjady, nawet te odsądzane od czci i wiary. No muszę i już. Bez komentarza. Zachęcona recenzją na blogu Siekierki stwierdziłam, że przeczytam coś, co w tym temacie ma do powiedzenia nowe pokolenie. A jeszcze udało mi się kupić ebooka w Virtualo za 9,95.Grzechem by było się nie zapoznać, choć moja grupa wiekowa nie jest bezpośrednim adresatem książki...

      Przeczytałam wczoraj, całą. Czyta się lekko, mimo w sumie ciężkiego tematu. Osińska - to w sumie Musierowicz, tylko trzydzieści lat później. Inne czasy, inna perspektywa, inny język. Przyznam się, że momentami już dla mnie niezrozumiały, nie siedzę aż tak głęboko w świecie internetu. Problem tożsamości płciowej i orientacji seksualnej też na czasie i bardzo trudny, a jednocześnie doskonale ujęty. Zdecydowanie książka O młodzieży i DLA młodzieży. Nie będę się rozpisywać na temat treści, inni już zrobili to za mnie. Warta przeczytania.

      Ale z perspektywy mojej "piątki z przodu" parę rzeczy mi zazgrzytało. Może będę się czepiać, ale chyba mam prawo. Bo Młodszy jest DOKŁADNIE w wieku bohaterki (bohatera?). Druga klasa szkoły średniej...

      Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że siedemnastolatka nie ma w szafie ŻADNEJ pary spodni. Really???!!! Dżinsów??? Jeszcze raz powtórzę- SIEDEMNASTOLATKA ???!!! Spodni garniturowych w kant może nie mieć, ale nie ma nawet różowych dresów??? I od rana do wieczora siedzi w domu w rozkloszowanej sukience i pończochach? Nawet jeśli jest na "pigułkach szczęścia" to aż tak jej nie obchodzi, co ma w szafie? Nie oszukujmy się, kobiety- kiecka i pończochy nie są najwygodniejszym strojem domowym. Mało wiarygodne, nawet jeśli się nie chodzi na wf, to coś wygodniejszego się w domu ma...

      Po drugie- w momencie "transformacji" pożycza od Leona spodnie i bluzę. Niezbyt dopasowane, bo Leon jest wyższy i barczysty. I potem chodzi w tych pożyczonych ciuchach kilka tygodni non stop ???!!!! Pomijam kwestie higieniczno- zapachowe... Ale naprawdę nie wyobrażam sobie siedemnastolatka bez kieszonkowego bądź jakichkolwiek oszczędności. Chyba, że dziewczę było tak otumanione prochami, że nic jej nie obchodziło... Ciotka dostarczała jedzenie, ciuchy, kosmetyki, dbała o rozrywki... Nie miałam do czynienia z nastolatkiem na antydepresantach (i mam nadzieję nie mieć...), ale jakoś ciężko mi w to uwierzyć... 

      Kolejna sprawa z Roksanną... O głowę niższa dziewczyna, raczej mało wysportowana, atakuje wyższą w opisany sposób? Za dużo kryminałów chyba teraz czytam, ale wydaje mi się mało prawdopodobne.

      I brak mi w sumie reakcji kolegów z klasy na transformację bądź co bądź atrakcyjnej koleżanki...

      I jeszcze czytałam gdzieś jakieś spojlery dotyczące drugiej części. I nie wiem, czy operacja zmiany płci już się odbyła... Bo jeśli tak- to chyba autorka nie zrobiła researchu. Osoba niepełnoletnia, wymaga zgody rodziców, NAJPIERW jest leczenie hormonalne, może trwać nawet kilka lat. Sesje z psychoterapeutą, na które bohater (-ka) miała w pierwszej części awersję... A dopiero potem operacja, raczej chyba nie finansowana przez NFZ (oszczędności? rodzinne chyba nie pozwalają na taki zabieg od ręki...) I to wszystko przez rok? NIE CZYTAŁAM drugiej części i nie wiem, co tam jest, ale uczulam na realia, jakby co...

      W kwestiach formalnych: redakcja i korekta się nie popisała. Jakiejś koleżance wydaje się, że jest "siódmym cudem świata..." Chyba... ósmym???!!!  W ebooku trudniej się zaznacza i uciekło mi, gdzie to było, ale chyba gdzieś w okolicach imprezy urodzinowej Emilii...

      Poza tym kosmetyczki do konturowania twarzy używają chyba "bronzera", a nie "brązera" ??? Raził mnie bardzo, chyba, że już są wytyczne co do spolszczenia???

      Oryginalny ebook z Virtualo, czytany na telefonie, miał poza tym masę dodatkowych zbitek liter, nawet w środku słów. Podejrzewam, że to znaki wodne, ale w czytaniu to jednak trochę przeszkadza...

      Jak mi się uda zdobyć drugą część w równie atrakcyjnej cenie- kupię i przeczytam. Ale- ponieważ to nie do końca "moja bajka"- spokojnie mogę poczekać na promocję... A może ktoś chętny na zrzutkę na ebooka? Jest chyba w Publio. Z kimś na połowę byłoby poniżej dychy, a to już jest kwota, którą mogę poświęcić...

      Mimo wszystko- warto.

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „41/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 października 2017 10:05
  • niedziela, 22 października 2017
    • 40/2017

       

      Chyba przedawkowałam... Czytelniczo. Typ powieści, który na swój prywatny użytek nazwałam "polski męski kryminał miejski". Bo tak: Polski- napisane przez polskiego autora, akcja toczy się w Polsce. Męski- bo autor- mężczyzna, uczynił głównym bohaterem również mężczyznę- może być policjant, może być i dziennikarz śledczy. Kryminał- bez tłumaczenia, miejski- bo akcja osadzona jest w konkretnym mieście, które w sumie odgrywa niebagatelną rolę jako tło wydarzeń. I w sumie można się też czegoś ciekawego dowiedzieć o historii i topografii. Zapewne ta odmiana kryminału ma jakąś naukową nazwę, ale pomińmy...

      Uświadomiłam sobie, że czytam chyba... siódmą pod rząd... Może uwarunkowane jest to tym, że na telefonie, akcja nie może być zbyt zawiła, zbyt zagmatwana psychologicznie, żeby można się było łatwo oderwać, gdy przyjdzie jakiś pacjent. Przy kolejnej książce zaczęłam myśleć: "zaraz, zaraz, coś podobnego już było...", a potem przyszło uogólnienie.

      Co przeczytałam? Nikodem Pałasz i cykl o inspektorze Wiktorze Wolskim: "Brudna gra", "Sam na sam ze śmiercią" i "Zabójczy tie- break". W tle środowiska sportowe i Warszawa. Potem Robert Małecki i jego bohater- Marek Bener, dziennikarz śledczy. "Najgorsze dopiero nadejdzie" i "Porzuć swój strach". I Toruń jako miasto w tle. Trzeciej części jeszcze nie ma, ma być, czekam z niecierpliwością. I wreszcie Tomasz Konatkowski i jego cykl o komisarzu Adamie Nowaku, również umiejscowiony w Warszawie. Na razie przeczytałam "Przystanek śmierć" i jestem w połowie "Wilczej wyspy". I wszystko fajnie, tylko dwie ostatnie to książki, których akcja toczy się ponad dekadę temu, niektóre rzeczy po prostu uciekły, innych już nie ma... Np uświadomiłam sobie, że przy ulicy, gdzie były opisane ogródki działkowe- teraz w Warszawie stoją bloki i mieszka mój znajomy. Może warto sięgać po takie pozycje, żeby uświadomić sobie skalę zmian w stolicy?

      Ogólnie- wszystkie pozycje do przeczytania, nie powodują niesmaku. Jak komuś potrzeba niezobowiązującej, wciągającej, w miarę lekkiej lektury- zdecydowanie się nada. Natomiast ostrzegam- są "serio", elementów komediowych brak. Średnia ocena 7-8/10.

      W ten nurt "męskiego kryminału miejskiego"  wpisuje się jeszcze świetnie Wiktor Hagen (czyli Leszek Talko) i jego cykl z komisarzem Robertem Nemhauserem "Granatowa krew", "Długi weekend" i "Dzień zwycięstwa". I- przekornie- dołączyłabym jeszcze Gaję Grzegorzewską z jej panią detektyw Julią Dobrowolską i Krakowem w tle: "Żniwiarz", "Noc z czwartku na niedzielę", "Topielica" i "Grób". Nie wszystko dzieje się w Krakowie, ale w sumie bohaterka tam mieszka, więc się liczy ;)  Ale Hagena i Grzegorzewską czytałam już jakiś czas temu, polecam niezmiennie.

      W tzw. "międzyczasie" skończyłam jeszcze Thomasa Arnolda "Anestezję" i "Tetragon". Pierwsza jak na debiut jest świetna, ale czytana po "33 dniach prawdy" pozostawia niedosyt. Radziłabym zacząć jednak od tej słabszej. Natomiast "Tetragon" trzyma bardzo wysoki poziom, choć nie przyniósł mi takiego zaskoczenia, jak "33 dni..." Przed końcem zorientowałam się, kto stoi za opisywanymi wydarzeniami. Niemniej- mocne 8/10 i polecam.

      Jako przerywnik- Katarzyna Berenika Miszczuk i "Obsesja". Tia... tutaj formułka "wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób i miejsc jest przypadkowe..." ma zdecydowanie rację bytu. Bohaterka z opisu zewnętrznego przypomina autorkę, szpital wschodni skojarzył mi się z bródnowskim...   Łatwo wchodzi, łatwo ucieka. Lektura "do poczekalni u lekarza".

      Żeby nie było, że czytam same kryminały- Krystyna Bartłomiejczyk i "Zawierucha w wielkim mieście". Książka pozostawiła niedosyt, czasem zdumienie... Po utracie pracy i rozstaniu z narzeczonym bohaterka czeka pół roku- w sumie nie wiadomo dlaczego- potem wyjeżdża do siostry do Kanady... Po perypetiach obowiązkowy happy end, ale wszystko jakieś takie... mało prawdopodobne, wydumane, żeby nie powiedzieć "rozmemłane", bez ikry...Albo ja nie jestem adresatką takich historii...

      I na koniec kompletna porażka, może też nie do mnie to było adresowane. Debiut nastoletniej autorki, bodajże jakiś self-publishing, czego się spodziewać? Paula Bartkowicz "Bądź czujna". Dla mnie to był zaledwie konspekt  większej całości, z dużym potencjałem, który przez wydanie czegoś tak niedopracowanego- został zaprzepaszczony. Kończy się "ni w pięć, ni w dziewięć". Kto autorkę gonił? Myślę, że jakiś rok opóźnienia w wydaniu dla rozwinięcia i pogłębienia fabuły byłby z korzyścią dla wszystkich.

       

       Chyba pociągnę dalej cykl Konatkowskiego. A jak mi się znudzi- to już się cieszę na Anetę Jadowską. Najpierw dla przypomnienia "Szamański blues", a potem "Szamańskie tango". Mmmmmmmmmm....

      :)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „40/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 października 2017 14:26
  • środa, 18 października 2017
    • 39/2017

       

      PAMIĘTAM, że PODPISYWAŁAM. Ba, nawet pamiętam, KIEDY podpisywałam...

      Pewnej wrześniowej, deszczowej nocy, tuż po powrocie z lotniska. Mogła być jakaś 1.-2. w nocy. Umysł krążył jeszcze po plaży w Morro Jable, a ciało było brutalnie zmuszone do konfrontacji z trzykrotnie niższą, niż tam, temperaturą i lodowatymi strumieniami deszczu... I wtedy Młodszy podetknął kartkę do podpisania, bo to było "na przedwczoraj"...

      Ale co innego mieć świadomość, że się podpisało, a co innego zostać brutalnie skonfrontowanym z bezpośrednimi konsekwencjami tego podpisu.

      Zgoda na międzynarodową wymianę międzyszkolną. Za jakieś trzy tygodnie będziemy mieć gościa. Na tydzień. Nikt nie wie, skąd dokładnie (wiadomo, że Europa), w jakim wieku, nawet nie wiadomo, czy da się dogadać po angielsku, czy chłopak, czy dziewczyna...

      Wyobraźnia podsuwa najczarniejsze scenariusze. Typu wegetarianin-bezglutenowiec, uczulony na laktozę... Odpadają płatki na mleku, kanapki, jogurty, pizza z sieciówki... Co takiemu delikwentowi dać do jedzenia???!!!  Może jednak nie będzie aż tak źle?

      Najgorsze jest to, że pracuję do 17. albo do 20., o urlopie nie ma mowy, będę się musiała nagimnastykować, żeby jedzenie dało się odgrzać bez kuchennej ekwilibrystyki... Oczywiście- nie wszystko wchodzi w grę... "Mama tylko raczej nie gotuj dań jednogarnkowych". Tia... Zupa typu krupnik czy jarzynowa nie każdemu "wejdzie", gar makaronu z sosem bolońskim byłby najprostszym rozwiązaniem. Nie jesteśmy fanami bigosu, zresztą żadnego cudzoziemca nie chciałabym zmuszać do zjedzenia tej potrawy. Młody stwierdził, że uniwersalny jest pieczony kurczak... Jak wrócę o 17, to obiad będzie w najlepszym razie na 19. Późno trochę...

      Do tego mam umówione w TYM tygodniu dwie popołudniowe wizyty lekarskie, na które czekałam po dwa miesiące. Przełożyć nie ma jak...

      Kumulacja... Szkoda, że w życiu, a nie w totka... Jak zwykle...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „39/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 18 października 2017 09:51
  • sobota, 30 września 2017
  • wtorek, 26 września 2017
  • piątek, 22 września 2017
    • 35/2017

       

      Urlop, urlop... i po urlopie...

      Wróciliśmy tydzień temu... Szok termiczny, temperatura jakieś 3x niższa niż ta, do której byliśmy przyzwyczajeni, leje deszcz... Ślubny już załapał jesienną infekcję, ja bronię się jak mogę, ale kiepsko to widzę...

      Fuerta. Moja miłość od pierwszego wejrzenia, mam nadzieję, że dane mi będzie jeszcze tam wracać. Tak właściwie panują tam dwa główne typy pogody. Pierwszy- wieje, że łeb urywa, jakieś 30 km/h. Na plaży daje się leżeć tylko na materacyku, na mokrym piasku po odpływie. A i tak po 10 minutach człowiek jest przysypany grubą warstwą piasku, a pył jak mąka włazi prawie wszędzie. Na górze świeci lampa, ale się tego kompletnie nie czuje. Bez filtra 50 w zasadzie nie ma co wychodzić, a wszystkie "niedoróbki" w smarowaniu bardzo boleśnie odczuwa się już wieczorem. Wszechobecny piasek mnie wkurza i w taką pogodę raczej wybieram leżak przy hotelowym basenie. Drugi typ pogody- na plaży wiaterek jakieś 10 km/h, przyjemnie chłodzi. Lampa taka, że bez parasola w ogóle nie da się wytrzymać, filtry obowiązkowe. Poza plażą powietrze stoi, upał, czasem coś powieje. Ciuchy kleją się do ciała natychmiast po założeniu. Chociaż jeśli chodzi o nadpotliwość- to jestem niemiarodajna, bo "klimakterium w pakiecie"... hm...  I przy takiej pogodzie, z wszelkich zakamarków wylatują głodne komary. Noce bez czegoś anty- są po prostu koszmarnie krwawe. A wszelkie anomalie pogodowe- typu pochmurne popołudnie z prawie deszczem należy traktować jako ewenement. W czasie sześciu letnich pobytów naprawdę pochmurne popołudnia były chyba 2. I jeden średnio zachmurzony dzień po tegorocznym przyjeździe. My wiedzieliśmy, że takie chmury to też żadna ochrona, ale część rodaków to zlekceważyła i potem wieczorem był ból. No bo jak to- słońca nie było, a skóra pali żywym ogniem... W czasie tegorocznego pobytu na szczęście dominował ten pierwszy, wietrzny typ pogody, chociaż we wrześniu jest dużo rzadszy, niż drugi. Jednak dużo lepiej się wtedy funkcjonuje, łatwiej oddychać i zupełnie nie czuć upału.

      Co do rodaków w hotelu- z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej mi wstyd... W czasie naszego dwutygodniowego pobytu na tydzień przyjechała duża grupa, z różnych miast... I naprawdę było widać więcej śmieci na plaży, jakieś pety, rankami trafiały się puszki po piwie i plastikowe butelki z niestety- polskimi- etykietami. Woda do picia- mimo zakazów- nabierana właśnie w takie butelki. I po hałasie można się było zorientować, w którym miejscu hotelu należy szukać Polaków. Rozważam zmianę hotelu na droższy, tylko tej fantastycznej miejscówki mi szkoda... A jak rodacy wyjechali- to i na plaży było czyściej... naprawdę przykre...

      Podróż też mieliśmy z przygodami. W tamtą stronę, jeszcze noc, blady świt, zajeżdżamy na parking- a tu zonk! Nie ma nas na liście, okazuje się, że na wydruku rezerwacji parkingu też nie ma... Zawsze parking zamawiam w pakiecie, bez dyskusji, co się mam martwić. I potem już nawet nie sprawdzam. Być może w czasie podwyższania ubezpieczenia przy rezerwacji z podstawowego na lepsze- parking "uciekł" i tego nie zauważyłam. Na szczęście były miejsca, mogliśmy dopłacić i zostawić samochód, inaczej byłoby nieciekawie...

      W drodze powrotnej zawsze dowozili nas w ostatniej chwili na odprawę. Tym razem się pośpieszyli o pół godziny. No dobra, będzie czas coś zjeść po kontroli... Samolot  z Warszawy opóźniony, nikt nie wie o ile, na tablicy odlotów czerwone DELAYED. No dobra... Przyleciał po godzinie, ekspresowe tankowanie, boarding ogłoszony przez głośnik (Hiszpanie mówiący po angielsku... tia...), na tablicach dalej czerwone DELAYED. W samolocie okazało się, że czekamy na czwórkę pasażerów, którzy pewnie nie usłyszeli komunikatu i ponieważ tablica nie była uaktualniona- nie spieszyło im się... Po 20 minutach kapitan podjął decyzję, że lecimy bez nich... Ba- ale bagaż też trzeba "wysadzić" z luku, bo sam lecieć nie może. Czekamy... W międzyczasie "zguby" się znalazły, ale czekaliśmy kolejne 20 minut na start. A dokładnie za nami siedzieli rodzice z przesłodką dwulatką, która w czasie prawie godzinnego oczekiwania w samolocie darła się, jakby ją obdzierali ze skóry. Patrzyłam na zegarek- prawie godzina... Dorosły po 10 minutach by zachrypł. Ja wszystko rozumiem, bo jak taki maluch "przegapi" godzinę spania w dzień, to wtedy NIC mu nie pasuje... Ale... po pierwszym locie (też w towarzystwie dzieci) w kosmetyczce "samolotowej" zawsze mam stopery do uszu. Przydały się ;) W końcu wystartowaliśmy, samolot nadrobił dobre 40 minut na trasie. Natomiast już w okolicy Łodzi wlecieliśmy w chmury i to też przyjemne nie było, bo rzucało bardzo... Noc, deszcz... W zasadzie raczej nie boję się latać, ale chyba nie było w samolocie takiego, co by lekkiego pietra nie miał... I ziąb i ulewa na lotnisku... Może nie trzeba było wracać?

      Na leżaczku przy basenie udało mi się sporo przeczytać. Po pierwsze- Madalena Kozak i cykl "Wampiry w ABW"- "Nocarz", "Renegat", "Nikt" i "Młody". Fajne, czytało się bardzo dobrze, mam wrażenie, że klimatem trochę podobne do Jadowskiej. Ale tylko troszeczkę. Potem poszłam za ciosem i poszły jeszcze "Łzy diabła" i "Fiolet". Pierwsza pozycja- wręcz rewelacyjna,zupełnie inna od "wampirów". Trochę trzeba uważać na początku, żeby się połapać kto jest kim, ale potem już leeeeci....  W pewnym momencie fabuła robi taką woltę, że szczęka mi opadła... Klimaty zdecydowanie wojenne, mam wrażenie, że autorka na swój sposób "przepracowywała" traumę służby w Afganistanie. Zdecydowanie warto. "Fiolet" po "Łzach" już nie robi takiego wrażenia, tym bardziej, że powstał wcześniej. Fabularnie podobał mi się chyba najmniej. Trochę fantastyka, trochę sensacja... Natomiast w tej książce autorka opisuje skoki spadochronowe- w sposób naprawdę porywający. Dla tych opisów- warto. Jeszcze jak ktoś ma ochotę na pastisz baśni o rycerzach, smokach i królewnach- to polecam "Paskudę" tej samej autorki. Ale to czytałam już wcześniej.

      Z panią Kozak minęła mi ponad połowa urlopu, potem też chciałam coś typowo "wakacyjnego". Padło na Alka Rogozińskiego i 4 książki "Ukochany z piekła rodem", "Morderstwo na Korfu", "Jak cię zabić, kochanie" i "Do trzech razy śmierć". Lekkie, łatwe, dosyć dowcipnie napisane. Czytałam gdzieś porównanie stylu pisania autora do Joanny Chmielewskiej. Tej ostatniej jak do tej pory nie przeczytałam nic, coś gdzieś kiedyś zaczęłam, ale mi się nie podobało. Może warto? Dość powiedzieć, że pan Rogoziński spełnił moje wyobrażenia o lekturze czysto rozrywkowej, co to za trzy miesiące się nie pamięta, o czym to było. Na urlop jak znalazł.

      A potem wzięłam się za Sarah Hilary. A że staram się czytać po kolei- to najpierw "W obcej skórze" a potem "Nie ma innej ciemności". Pierwsza- może przez porażający kontrast do poprzedniej lektury- podobała mi się mniej, niż druga. Może dlatego, że potem bardziej "weszłam w klimat". Deszczowy i zdecydowanie ponury Londyn to zdecydowanie nie jest kierunek wakacyjny. A może jednak jest? Bo czytanie tych powieści przy siąpiącym za oknem deszczu może naprawdę wpędzić w depresję. Nie są to kryminały w czystym tego słowa znaczeniu, raczej thrillery psychologiczne, ujawniające najciemniejsze strony ludzkiej natury. Cięższy kaliber, ale warto. "Smak strachu" też już odpalony na czytniku, ale nie mam teraz za bardzo czasu, żeby czytać. Jakieś ogarnianie pourlopowe, pranie, prasowanie...

      Poza tym mam nowego "złodzieja czasu". Oglądam serial "Lucyfer". Księciu piekieł znudziło się zarządzanie tym przybytkiem i postanowił zstąpić na ziemię, na której bardzo mu się podoba. Drugą bohaterką jest pani detektyw. I wspólnie (!) rozwiązują sobie różne sprawy. Oczywiście zarządzający zaświatami chcą, żeby Lucyfer wrócił tam, gdzie jego miejsce. W warstwie kryminalno- fabularnej- takie sobie, ale dialogi- pierwsza klasa, naprawdę. Parę bardzo ciekawych postaci drugoplanowych, rewelacyjna jest córeczka pani detektyw ;)  Poza tym główny bohater, kreowany przez Toma Ellisa ma takie COŚ w spojrzeniu.... (prawdopodobnie lekkiego zeza ;P) Ciacho po prostu, z łóżka na pewno bym takiego nie wyrzuciła ;D Aktor do roli dobrany po prostu REWELACYJNIE! Serial typowo rozrywkowy, głębszych treści nie niesie, ale polecam przynajmniej 2-3 pierwsze odcinki dla wyrobienia własnego osądu.

      Uffff... To się rozpisałam...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „35/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 22 września 2017 11:43
  • niedziela, 27 sierpnia 2017
    • 34/2017

       

      Jakiś czas temu przeglądałam sobie portal branżowy i trafiłam na dział "po godzinach" czy "hobby" - jak zwał, tak zwał. A tam- wywiad z farmaceutą i jednocześnie autorem kryminałów. No jak to- i ja o nim nie słyszałam???!!! A on napisał już cztery książki???!!! Czas nadrobić zaległości... Na "Lubimy czytać" oceny 8/10, swoich trzeba popierać. A ponieważ lubię "autorów nieoczywistych" - zakupiłam wszystkie. Do tej pory przeczytałam jedną, jestem w połowie drugiej, debiutanckiej. O kim mowa? O Thomasie Arnoldzie (pseudonim) i jego "33 dniach prawdy" i "Anestezji". I muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrze i wartko napisanej powieści. Konstrukcja fabuły "33 dni.." przypomina wielki lizak, zrobiony z kolorowej masy cukrowej, skręconej wokół osi i ułożonej w spiralkę. Kolory z warstw stykają się, przenikają, zmierzając nieuchronnie do centrum wiru, w którym spoczywa... wielki, krwisty kawał mięcha. Bo to, co autor serwuje na ostatnich stronach na finał- to bez mała potrójne salto mortale. Z pozoru oderwane od siebie zdarzenia Autor splata w taką treść, że szczęka opada... Jedyne co mi przeszkadzało, to umiejscowienie akcji w USA- ale to cecha wszystkich jego powieści. Oprócz tego odrobinkę kulejąca warstwa językowa, może trochę zbyt infantylna. Ale te 8/10 jest w pełni zasłużone i zdecydowanie polecam miłośnikom takich klimatów.

      Jeszcze z rzeczy nie do końca oczywistych- Emil Strzeszewski "Ród". Debiut, da się przeczytać. Trochę urban fantasy, trochę horror, trochę... psychoanaliza? Ciężko mi określić, co to było, moja ogólna ocena 5/10

      Trafiło mi się jeszcze parę "zabijaczy czasu", w pracy na telefonie, między pacjentami. Ale w sumie nic szczególnego. Najlepsze chyba "Konklawe" Roberta Harrisa, znowu z zaskakującą woltą w finale. Poza tym "Przed katastrofą" Noaha Howleya - zdecydowanie inspirowane pewnym nie tak dawnym tragicznym wypadkiem lotniczym (nie, na szczęście nie tym naszym). "Po moim trupie" Magdaleny Owczarek i "Domniemanie winy" Marcii Clark- do przeczytania, łatwo wchodzi i jeszcze łatwiej umyka z pamięci.

      I wzięłam się za dwie pozycje "taneczne". I o ile "Uwerturę" Adrianny Rozbickiej da się przeczytać, widać, że pisał to ktoś mający elementarne pojęcie o tańcu, o tyle "W rytmie passady" Anny Dąbrowskiej w miarę czytania coraz bardziej przypominała mi infantylnego harleqina pisanego przez nastolatkę. Na teksty w stylu "on dotknął jej, jego dotyk parzył , a ona poczuła dreszcz"- i tak przez całą książkę-  jestem albo za stara, albo za dużo lepszych rzeczy przeczytałam. Mam wrażenie, że na zakończenie autorce po prostu zabrakło pomysłu i zrobiła z tego grafomańską wersję Romea i Julii. Tak się zastanawiam- skoro takie rzeczy się wydaje, to chyba jest na nie popyt... Straszne... Ale widząc wczoraj wirtualną kolejkę w bibliotece do "dzieł" p. K.M., dużo dłuższą niż do- w sumie też populistycznych-  Puzyńskiej czy Mroza - przestaję się dziwić... Strata czasu, chyba, że ktoś lubuje się w wynurzeniach nastolatek, skrzywdzonych przez los.

      Z lepszej półki- jeszcze zbiór reportaży "Plaża za szafą" Marcina Kąckiego. Drukowane w "Wyborczej", niektóre kojarzyłam w trakcie lektury. To zdecydowanie warto. Tytułowy- powala.

      I jeszcze Elizabeth Herrmann- "Opiekunka do dzieci". Niemieckie demony przeszłości, Również warto, dla samej nie do końca znanej wszystkim karty z historii II wojny światowej.

      Tak się zastanawiam, że chyba powinnam zacząć uważniej dobierać lektury. Nic to, w połowie tygodnia w końcu urlop- dwa tygodnie tam, gdzie lubię i tak, jak lubię. Leżak, parasol, słońce, plaża i czytnik. Czeka Puzyńska, czeka Mróz i jeszcze parę innych rzeczy zostawionych "na deser" :) A młodzież zostaje sama w domu. Młodszy już zapowiedział, że zaprosi parę osób na "imprezkę". W sumie zawarliśmy umowę- że on nie robi nam problemów, a my jemu. Jak na razie się sprawdza...

      Do... napisania. Za jakiś czas. :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „34/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 sierpnia 2017 12:43
  • sobota, 26 sierpnia 2017
    • 33/2017

       

      Bardzo smutna wiadomość o śmierci Grzegorza Miecugowa...

      Ceniłam Go za zrównoważony osąd, brak "oszołomstwa", wielką kulturę dziennikarską...

      Bardzo wielka strata... Żal...

      [']

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „33/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 26 sierpnia 2017 19:39
    • 32/2017

       

      Trwa sezon na cukinie. Przynajmniej dwa razy w tygodniu jestem obdarowywana warzywami monstrualnych rozmiarów. "Bo to, pani Cytrynko, z własnej działki, proszę wziąć na zdrowie". I jak wtedy nie przyjąć? Staram się użytkować na bieżąco, placki, faszerowana, panierowana w jaku i bułce i smażona- ale ile można? Z uwagi na nadchodzący wyjazd zaczęłam odmawiać, ale trzeba zutylizować to, co zostało.

      - Może leczo? - to Ślubny

      - Zostały dwie średnie, jak się wyrzuci pestki ze środka, to akurat będzie na taki nieduży garnek. Kup resztę składników...

      I kupił... Po... kilogramie: papryki, cebuli, kiełbasy, pomidorów... Do tego jakieś pieczarki zalegające w lodówce... Tia... Wyszło tzw. "leczo kilowe". Krojone do największego gara, jaki mam, ledwo się zmieściło. I teraz mam rozwiązany problem obiadów co najmniej do wyjazdu- czyli do połowy przyszłego tygodnia... Ale na szczęście nie kroiłam sama, bo chyba bym się zapłakała...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „32/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 26 sierpnia 2017 16:57
  • niedziela, 13 sierpnia 2017
    • 31/2017

       

      O, tempora! O, mores! Chciałoby się zakrzyknąć...

      Z jakiegoś konkretnego powodu potrzebowałam kupić książkową wersję Hemingwaya  "Stary człowiek i morze". Najlepiej nową, nieużywaną. Ebook nie wchodził w grę. No i się rozczarowałam boleśnie. No bo przecież to klasyka, powinno jej być na pęczki w księgarniach. Nic bardziej mylnego. Bo owszem, wszędzie pełno streszczeń z opracowaniem, łącznie z pytaniami na klasówki. Za niecałe 3 złote. A źródłowego tekstu, najlepiej bez żadnych interpretacji- nie uświadczysz nigdzie, poza sfatygowanymi egzemplarzami na portalu aukcyjnym... Chyba, że się mylę - i w tych brykach jest również oryginalny tekst. Ale wolę nie testować i nie kupować w ciemno.

      Czyżby wydawcy stwierdzili, że wersja pierwotna jest za trudna i ewentualnemu odbiorcy należy podać wyłącznie już przeżutą i przetrawioną papkę w postaci streszczenia? Fakt faktem- pamiętam, że w szkole średniej przebrnęłam przez to z wielkim trudem. Ale może do tej książki trzeba dorosnąć? Może po trzydziestu paru latach czytałoby mi się to inaczej? Na razie pewnie się nie przekonam... Muszę jeszcze pogrzebać w poszukiwaniu ebooka, ale to już wyłącznie dla siebie... Do czego zmierza ten świat, skoro zamiast lektur młodzież czyta streszczenia? A widok sporego regału w salonie, wypchanego książkami od podłogi do sufitu wywołuje w przychodzących do nas nastolatkach opad szczęki, bo w domach tego nie mają? Smutne...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „31/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 sierpnia 2017 19:22

Kalendarz

Luty 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        

Kanał informacyjny