Życie jak każde inne...

Prywatny punkt widzenia

Wpisy

  • poniedziałek, 28 listopada 2016
    • 51/2016

       

      Jesienno-zimowy marazm mnie ogarnął. Wieje, pada coś dziwnego, wychodzić się nie chce... A do pracy mus chodzić... Lekturowo nie mam ochoty na nic ambitnego. Ostatnio "Grób" Gai Grzegorzewskiej. Miodzio. Lubię, kiedy książka odcina mnie kompletnie od rzeczywistości, kiedy mówię sobie "jeszcze kilka stron..." i książka się kończy za szybko... Dobrze, że wiedziona jakimś podskórnym dziewiątym zmysłem odłożyłam czytanie "Betonowego pałacu" i "Kamiennej nocy" na bliżej nieokreśloną przyszłość. Teraz jak znalazł, bo będzie po kolei chronologicznie. Natomiast nie porwała mnie Małgorzata Gutowska- Adamczyk i "Mariola, moje krople !". Miało być śmiesznie. Może ja mam spaczone poczucie humoru... A może historia dotyczyła zbyt dawnych czasów? A może to po prostu Autorka nie dla mnie? I jeszcze "Harry Potter i przeklęte dziecko". Scenariusz sztuki, wielka szkoda, że nie powieść. Chociaż... w wersji powieściowej obstawiałabym tom na jakieś 1400 stron, tyle się dzieje...

      Czy ktoś może wie, kiedy będzie kolejny tom "Kronik dziwnego królestwa" Oksany Pankiejewej? Niby kładziono nam do głowy rosyjski z zapałem chyba większym, niż się obecnej młodzieży wkłada angielski, ale nie podejmuję się czytać w oryginale. A bardzo bym chciała wiedzieć, co dalej z królem Szellarem... Mam nadzieję, że przeżyje, bo cykl ma ponoć z 10 tomów...

      Zdrowotnie tak sobie. W głowie mi szumi, za bardzo nie mogę się schylać. A mam remanent w aptece do przeżycia... Albo mi nic nie będzie, albo znów pójdę na zwolnienie...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „51/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 listopada 2016 09:42
  • poniedziałek, 14 listopada 2016
    • 50/2016

       

      Ślubny się uparł, suszarka kupiona. Testujemy...

      Nie, nie ma tak, że wyjmujemy, składamy i chowamy do szafy. Tylko bawełna "podkręcona" na maxa jest prawie sucha. Mix jest leciutko wilgotny, trzeba to wyrzucić na kaloryfer albo na suszarkę na 24h, żeby złapało "atmosfery" pokojowej. Jedno jest nie do przecenienia. Woda wylana z pojemnika suszarki, mierzona - po pojedynczym suszeniu - w litrach - nie skrapla się nam na oknach. Naprawdę jestem zaskoczona ilością tej wody... I nie trzeba tego ścierać z parapetów. I nie kapie na głowę z okien dachowych. A ilość kłaków w filtrze poraża. Nie mam później tego w mieszkaniu. Same korzyści.

      Na razie jeszcze się boję wrzucać wszystko do suszarki, jak leci. Tym bardziej, że na większości metek jest znaczek- nie suszyć w suszarkach bębnowych. Nawet na bawełnianych tiszertach. Chociaż tym akurat chyba nie szkodzi tak bardzo. Ale skarpetki, majtki, ręczniki- wrzucam bez czytania metek. Nawet uprałam i wysuszyłam narzutę "z zakazem"- nic się nie stało, suszyłam na opcji "koc". Jeszcze trochę, trening czyni mistrza ;)

       

      Na fali "poszpitalnej" przeczytałam jeszcze kilka lektur, ale raczej takich z gatunku "zapomnieć po przeczytaniu". Nie mam ochoty na nic ambitniejszego. Co było? Magda Stachula "Idealna" i Agnieszka Olejnik "Nieobecna". Czytane zaraz po sobie. Dało się przeżyć, ale nic szczególnego, dobrze, że pożyczone, a nie kupione. Na grypę w łóżku w sam raz.

      Natomiast kupiłam "Pójdź na sąd boży" Mariusza Ziomeckiego. Pierwsza część historii podinspektora Romana Medyny pozostawiła mnie z bardzo mieszanymi uczuciami, ale stwierdziłam, że dam jeszcze jedną szansę. Nie chciało mi się czekać, aż książka pojawi się w bibliotece, kupiłam własną. Nie napiszę, że to był "strzał w dziesiątkę", pewnie ją komuś pożyczę i nawet nie będę mocno ścigać o zwrot. Niemniej- polubiłam bohatera, na pewno będę chciała przeczytać kolejne części cyklu. Z podobnej tematyki było jeszcze pożyczone "Nikomu nie ufaj" Wojciecha Wójcika. Też- do przeczytania, bez jakichś wielkich zachwytów, ale i bez niesmaku. Po prostu niezła książka sensacyjna, jakich wiele. Podobało mi się, zapisałam się w bibliotece na "Garść popiołu" tego samego autora.

      Zastanawiające natomiast jest to, że w dwóch z w/w pozycji, zupełnie niezależnie od siebie, jako motyw i wątek główny występuje ten sam charakterystyczny nałóg. Przypadek? Czy znak czasów?

      I jeszcze jedna pozycja, chyba najlepsza z nich wszystkich: "Sześć kobiet w śniegu, nie licząc suki" Anny Fryczkowskiej. Nie będę pisać na temat treści, podobało mi się, że autorka usiłowała podać motywacje postępowania bohaterek. Że wydarzenia z przeszłości mają na nas wpływ, choćbyśmy usiłowali o nich zapomnieć. Chociaż czyn bohaterek w rzeczywistości raczej nie uszedłby im na sucho, bo "wrabianie" było szyte nawet nie grubymi nićmi, ale sznurkiem do snopowiązałki... Niemniej jako czysto rozrywkowa pozycja "dla zabicia czasu"- jak najbardziej.

       

      Od tygodnia chodzę do pracy. Ewidentnie mi nie służy. Jak siedzę w domu, mam ciśnienie w normie albo poniżej. Jak mam wyjść rano- oscyluje w okolicach 160/100, z pulsem powyżej 90. I to po lekach... A muszę uważać, bo to jedna z przyczyn mojego ostatniego pobytu w szpitalu. I nie mogę zaglądać do szafek na dole, przechylić głowy na bok, bo wszystko zaczyna wirować... Chyba muszę się nauczyć z tym żyć...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „50/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 listopada 2016 09:47
  • środa, 02 listopada 2016
    • 49/2016

       

      W poniedziałek, po prawie ze stoperem odmierzonych ośmiu latach współpracy, nasza Francesca Simona złożyła nam wypowiedzenie. Czyli- z polskiego na nasze- piekielna machina odmówiła posłuszeństwa. Bardzo spektakularnie zresztą, bo około północy zasygnalizowała koniec programu, po czym... nie dała się wyłączyć! Dopiero odłączenie od prądu z gniazdka było skuteczne. I teraz ciężko mi się przyzwyczaić do zmywania ręcznego i nieustannego bałaganu w kuchni. Nie za duży zlewozmywak- jedna komora- też nie ułatwia zapanowania nad sytuacją. A imię? Trudno nie nadać imienia członkowi rodziny, nawet, jeśli to tylko służąca ;) I wszystkie Wasze komentarze pod tamtym wpisem się sprawdziły :)  Po ośmiu latach używania zmywarki stwierdzam, że jest to sprzęt w domu NIEZBĘDNY, do kupienia w kolejności zaraz za lodówką, komputerem i pralką, a zdecydowanie bardziej potrzebny, niż np telewizor. Sprzęt został odwieziony do mechanika, mam nadzieję, że szybko wróci...

      Przypomniałam sobie starsze wpisy, dotyczące tego zakupu, mój sceptycyzm BARDZO szybko się rozwiał. Ciekawe, jak będzie teraz. Bo Ślubny napalił się na... suszarkę kondensacyjną do ubrań... Niby miejsce do wstawienia zawalidrogi jakieś się znajdzie, kosztem kosza na brudy i przemeblowania w łazience... Może w końcu przestanie nam się skraplać para na oknach dachowych. Poczekamy, zobaczymy... Chce- niech kupuje. Jeśli będzie tak, jak ze zmywarką- nie zamierzam oponować...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „49/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 02 listopada 2016 09:33
  • poniedziałek, 31 października 2016
    • 48/2016

       

      Poniedziałek.

      Rano jak zwykle pobudka 5.45. Potem, koło 7. przyszedł lekarz. Jakiś dziwny młodzian z kucykiem... Nie widziałam go do tej pory, zebrał dosyć dokładny wywiad, po raz kolejny musiałam opowiedzieć historię choroby... Ki diabeł??? Panie obok też wypytał dokładnie co i jak. Potem współlokatorka uświadomiła mi, ze to psycholog, pewnie przyszedł, żeby wykluczyć st.any depre.syjne. Ale o 7. rano??? Litości!!! Jak w ciągu 3min rozmowy da się określić, czy mam zaburzenia, czy nie?

      Od rana młyn. Po spokojnej sobocie i niedzieli na oddziale ma się wrażenie, że nadciągnął jakiś kataklizm. Komisyjny i bardzo duży obchód się spóźnia. Do naszej sali docierają potem już tylko pojedynczo lekarze prowadzący. Jutro wychodzę!!! Jeszcze tylko dzisiaj E.EG, jutro jakieś badania krwi i idę do domu!!! Mam dosyć...

      W końcu nie doczekałam się na EE.G. Co jest? Na wieczornym obchodzie pytam- w karcie wpisane odbyte badanie... No jaja... Prawie nie śpię w nocy. Jak mi będą robić to E.EG to wyjdzie jak po zmęczeniu...

      Wtorek.

      Pani woła mnie na EE.G o 7. rano, nawet nie zdążam dobrze się ogarnąć. Ciekawe, jak wyjdzie. Potem zaczepiam pielęgniarkę o badania... No jasne, że są zlecone. Takie na 6 czy 7 probówek. Niestety, pierwsze podejście "spalone". Mówcie mi "poduszeczka na igły". Bardzo ciężko się wkłuć, a jak już się udaje-krew nie chce lecieć. Mam porządnie się napić i przyjść za pół godziny. W końcu sukces okupiony bólem- udaje się pobrać krew z żyły na przegubie lewej ręki. Bardzo bolesne miejsce. I do tej pory nie mogę nosić zegarka, bo boli...

      Jeszcze przed śniadaniem dostaję wypis tymczasowy i zwolnienie. Po ten właściwy mam zgłosić się za jakiś tydzień, jak przyjdą wyniki wszystkich badań. Czytam- i dopiero teraz robi mi się słabo...

      Bo rez.onans potwierdził zm.iany naczyn.iopochodne w mózgu, nieadekwatne do wieku, zbyt zaawansowane. RTG dysko.patię kręgosł.upa szyj.nego. Przy przyjęciu EK.G wykazało niedo.krwienie serca, stąd ten hol.ter. Którego wyniku zresztą jeszcze nie ma. Chole.sterol faktycznie miałam pod sufit, glukozę też. Do tego zachw.iania równ.owa.gi przy przyjmowaniu do szpitala. Mam stawić się do lekarza pierwszego kontaktu po skierowanie do laryngologa- bł.ędn.ik do zbadania, i do neurologa- na szczęście Pani Ordynator zgodziła się (po starej znajomości) wziąć mnie pod swoje skrzydła bez kolejki (do niej czeka się i rok). Kochany człowiek, naprawdę... Wyniku EE.G i końcowych badań też jeszcze nie było... No i ten gu.zek w tarcz.ycy... Masakra... Jedyne, czego nie mam- to za.burze.ń depr.esy.jnych, potwierdzone badaniem o 7. rano w poniedziałek, na półśpiąco...

      Starość, k... starość mnie dopadła i tyle. Przed 50, jakby się kto pytał :(

      ================================

      W trakcie 6 dni pobytu w szpitalu 4 razy pomylono mi poranne leki na ciśnienie... Biorę 1 tabletkę w dosyć dużej dawce, w szpitalu składali mi ją z dwóch mniejszych, do tego różnych. Do tego drugi lek, w dawce niedużej, standartowo jest 2x wyższa, w szpitalu mieli tę większą, miałam dostawać po pół tabletki. I tak- raz pierwszego leku dostałam tylko 1 tabletkę, tę mniejszą. Na drugi dzień- dla odmiany drugiego leku całą, nie pół. Kolejnego dnia drugiego leku nie dostałam wcale, wzięłam swój- dobrze, że miałam... I ostatniego dnia drugiego leku też nie dostałam. Nie, nie zamierzam składać skargi. Na oddziale powinno być zatrudnionych co najmniej 14 pielęgniarek- a jest 7. I naprawdę nie ma się czemu dziwić, że jeśli pacjent jest samodzielny i chodzi- to nie poświęca mu się uwagi. Bo na oddziale większość osób jest po udarach. A wiadomo, że wszystkie błędy i komplikacje przytrafiają się pracownikom służby zdrowia...

      =======================

      I nie ma to, jak dostać comiesięczną babską przypadłość w szpitalu... W wersji "zalewającej"...  :/ Tampo.ny rulez...

      =======================

      Jestem na zwolnieniu do 6.11. I nadal nie mogę za bardzo się schylać, bo mam mroczki i zaw.roty... A moja praca niestety tego wymaga...

      A wszystkie kropeczki w nazwach badań i leków są po to, żeby wyszukiwarki nie odsyłały tutaj...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „48/2016”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 października 2016 12:06
  • niedziela, 30 października 2016
    • 47/2016

       

      Sobota.

      Śpię kiepsko. Mam łóżko pod oknem, przy kaloryferze, jest za gorąco. Sala maleńka, a są cztery osoby. Okna nie otworzę, bo wieje prosto na mnie. W takich warunkach wiem, że chrapię. Krępuję się, żeby nie pobudzić współspaczek... 5.45- lampa. Mierzenie temperatury. Za 5 minut- kolejna. Mierzenie cukru, poziom 88. Dobrze jest... Ale spać już się nie da... Zanim podadzą śniadanie około 9- zaczynam mieć mroczki przed oczami i znów kręci mi się w głowie. Ale to pewnie przez zbyt długą przerwę między posiłkami, cukier mi spada... Obchód w wersji mikro, wpada lekarka dyżurna "Nic się nie dzieje? Pójdzie pani dziś na dopp.lera, doktor zawoła." Mówię o mroczkach, zawrotach... "To proszę sobie coś jeszcze kupić, jakieś ciastka albo zostawić kanapkę z kolacji i zjadać koło 20." Tia...

      Marzę o prysznicu, niestety, dopóki jestem obklejona elektrodami, nie mogę. Kroplówki, pomiary glukozy. Wen.flon na wierzchu prawej dłoni ledwo zipie, proszę o dodatkowe doklejenie plastrem, nie na wiele się to zdaje... Po telefonie pielęgniarka prowadzi mnie na badanie przepły.wu w tętni.cach szyj.nych. Nie myślałam, że będzie robił kolega... "Jest ok, wyszło dobrze... O, a tu masz jeszcze gu.zek w tarczy.cy..." Nie wiedziałam... Kolejna "dobra" wiadomość, szlag by to...

      Po południu zdejmują mi elektrody i w końcu udaje mi się dotrzeć pod prysznic. Jedna kabina na cały oddział... Masakra... W sumie większość osób leżących, niesamodzielnych, ale to i tak chyba za mało na 30parę łóżek? Na rękę z wenf.lonem zakładam gumową rękawiczkę. Dobrze, że w pomieszczeniu prysznica są poręcze, asekuruję się przy myciu głowy, świat jednak trochę wiruje... Przy wycieraniu się definitywnie gubię wenflon. Szlag. Może już nie będzie potrzebny??? W sumie normalnie jem, piję, nie wymiotuję... Udało się umyć, od razu mam lepszy humor.

      Wieczorem grzecznie łykam przyniesione leki. Współspaczki rozkręcają tv z jakimś talentshow, po czym o 21.30 gaszą światło. Ratuję się telefonem ze słuchawkami i czytnikiem z podświetleniem. Zasypiam około 23 i chyba ze zmęczenia budzę się w nocy tylko 3 czy 4 razy...

       

      Niedziela.

      Znów klasycznie- lampa 5.45. Temperatura, glukoza- poniżej 80. Nic dziwnego, że nie wytrzymuję do śniadania i mam mroczki i zawroty głowy. Wieczorem zjadłam parę biszkoptów, ale, jak widać, niewiele to dało... Na wieczornym obchodzie zgłosiłam brak wen.flonu- lekarz dyżurny stwierdził, że w sumie kroplówki mi niepotrzebne i może nie trzeba będzie kłuć ponownie. Ufff... O 7. pielęgniarka przynosi kroplówkę, udaje mi się wynegocjować odroczenie podłączenia do obchodu i decyzji lekarza- przecież nie mam wenfl.onu. Na szczęście dyżur ma Pani Ordynator, już nie każe mnie kłuć, zarówno w kwestii wen.flonu, jak i pomiarów glukozy. Wychodzi dobrze, pewnie była jakaś anomalia. I możliwe, że wyjdę we wtorek. Jupi!!! Własny dom, to jednak własne łóżko i łazienka... Przemędzam niedzielę, czytając książki i słuchając radia, na słuchawkach oczywiście. Tego, co oglądają w TV współlokatorki z sali, nie trawię... Jakoś przesypiam noc, choć gorzej, niż poprzednią...

      CDN...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „47/2016”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 października 2016 09:01
  • sobota, 29 października 2016
    • 46/2016

       

      Piątek.

      Z półsnu wyrywa mnie zapalone światło. Zegarek...5.45, mierzenie temperatury... Znów letarg. O 7 przychodzi pielęgniarka, podwiesza kolejną kroplówkę, pobiera krew... Po co? Wczoraj na izbie też pobierali... Pojemnik na mocz. Po kroplówce docieram do łazienki, już mnie nawet nie zarzuca, oddaję badanie... Tylko schylać się nie mogę, dobrze, że w łazience są poręcze... Marzę o prysznicu, ale Ślubny przywiózł mi wczoraj tylko mały ręczniczek do rąk... Może to i lepiej, bo nie wiem, czy dałabym radę stać i myć się jednocześnie... Dziś po południu przywiezie ręcznik, to się umyję, a może będę silniejsza? Leżę... Śniadanie- wstrętne coś do picia, słodkie, chyba słabiutka inka? Rezygnuję, dobrze, że mam wodę. Zupa mleczna, niesłona, bez cukru, próbuję i odstawiam, nie da się tego jeść... Sucha bułka, pół kostki topionego serka... Matko... Wiedziałam, że w szpitalach marnie karmią, ale żeby aż tak??? Kolejna kroplówka, robi się 11... Obchód w końcu dociera i do nas... W sumie śmiejemy się, że i tak jesteśmy najzdrowsze na całym oddziale, bo chodzimy, a większość pacjentów jest po udarach...

      Pani Ordynator: "Jak mówiłam wczoraj- tomo.grafia wykazała zmiany pocho.dzenia nacz.yniowego. Leczy się pani na nadciśn.ienie, w sumie bierze pani spore dawki, może to od tego, ale wymaga głębszej diagnostyki. Dziś zrobimy rez.onans gło.wy i złożymy hol.tera. Rentg.en kręgo.słupa szyjnego i klatki. Badania krwi wyszły tak sobie, musimy monitorować cukier (MATKO!!! Jeszcze mi cukrzycy brakowało, litości!!!), ma pani bardzo wysoki chole.sterol, ale do tej pory nic pani nie brała? Włączymy stat.ynę wieczorem..." "Ale ja miałam zawsze HDL powyżej normy, a LDL w normie, dlatego lekarka prowadząca nic nie dawała..." "Teraz trzeba. Leki na ciśnienie pani dostała?" "Dostałam rano kieliszek różnych tabletek, co to jest to małe różowe? Czy to nasenne? Po co rano?" "A to pewnie hydro.xyz.yna, dobrze robi przy takich zawrotach, jak pani ma... Kręci się jeszcze? Wymiotuje pani?". "Już nie, ale nie mogę się schylać, bo świat wiruje... Kiedy planujecie mnie wypuścić?" "Jak zrobimy wszystkie badania." "Może jakaś przepustka, sobota, niedziela?" "Nie praktykujemy...."

      Matko... jak ja przeżyję... Zanudzę się na śmierć... Na szczęście mam słuchawki do telefonu... Jakąś stację radiową daje się złapać... Koło południa robię próbę czytania książki... Jupi, mogę!!! Nie jest źle, poprzednio ze trzy dni nie mogłam nic przeczytać, bo kręciło mi się w głowie... W sali mamy telewizor na monety. Niestety, jedna z sąsiadek jest przygłucha, dobrze, że mam ten telefon ze słuchawkami... Zapoznaję się z "gustami telewizyjnymi ogółu społeczeństwa". Jakieś programy pseudosądowe, rozmowy Drzyzgi, rolnik szuka, jakieś popołudniowe tasiemce... No super... Nie będę się dokładać do tego interesu...

      W międzyczasie wiozą mnie na rtg, kilka razy przychodzi pielęgniarka i dziabie mnie w palce... Glukoza nie przekracza 100, nawet po jedzeniu. Ki diabeł? Wiozą mnie na rezo.nans gło.wy, wrażenia dźwiękowe- bezcenne... Jakby maszyna gadała... i potem PING! Po południu oblepiają mnie elektrodami. Hol.ter. Na całą dobę. Szlag, znów się nie umyję, mam wrażenie, że zaczynam śmierdzieć... Posiłki 9-13-17, kto wymyślił takie godziny? Czyżby szpital praktykował dietę ośmiog.odzinną??? Przez osiem godzin jemy wszystko, na co mamy ochotę (czytaj: co dają), a potem przerwa... Tia... Jedzenie wstrętne, obiad kompletnie bez soli, picie do śniadania i kolacji z obligu słodzone, a takiego nie pijam... Dobrze, że świat w miarę przestał wirować, jestem w stanie dojść na drugi koniec korytarza do kuchenki z czajnikiem i zrobić sobie własną herbatę, którą przywiózł mi Ślubny. Przebłysk normalności... Niby w kuchence jest lodówka dla pacjentów i mogłabym mieć jakąś własną wędlinę, czy jogurt, ale... Pal licho... Zdaję się na szpitalny wikt... A pani z łóżka obok twierdzi, że jedzenie wcale nie jest tutaj takie złe... Wieczorem przynoszą mi trzy tabletki, ta trzecia to pewnie na chol.esterol... Łykam grzecznie wszystko, może będę lepiej spać... Hol.ter trochę przeszkadza, ale da się wytrzymać...

       

      CDN...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „46/2016”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 29 października 2016 09:13
  • piątek, 28 października 2016
    • 45/2016

       

      Czwartek tydzień temu. Idę do pracy na 10. Około 9 zaczyna być mi "dziwnie". Mierzę ciśnienie- w normie, tylko puls 105. Idę do pracy, oglądając się, o co "w razie czego" można się oprzeć...

      Docieram w miejsce przeznaczenia, jakaś niezobowiązująca gadka z szefem w szatni. Nie zdążam się przebrać w fartuch, robi mi się gorąco, czuję, że oblewa mnie pot- ale tak po całości. "Przepraszam, muszę usiąść..." Otwieram okno. Atak mdłości, ledwo zdążam do kibelka, zwracam śniadanie, po ścianie wracam na krzesło w kuchni, znowu atak mdłości, już nie zdążam... Świat wiruje. Nie mam siły, osuwam się na podłogę w łazience. Leżę, jakbym się za przeproszeniem narąbała... Szef zagląda, proszę, aby podał mi miskę i wezwał pogotowie... Nie mam siły podciągnąć się, żeby wymiotować do sedesu, mdłości nie odpuszczają. Pogotowie ma przyjechać z miejscowości oddalonej o 20 km, szefowa sugeruje odwiezienie do szpitala własnym samochodem, nie zgadzam się. Pacjenci przywiezieni karetką nie czekają w kolejce, w przeciwieństwie do tych, którzy docierają na własną rękę... "Koguty"? Niemożliwe, tak szybko... Sanitariusze robią swoje, wenflon na wierzch prawej dłoni, bo tylko tam coś widać, ciśnienie, cukier, wywiad... Wstrzykują mi coś do wenflonu na mdłości... Jestem tak spocona, jakbym założyła na siebie sweter prosto po praniu. "Jedziemy do szpitala?" "Tak..." "Da pani radę wstać?" "Spróbuję..." Prowadzą mnie do karetki, w pracowych butach, bez kurtki, szef w ostatniej chwili podaje mi torebkę... W karetce znowu wymiotuję, 500 m do szpitala jedziemy na sygnale? Niemożliwe...

      Izba przyjęć, E.KG, badania, neurolog z oddziału zjawia się po 10 minutach... Tak szybko??? Badanie... Cały czas mam mdłości, zwracam resztki śniadania, świat wiruje... "Czy wyraża pani zgodę na hospitalizację?" "Tak..." "Tutaj tom.ografia na cito i na oddział". Ankieta przed przyjęciem do szpitala, coś podpisuję drżącą ręką. W międzyczasie przyjeżdża powiadomiony przez Szefa Ślubny... Uzgadniamy, co ma przywieźć, pielęgniarz odwozi mnie na wózku na tomog.rafię, "na podorędziu" cały czas awaryjna torebka, od czasu do czasu się przydaje... W końcu, zmordowana, na granicy świadomości, ląduję na szpitalnym łóżku w bardzo ciasnej czteroosobowej sali... Ślubny przywozi mi dres, pomaga się przebrać... musi wrócić do pracy... która godzina... 12??? DOPIERO??? Przychodzi lekarka, zbiera wywiad, co się dzieje, czy miałam podobne epizody w przeszłości (oczywiście, że tak, ostatni 2 lata temu... wtedy następnego dnia Szefowa wylatywała na urlop i nie było mowy o szpitalu...). Pielęgniarka podłącza kro.plówkę z czymś na mdłości, mówię, że sanitariusze w pogotowiu już mi dali i niezbyt pomogło... Leżę, mam wrażenie, że robi mi się lepiej, usiłuję usiąść... Znów świat wiruje, mdłości... Leżę...

      Znów przychodzi lekarka, tym razem Pani Ordynator, do tego znajoma... "Wyszły zmiany w tomog.rafii, na szczęście nie ma krwawienia, ale potrzymamy panią trochę, zrobimy wszystkie badania... rezona.ns, E.EG, założymy hol.tera, może dopp.ler... Diagnozowała pani ten błęd.nik u laryngologa? Oczywiście, że nie... Wiadomo, lekarz, pielęgniarka albo farmaceutka..."

      Leżę i przyzwyczajam się do szpitalnej rzeczywistości... Szczęk garów na korytarzu... Obiad??? O 13??? Usiłuję przełknąć 2-3 łyżki zupy, cofa mi się... niesłone, niedoprawione, woda z ryżem... Pielęgniarka zmienia kr.oplówkę, wypociłam tyle, że nawet nie chce mi się sikać... Zapadam w letarg, drzemkę, ciężko określić, co... Tylko mi zimno... Otwieram oczy, za oknem ciemno, znów szczękają gary na korytarzu... Kolacja? O 17??? Pani z łóżka obok mówi, że przysnęłam, wisi kolejna kroplówka... Usiłuję usiąść... Świat nie wiruje!!! Sukces!!! Może wezmę łyk herbaty? Fuj, słodka... Zjadam kromkę suchej bułki i nie mam mdłości... Kolejny sukces!!! Pielęgniarka przynosi jakieś leki, pytam, co to, nie chce mi powiedzieć... Dużą białą tabletkę poznaję, to na "kołowaciznę", ale to małe różowe wygląda mi na coś nasennego... Po grzyba mi to dają, i tak dobrze śpię... Białą łykam, różową odkładam...  Udaje mi się po ścianie dotrzeć do łazienki i umyć zęby. Nawet mnie za bardzo nie zarzuca. Czyżby odpuszczało? Dobrze... O 21. współpacjentki z sali gaszą światło... Reszta oddziału też zasypia... Rany, jak ja tu przeżyję??? W nocy przysypiam, co kilka minut się budzę, patrzę na zegarek... Może trzeba było wziąć to różowe? Dobrze, że świat nie wiruje...

      CDN...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „45/2016”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 28 października 2016 10:29
  • środa, 19 października 2016
    • 44/2016

       

      Zawsze kiedyś musi być ten pierwszy(?) raz...

      Młodszy w sobotę wieczorem wybył. "Się przejść". Zimno, ciemno, robi się coraz później... (jakaś 20.30). Telefonu nie odbiera... Co jest grane...

      Około 21. oddzwania. Szczękając zębami mówi, że wraca, bo jest tak k... zimno, że żadna frajda.

      Wrócił. Lekko dziwny. I się przyznał, że piwko z kumplami. Na wolnym powietrzu. W miejscu, które jak miejscowa policja i straż miejska chcą się wykazać sukcesami w prewencji- to jadą tam "w ciemno".

      Gadka umoralniająca. Kto kupował piwo, gdzie- tego nie udało nam się wyciągnąć. Ustalenia, że telefony ma BEZWZGLĘDNIE odbierać. "Ale nie zapaliłem". No jeszcze tego by brakowało...  Groźba szlabanu na wyjścia i komputer za powtórkę z wyskoku. I błagalny wzrok- "Ale nie zrobicie afery?"

      JESZCZE nie zrobimy... Bo Ślubny stwierdził, ze on w jego wieku też już "bywał"...

      Małe dziecko- mały kłopot... Duże (???)...

      Młodszy nie ma jeszcze skończonych 16.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „44/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 19 października 2016 11:26
  • poniedziałek, 10 października 2016
    • 43/2016

       

      Byliśmy na "setce". Było bosko! I w szampańskiej zabawie nawet katar mi nie przeszkodził. Ani niezbyt miła pogoda.

      Ale czego się spodziewać po ludziach, którzy znają się od studiów, widują w tej chwili rzadko- zdecydowanie za rzadko- ale lubią ze sobą przebywać? I bawić się? Impreza na 25 osób, w restauracji, z DJ-em, który znał się na robocie i nie puszczał nam, starym prykom, techno i disco polo. Tylko lata 70.i 80. Stare dobre disco z BeeGees i Glorią Gaynor. I rocka. Dość, że od 20. do 4. nad ranem wszyscy szaleli na parkiecie- i w sumie nawet było mało... Tylko teraz mam takie zakwasy, że ledwo chodzę... (i nie wiem, zakwasy- czy początki grypy... Okaże się...) Co ten DJ (przed trzydziestką na visus) sobie myślał? "Te pięćdziesięciolatki są nie do zdarcia..." Bo impreza przedłużona o godzinę w stosunku do pierwotnej pory zakończenia. Alkoholu poszło... morze, ale przy TAKIEJ zabawie nikomu nie zaszkodził ;)

      A prezenty? Bardzo różne. Wykwintne alkohole (dużo, różne). Szkło artystyczne. Od bliskiej rodziny- ona dostała przepiękną torebkę, perfumy, on portfel. Ale to nie ten stopień zażyłości, to zrozumiałe... Od kogoś voucher do tunelu aerodynamicznego. My kupiliśmy w końcu voucher na kolację w ciemności, ważny rok, termin do ustalenia przez samych zainteresowanych. Kompletnie nie mieliśmy weny twórczej, poszliśmy na łatwiznę... I tyle...

      Poprzeczka imprezowa ustawiona wysoko. Tak sobie myślę- może jakieś srebrne wesele w przyszłym roku? W TAKIM towarzystwie? Byłoby świetnie...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „43/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 października 2016 09:19
  • poniedziałek, 03 października 2016
  • czwartek, 29 września 2016
    • 41/2016

       

      Skończyłam trylogię z komisarzem Forstem Remigiusza Mroza. Zakończenie... hm... powalające?

      Na którymś blogu przeczytałam niedawno, że Mróz jest jednym z największych manipulatorów wśród polskich pisarzy. I to prawda. W sumie, jeśli ma się utrzymać z pisania- to musi tak prowadzić wątki, żeby czytelnik wydał ostatnie grosze w księgarni w dniu premiery nowej części cyklu, prawda?

      A teraz- pustka... Nie wiem, co mam czytać. Brak mi bohaterów?

      Mam do skończenia "Domofon" Miłoszewskiego, na półce leży kupiony i nieruszony od baaaardzo dawna "Tron z czaszek" Bretta. A może "Czasomierze" albo "Widmopis" Mitchella? A może coś babskiego? "Mariola, moje krople!". Albo odświeżyć "Dożywocie" Marty Kisiel? I jeszcze z półki łypie "Kołek na dachu" Kevina Hearne i dwa tomy "Głębi" Marcina Podlewskiego. I naprawdę kupiłam "Kolonię karną" Tomasza Jastruna? Nie pamiętam, kiedy...

      Za dużo tego jest. I znów mi się zbiera kolejne zamówienie, bo nowej Jadowskiej, Bondy, Krajewskiego i Puzyńskiej nie odpuszczę... Marzę o mieszkaniu z piątym wymiarem, w którym mogłabym magazynować skatalogowane książki. Bo ostatnio zaczynam zapominać co kupiłam i gdzie utknęłam... Pozostaje mi jedynie wygrać w totka i kupić dom, w którym urządziłabym wielką bibliotekę. I tego się trzymajmy... Dziś 21 do wygrania ;)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „41/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 września 2016 10:30
  • poniedziałek, 26 września 2016
    • 40/2016

       

      Lato z kryminałem, czyli subiektywny przegląd urlopowych i po- lektur.

      W samolocie "tam"- Jo Nesbo "Człowiek nietoperz". Pierwsza część z cyklu o Harrym Hole. Pierwsza książka tego autora, widać, jakie mam zaległości. Nie porwała mnie, niestety. Zmiana autora.

      Katarzyna Puzyńska- cykl "Lipowo": "Motylek", "Więcej czerwieni", "Trzydziesta pierwsza", "Z jednym wyjątkiem", "Utopce", "Łaskun". O tym cyklu mnóstwo już napisano, nie będę się powtarzać. Jest po prostu świetny. W sumie ważne, aby czytać chronologicznie, bo poza intrygami kryminalnymi mamy ciągłość losów policjantów, prowadzących śledztwa. Połknęłam praktycznie wszystko jednym tchem, jeszcze strona, jeszcze pół, nie mogłam się oderwać. Ale- Droga Autorko, tak się nie robi. Nie kończy się ostatniej powieści w TAKI SPOSÓB, każąc czytelnikom czekać na dalszą część. Zapowiedź "Domu czwartego" jest na połowę listopada, już nie mogę się doczekać...

      Po skończeniu "Łaskuna"- pustka. Co dalej? Może Chmielewska? "Wszystko czerwone", nie czytałam, uchowałam się... Po jakichś 15 stronach wymiękłam, stwierdziłam, że denerwuje mnie ilość postaci, styl pisania i w ogóle dno. Znów odezwało się znaczenie, co po czym się czyta. Nie porwało, do odłożenia na inne czasy.

      Wzięłam "na tapetę" Remigiusza Mroza. Seria "Chyłka i Zordon": "Kasacja", "Zaginięcie", "Rewizja", znowu "połknięte na wdechu". Po powrocie natychmiast dokupiony i przeczytany "Immunitet". Recenzji w sieci jest mnóstwo, czyta się świetnie. Ma się wrażenie, że bohaterowie naprawdę mają swoje pierwowzory w rzeczywistości, można się do nich przywiązać. Ale- Drogi Autorze, nie zostawia się bohaterki w TAKIM MOMENCIE, a Czytelników przestępujących z nogi na nogę z niecierpliwości, co będzie dalej? I co, mamy czekać do przyszłego roku? TAK SIĘ NIE ROBI!!!

      Ponieważ Mroza czytało mi się świetnie- postanowiłam pójść za ciosem i "poznać" jeszcze komisarza Forsta: "Ekspozycja", "Przewieszenie" i "Trawers". Znowu- recenzji w sieci mnóstwo. "Ekspozycja" mnie w pewnym momencie znużyła, zmęczyła brutalnością, przeżycia bohatera w pewnym momencie zakrawają na cud, stwierdziłam, że po skończeniu zrobię sobie przerwę na coś typowo "babskiego". Ale- kończy się to tak, że natychmiast sięgnęłam po "Przewieszenie"- i tu już było zdecydowanie lepiej. Wciąga bardzo. I znowu koniec taki, że natychmiast chce się sięgnąć po "Trawers", który jednak jeszcze przede mną. Nie czytam recenzji w sieci, żeby nie zapeszyć.

      Kiedyś "przedobrzyłam" z książkami Karin Fossum, długo nie sięgnęłam po żaden kryminał. Po "Zaślepieniu" Karin Slaughter też nie mogłam się otrząsnąć. Zbyt brutalne, jak dla mnie. Ale mamy tylu DOSKONAŁYCH polskich Autorów, że naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Panie- Bonda, Grzegorzewska, Puzyńska. Panowie- Miłoszewski, Ciszewski, Mróz. Piszą tak, że w ciemno biorę każdą następną ich książkę. Oczywiście- nie jest to żadna "wielka literatura", a lektury czysto rozrywkowe. Ale- patrząc na kolejki zapisanych czytelników na w/w pozycje w miejscowej bibliotece- myślę, że mając takich autorów- może odrobinkę poprawią się niechlubne statystyki polskiego czytelnictwa.

      A sama zapisałam się w bibliotece na Mariusza Zielke i Martę Zaborowską. Chcę zobaczyć, co oni mają do powiedzenia. Może pod koniec listopada na coś się doczekam... bu...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „40/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 września 2016 09:05
  • piątek, 23 września 2016
    • 39/2016

       

      Mam problem. Co kupić na "setkę", czyli podwójne pięćdziesiąte urodziny znajomego małżeństwa? Dobry kolega Ślubnego ze studiów z żoną. Impreza jak średnie wesele, knajpa, hotel (mieszkamy dosyć daleko od siebie, nie spotykamy się za często). Oni- dobrze sytuowani, właściwie tylko brakuje im czasu, aby wydawać ciężko zarobione pieniądze. Do tego w trakcie budowy domu. Co kupić w prezencie komuś, kto za pieniądze może mieć praktycznie wszystko?

      Sex-shop odpada, nie ten stopień zażyłości, nie ta klasa ludzi. Super-hiper ekskluzywny alkohol odpada, trzeba mieć czas, żeby wypić go z przyjemnością i w dobrym towarzystwie.

      Myślałam o jakimś voucherze do spa. Wiem, że ona lubi takie rzeczy, ale on? U nas akurat jest odwrotnie, Ślubny uwielbia masaże, ja nie znoszę, jak dotyka mnie obca osoba. No fobia i już. U fryzjera przeżywam katusze, do kosmetyczki nie chodzę. A to ma być przyjemność dla obojga.

      Jakiś voucher do biura podróży? Czy znajdą czas, żeby wyjechać- szczególnie teraz, przy budowie? Niby vouchery ważne rok, ale wyjazdów weekendowych w biurach jest mało, musieliby sobie zrobić jakiś tygodniowy urlop. Czas, czas, czas... i zgranie wolnego... Uszczęśliwić kogoś na siłę?

      Jakaś fotoksiążka ze wspólnymi zdjęciami z dawnych dobrych czasów? Nie mamy ich w sumie aż tak dużo, kilka-kilkanaście się znajdzie co najwyżej... wszystkie praktycznie papierowe, skanowanie, przerabianie... To by było chyba najlepsze, najbardziej osobiste, ale możemy się nie wyrobić...

      Ma ktoś jakiś pomysł? Koszt- 300-500 zł. Zostały dwa tygodnie...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „39/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 23 września 2016 09:29
  • wtorek, 20 września 2016
    • 38/2016

       

      Wróciliśmy. Było pięknie...

      Ale inaczej, niż do tej pory. Bez tego drgnięcia serca, uniesienia, podczas spaceru prawie pustą plażą. Bez tej bezgranicznej radości, że jest się tu i teraz w TYM miejscu... Tyle dobrego, że nagadaliśmy się ze Ślubnym za wszystkie czasy, na różne tematy. Bo normalnie nie zawsze jest czas... I trochę ogarnęłam zaległości czytelnicze...

      Chyba czas poszukać innego miejsca na wakacje. Bo piąty raz w tym samym hotelu... Cóż... Szef ten sam, obsługa recepcji ta sama, kelnerzy ci sami, barmani ci sami, ba- nawet goście ci sami... Parę znajomych par, niemieckich, włoskich- już się witamy na plaży i usiłujemy rozmawiać...

      Być może przeżycia przed wyjazdem też zrobiły swoje. Było mi za gorąco (menopauza w pakiecie), bardzo kiepsko sypiałam (tia... menopauza w pakiecie), wkurzał mnie wszędobylski piasek na plaży, nanoszony przez silny wiatr... robię się stetryczałą starą babą, której wszystko przeszkadza... Będąc tam, myślałam, że najlepiej odpoczęłabym we własnym łóżku z książką. Tylko żeby nikt nic ode mnie nie chciał i o określonych porach podstawiał pod nos urozmaicone posiłki... A zmuszona do spędzenia urlopu w domu żałowałabym, że mnie tam nie ma... Takt o już jest z ludzką naturą.

      Oczywiście znów wzięłam za dużo ciuchów, butów, kosmetyków. Już od jakiegoś czasu wiedziałam, że kompletnie niepotrzebne są pełne buty sportowe typu "adidas". Na "wyjezdne" Ślubny zasugerował ich wzięcie do torby podręcznej. Nie założyłam ani razu. W klimacie Fuerty w sierpniu-wrześniu kompletnie nie sprawdzają się też spodnie 3/4- jest w nich za gorąco. Niepotrzebnie wzięłam z 5 bluzek, za dużo o 1 kostium kąpielowy, 2 pary spodni, 2 sukienki... Rzeczy, które bierze się "pro forma", bo MOŻE się je założy. A potem płaci się 30 euro za nadbagaż wina, sera i chorizo. Bo to mus przywieźć- chłopcy by nam nie darowali...

      Mimo upałów- opalenizna przywieziona. Myślałam, że po powrocie do kraju będzie chłodniej, a tu zonk! Może mnie ktoś odsądzić od czci i wiary, ale... na razie obecne temperatury mi odpowiadają (menopauza w pakiecie- chyba powoli przestaję być ciepłolubna...).

      I tak to się toczy... żyję pomalutku...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 września 2016 20:20
  • środa, 24 sierpnia 2016
    • 37/2016

       

      Istnieje coś takiego, jak gorączka przedwyjazdowa - reisefieber.

      A czy istnieje depresja przedwyjazdowa? Chociażby fakt, że siedzę tutaj, zamiast robić inne, pożyteczniejsze rzeczy, których zostało mi jeszcze od groma i trochę...

      Nic mi się nie chce...

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „37/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 24 sierpnia 2016 18:28
    • 36/2016

       

      Dlaczego pracodawca musi odebrać pracownikowi radość z oczekiwanego urlopu, do ostatniej chwili trzymając go w niepewności, czy pójdzie, czy nie? Najpierw trzeba pracownika upodlić, uczynić go winnym wszystkich niepowodzeń firmy. A potem jaśniewielmożny pan prezes udzieli "aktu łaski",w postaci akceptującego podpisu pod podaniem o urlop. A pracownik będzie mógł wypocząć w terminie, który ustalony był w styczniu. A kto odda zdrowie za zszarpane takim postępowaniem nerwy pracownika i jego rodziny???!!!

      Dlaczego za to, że na produkcji brakuje co najmniej pięciu osób do pracy, odpowiada inżynier koordynujący, a nie prezes, który nie chce dać ludziom sensownej pensji???!!! W tej branży już dawno ludzie przestali pracować za najniższą krajową, ale do prezesa jeszcze to nie dotarło. Bo trzeba dać zarobić firmie byłej żony i wyremontować budynki w firmie, które tak naprawdę tego remontu nie potrzebują. A potem się szuka winnego tego, że kontrakt nie zostanie zrealizowany w terminie. Pomimo tego, że Ślubny raz na dwa tygodnie zgłasza zapotrzebowanie na pracowników. Wystarczyłoby zaproponować trochę więcej- i pracownicy na produkcję pewnie by się znaleźli. Ale po co? Lepiej szukać kozłów ofiarnych w sytuacji kryzysowej, upodlić ludzi, żeby potem nie było, że im się cokolwiek należy. Nawet urlop według kodeksu pracy...

       

      Ulało mi się, przepraszam... Jutro lecimy. Jednak. Nawet nie mam siły się cieszyć, bo kula wściekłości w żołądku skutecznie mi to uniemożliwia. Wczoraj w oczekiwaniu na "wyrok" wypiłam prawie całą butelkę neospasminy. Nic mocniejszego nie wchodziło w grę, bo musiałam być "kontaktowa". Dobrze, że w aptece ruch mierny, przynajmniej nie miałam okazji nikogo niechcący z nerwów otruć... Już nie mówiąc o tym, że Ślubny wrócił z pracy dzisiaj około 3. nad ranem, pojechał rano i będzie sukces, jak wróci przed północą... Ja też zaraz wybywam do pracy, wracam późnym popołudniem i mam jeszcze kupę rzeczy do zrobienia. Na szczęście pakowanie wstępnie ogarnięte.

      Wracam po 10.09. Mam nadzieję, że pourlopowo w lepszym humorze...

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „36/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 24 sierpnia 2016 08:38
  • wtorek, 23 sierpnia 2016
    • 35/2016

       

      Młodszy jest wyższy ode mnie o pół głowy. I jego ciemne i bardzo gęste dosyć krótkie włosy w lecie zawsze mu trochę płowieją. W sumie zauważyłam, że ma jakieś takie rudawe po wierzchu, ale stwierdziłam, że to pewnie po obozach na słońcu. Chociaż słońca w tym roku nie było jakoś specjalnie dużo. Dopiero wczoraj rano, zbierając pranie, zerknęłam na niego jak spał. I... od skóry ma ciemniejszy odrost, tak z 1,5 cm... W sumie nie rzuca się w oczy, wierzch wygląda naturalnie, skoro nie zauważyłam przez miesiąc ;)

      - Synu, a na tym obozie sportowym to ci chcieli włosy ufarbować? Stąd ten rozjaśniacz w oku?

      - Sam chciałem. Tylko mam za ciemne i nie wyszło...

      Najgłupszy wiek. Dobrze, że tylko o takich wybrykach wiem. Bo podejrzewam, że niedługo to i mnie ten rozjaśniacz się przyda, żeby zamaskować siwiznę z powodu innych wyczynów Młodego. Bo że będą- tego jestem bardziej, niż pewna...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „35/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 sierpnia 2016 12:08
  • poniedziałek, 22 sierpnia 2016
    • 34/2016

       

      Aneks do poprzedniego wpisu.

      Dni dobroci dla rodziców trwają...

      Wczoraj pojechaliśmy do znajomych na działkę. Ponieważ dla dzieci to średnia atrakcja- zostały w domu, z przykazem odkurzenia mieszkania, umycia podłóg w korytarzu i kuchni, a jak się będzie chciało- to i łazienka jest do ogarnięcia. Niedziela... trudno ;). Ponieważ nasze życzenia rzucane były raczej "w powietrze", bo towarzystwo ledwo otworzyło po jednym oku na oświadczenie, że już wyjeżdżamy- nie robiliśmy sobie wielkich nadziei na ich spełnienie. A po powrocie... niespodzianka. Odkurzone, umyte, posprzątane, nawet śmieci wyniesione. Aniołki normalnie...

      Nie mówię, że do tej pory nie robili nic. Ale każde polecenie czy prośba było oprotestowywane dłużej, głośniej i mocniej, niż trwałoby samo wykonanie tej czynności. Tak, że coś jest na rzeczy...

      Przyznam się, że ze cztery tygodnie temu zrobiłam im karczemną awanturę. Naprawdę. Po jakiejś wyjątkowo paskudnej sobocie w pracy wróciłam do domu, głowa boli tak, że ledwo na oczy widziałam, a tu nie przesadzając- chlewik w chałupie. Ślubny oczywiście też w pracy. W kuchni rzędy brudnych kubków i talerzyków na wszystkich blatach, jakieś brudne ciuchy na podłodze, łóżka nieposłane, a towarzystwo siedzi - każdy przy swoim komputerze i w powietrzu wisi niezadane przez nich pytanie- kiedy obiad? Najpierw się wydarłam, potem kategorycznie ZAŻĄDAŁAM domowego obiadu od nich (surowe schabowe w lodówce do rozbicia i usmażenia, ziemniaki do obrania i ugotowania, jako dodatek ogórki ze słoika) - no bo jak to jest, że matka przychodzi zmęczona w sobotę z pracy i ma jeszcze usługiwać dwóm dorosłym udzielnym książętom, którzy mają wakacje ???!!! A sama poszłam spać... Głowa... Po dwóch godzinach zostałam delikatnie obudzona, na stole stał świeży obiad... Co prawda kuchnia wyglądała jak pobojowisko, ale potem posprzątali i już się nie miałam do czego przyczepić... Od tamtej pory wszystkie prośby i polecenia są realizowane bez większych oporów.

      Może podziałała terapia szokowa? I teraz mam podmienione dzieci? Może w końcu do nich dotarło, że są prawie dorośli i pewnych rzeczy nikt za nich robił nie będzie?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „34/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 sierpnia 2016 10:33
  • sobota, 20 sierpnia 2016
    • 33/2016

       

      Właśnie zorientowałam się, że... chyba podmieniono mi dzieci ;)

      Otóż kiedy rano poprosiłam obu chłopaków o zdjęcie pościeli do prania, to oprócz sakramentalnego "gdzie to położyć?" mniej więcej po kwadransie od prośby- nie usłyszałam NAWET JEDNEGO słowa protestu. Ani "Dlaczego właśnie dziś?", ani "A muszę koniecznie teraz, nie mogę wieczorem?", ani "Nie muszę zmieniać, będę spał w brudnej..." No nic, kompletnie.

      I teraz zastanawiam się, co jest grane? Bo to nie jest normalne ;)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „33/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 20 sierpnia 2016 14:10
  • piątek, 19 sierpnia 2016
    • 32/2016

       

      Nie składa nam się w tym roku wyjazd na urlop, chyba jak w żadnym innym jeszcze... Bo to, że Ślubny siedzi w pracy w ostatnią noc, przyjeżdża do domu, pakuje się i jedziemy- do tego zdążyłam się już przyzwyczaić, choć nieodmiennie mnie to wkurza.

      Najpierw biuro podróży przełożyło nam wylot z Polski. Z 7. rano na 13. Co przy prawie 6 godzinach lotu, formalnościach okołolotniskowych i 1,5 h transferu do hotelu daje niebagatelną różnicę- dolecimy głębokim wieczorem, MOŻE zdążymy na kolację. Trudno. Do przełknięcia.

      Potem u mnie w pracy... Osoba, która do tej pory "łatała" wszystkie luki w obsadzie swoim 3/4 etatu (matka Szefowej)- rozchorowała się na poważnie.  Już wcześniej głośno było mówione, że ma kolano do operacji, a najprawdopodobniej do wymiany. Dwa tygodnie temu noga definitywnie odmówiła współpracy, tzn. ból przy chodzeniu uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Przy naszych godzinach otwarcia 7-21 przez 7 dni w tygodniu- pracy nawet dla trzech osób jest od... A jeszcze ja mam iść na urlop... Na razie nikt mi nie powiedział, że nie idę, w tym tygodniu koleżanka jest na urlopie i jakoś z szefową dajemy radę, ale... No właśnie...

      Kasa, którą Ślubny miał dostać miesiąc temu za jakąś fuchę z wiosny- i która miała nam załatać wakacyjny budżet- na razie odsuwa się w bliżej nieokreśloną przyszłość- może październik? Szlag by to...

      I wczoraj - wisienka na torcie: Ślubny- po powrocie z pracy, około 21.30:

      - Istnieje około 30% prawdopodobieństwa, że nie dostanę urlopu. Będę wiedział we wtorek...

      Tia... Mamy lecieć w czwartek. Czasu wystarczająco na jakiekolwiek manewry, prawda?

      Prawo jest takie, że firma może cofnąć pracownika z zaplanowanego urlopu, pod warunkiem, że zwróci mu wszystkie poniesione koszty. Ciekawe, czy zwróci również za mnie- bo przecież mogłam lecieć sama, prawda? Ślubny ma jeszcze niewykorzystany urlop z poprzedniego roku- takie są umowy wewnętrzne w firmie, że można. A Ślubny nie chce zgodzić się na kasę, bo urlop mu się należy, jak psu miska. Tylko, do k... nędzy- KIEDY ma go wykorzystać? Ale- jeśli nie pójdzie teraz- sprawa zapewne skończy się w Inspekcji Pracy, bo to już będzie lekkie przegięcie... Do tego przez nerwy i stres nastąpiło zaostrzenie choroby przewlekłej Ślubnego. Jak nie pójdzie na urlop- to pójdzie na zwolnienie, bo nie wyrabia...

      Jeśli ktoś miał jakieś doświadczenia tego typu- proszę o info...

      Wkurw totalny...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „32/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 19 sierpnia 2016 08:53
  • wtorek, 16 sierpnia 2016
    • 31/2016

       

       

      Jak się ma trochę więcej czasu i ochoty, to wychodzą różne eksperymenty kulinarne.

      Na przykład takie:

      Przed pieczeniem

       

       

      Po pieczeniu

       

       

      I wtedy okazuje się, że cztery średnie cukinie na kolację dla czterech średnio głodnych dorosłych osób- to trochę mało... Tak naprawdę wszyscy myśleliśmy, że Młodszy zrezygnuje ze swojej porcji ze względu na suszone pomidory w składzie. Bo Młodszego pomidorami w każdej postaci można wygonić z domu. Toleruje tylko keczup, zupę pomidorową z koncentratu i sos do spaghetti bolognese, pod warunkiem, że nie będzie w nim kawałków pomidorów. A tu rozczarowanie. Oblizywał się i pytał, czy nie zostało jeszcze... Może trochę ze względu na pizzopodobny smak, bo sypnęło mi się ziół prowansalskich tak "od serca". Danie na pewno do powtórki...

      Potrzebne są 4 średnie cukinie- czy tam ile się na blasze mieści. Umyć, obciąć końcówkę, przekroić wzdłuż, wydrążyć, zostawiając ściankę z pół centymetra.

      Farsz: Trochę wędzonego boczku, trochę salami, 2 kulki najtańszej mozzarelli pokroić, wymieszać. Stwierdziłam, że będzie mało, dodałam trochę posiekanych środków z cukinii. Mało... W szafce spiżarnianej znalazłam coś, co się nazywa: suszone pomidory z serem w oleju. Data ważności 04.2016. Tia... Nada się. Bez tego oleju oczywiście. Do tego trochę pieprzu, odrobinka soli i te zioła prowansalskie, ile kto lubi. Na wierzch mógłby być jeszcze parmezan albo coś podobnego, albo nawet zwykły żółty ser. Ale nie miałam. Trudno.

      Do piekarnika. U mnie, ponieważ mam popsutą grzałkę- 40 minut w 180', ale pewnie może być krócej.

      20 minut przygotowywania, 40 minut pieczenia, 5 minut jedzenia. Koniec.

      A następnym razem do farszu dorzucę jeszcze posiekaną cebulkę (teraz zapomniałam). I mam w lodówce kostkę fety na granicy terminu ważności. Będzie doskonały sposób na jej utylizację. Tylko muszę obczaić jakąś większą blaszkę, żeby mi się tak ze 6 cukinii zmieściło... Dobre danie na zagospodarowywanie różnych resztek...

       

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „31/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 sierpnia 2016 09:45
  • poniedziałek, 15 sierpnia 2016
    • 30/2016

       

      A w czwartek udało mi się "na cito" zaliczyć okulistę z Młodszym. Oczywiście prywatnie, najbliżej i najszybciej, jak się dało. Nie, nie u "mojej" okulistki. Okazało się, że "czego oczy nie widzą, tego matce nie żal..." Na pierwszym obozie - tym sportowym, na który pojechał z niesprawną ręką (już w porządku)- Młodszy oberwał centralnie w oko... rozjaśniaczem do włosów (!!!!!????). Tia... Przemył, ale to zaczerwienienie, to mógł być późny skutek oparzenia chemicznego. Potem obóz harcerski, warunki stricte polowe, jakiś nocne podchody, mógł też dostać jakąś gałęzią... Na szczęście nic groźnego się nie dzieje, dostał krople przeciwzapalne i już jest lepiej. A poza tym- okulary do czytania, jakieś połówki, jedno oko słabsze, standard u nas w rodzinie... Niby przy badaniu przeczytał wszystko bezbłędnie, ale komputer coś tam wykazał. I przy dłuższym czytaniu, jak mu się oczy zmęczą- może-ale nie musi- zakładać okulary. Z robieniem poczekamy do września, bo obawiam się, że kolejnego nieplanowanego wydatku nasz budżet nie przetrzyma...

      Swoją drogą- co się na tym obozie sportowym działo? Młodszy mówił o jakimś "pokocie"- czyli grupa 18 osób sypiała w pokoju trzyosobowym. Na materacach na podłodze. Tak im dobrze ze sobą było? Cóż... W sumie Młody jest w takim wieku, że zawiera jedne z najtrwalszych znajomości i życie towarzyskie wśród rówieśników jest ważniejsze od czegokolwiek innego. Do liceum się dostał, tam, gdzie chciał. A klasa - to w ponad połowie znajomi z gimnazjum i podstawówki, nawet z tej samej byłej klasy. Żeby tylko to życie towarzyskie nie było ważniejsze od nauki...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „30/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 sierpnia 2016 13:35
  • niedziela, 14 sierpnia 2016
    • 29/2016

       

      Szczyt zakręcenia (się) ?

      Wczoraj wieczorem: Odkręciłam pojemniczek na soczewki, nalałam płynu, umyłam zęby, zakręciłam pojemniczek na soczewki, nakremowałam twarz i ręce...

      O tym, że soczewek nie zdjęłam- zorientowałam się w momencie założenia okularów do poczytania książki przed snem, już w łóżku. Jakiś taki rozmazany ten obraz... Ale jak się nałoży okulary +7 na soczewki +8, to trudno się dziwić... Niewyspanie? Dziś spałam do 10.- bite 12 godzin. I jutro zamierzam powtórzyć...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „29/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 sierpnia 2016 19:46
  • czwartek, 11 sierpnia 2016
    • 28/2016

       

      Komisyjny dentysta zaliczony też. Tia...

      Straszy po prawie dwóch latach bez kontroli wykpił się zaledwie zleceniem na czyszczenie kamienia. Oby tak dalej :)

      Ślubny- odkryty spory ubytek w miejscu, gdzie jeszcze pół roku temu go nie było (albo był, tylko się chował). Plus co najmniej jeszcze jedna wizyta.

      Ja- zalecenie czyszczenia kamienia (w sumie termin) i "rewizja korony" (mam ich niestety kilka), jakkolwiek to brzmi, bo jest podejrzenie rozszczelnienia. Aaaaaaa... Na wiosnę zakończyłam roczną batalię z innym zębem. Przeleczony kanałowo kilka lat temu już wtedy prawie kwalifikował się na koronkę. Dentystka zdecydowała się jednak zrobić nadbudowę, "jak puści, to się będziemy martwić, za jakieś 2-3 lata". Wytrzymał prawie 5, rok temu pękła mi w nim ścianka, bardzo głęboko. Do korony należało podciąć kość szczęki, pół roku gojenia, potem cała jazda z koroną, ponad 2000 pln pooooszłooooo... I kanały już były zrobione, bo wtedy należałoby jeszcze z 500 doliczyć... Mam nadzieję, że nie będzie powtórki z rozrywki, bo w sumie za tę kasę wolałabym gdzieś na tydzień wyjechać :/

      I Młodszy- do przepisania na inny termin, rozchorował się po obozie z gorączką, zdiagnozowane "opryszczkowe zapalenie gardła" i "przebyta mononukleoza" u lekarza w przychodni. Wystraszyłam się, tym bardziej, że po 5 dniach leczenia przeciwwirusowego nie było jakiejś istotnej poprawy, i poszłam gdzie indziej prywatnie. Na szczęście obie diagnozy zostały podważone, z bardzo rozsądną argumentacją. Młodszy w ciągu ostatniego 1,5 roku urósł ponad 20 cm i odporność po prostu poleciała na łeb... Wirus i tyle... Leki na uodpornienie plus dołożyć antyalergiczne, bo zdiagnozowana dawno temu alergia na trawy, do tej pory nie dająca jakichś dokuczliwych objawów, może dawać takie podłoże do infekcji... Plus przekrwione oko, ujawnione dopiero trzy dni po powrocie. Myślałam, że to od komputera, nie po raz pierwszy zresztą, i zbagatelizowałam, ale Młodszy na jakichś podchodach musiał oberwać gałęzią czy czymś w oko, bo pani doktor przypatrując się stwierdziła, że to raczej pourazowe. I zaleciła okulistę... W sumie jak się przypatrzyłam, to nie wygląda to najlepiej...

      - Pani doktor, a może i mi pani zajrzy do gardła? Bo mam jakąś kluchę... Nic poza tym, żadnych objawów, ale jakoś mi dziwnie...

      - Tiaaaa... Pani gardło wygląda dużo gorzej, niż syna... I nalot na migdałkach pani ma... Antybiotyk się należy... Zwolnienie pani chce? Bo po co ma pani zarażać współpracowników...

      - Nie mogę. Za dwa tygodnie mam urlop, jeszcze bym nie pojechała... W sumie czuję się dobrze, tylko ta klucha...

      A poszłam tylko skontrolować Młodego... Podejście do okulistki dzisiaj, ciekawe, czy nie wyjechała na urlop...

      Kumulacja...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „28/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 sierpnia 2016 08:42
  • wtorek, 02 sierpnia 2016
    • 27/2016

       

      Delektuję się ostatnimi chwilami ciszy i spokoju. Bo Młodszy właśnie wrócił z obozu i przez co najmniej miesiąc będziemy w komplecie. Do tej pory Starszy z Młodszym jakoś się mijali w rozjazdach. Ale zaraz zapewne zaczną się kłótnie o komputer stacjonarny, o to, że jeden drugiemu przeszkadza... Nie mówiąc o tym, że muszę zacząć wymyślać obiady trochę pożywniejsze, niż fasolka z bułeczką (mnie i Ślubnemu wystarcza, ale Młodszy dzisiaj kategorycznie domagał się MIĘSA!!!).

      Jeszcze muszę pogonić rozpakowanie plecaka i pranie. Może lepiej będzie, jeśli nie będę w tym uczestniczyć... 10 dni w górach, codziennie deszcz, brak prądu, 3 odliczone minuty na prysznic...

      Odzwyczaiłam się już trochę od tego, że mieszkamy we czwórkę...

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „27/2016”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 sierpnia 2016 11:39

Kalendarz

Grudzień 2016

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  

Kanał informacyjny