Życie jak każde inne...

Prywatny punkt widzenia

Wpisy

  • wtorek, 07 listopada 2017
    • 43/2017

       

      Gość przyjechał. Trafił nam się mieszkający w Londynie, ale z pochodzenia... Szkot ;)  Trzy miesiące młodszy od Młodszego, fajny, bezproblemowy chłopak. Z jedzeniem zero jakichkolwiek napinek, kanapki, jogurty, kurczak, makaron, ba- nawet pierogi. Je wszystko. A tego najbardziej się bałam. Bałaganiarz. Gonimy Młodego, żeby nie rozwłóczył brudnych ciuchów po podłodze, słał łóżko itd... Po pierwszej nocy w pokoju Gościa walizka stała centralnie na podłodze, wokół rozrzucone ciuchy, laptop prawie przy wejściu, cudem udało mi się nie rozdeptać... Dyskretnie zamknęłam drzwi, niech czuje się jak u siebie ;). Okazało się, że Młodszy nie jest bałaganiącym wyjątkiem, że na całym świecie nastolatki są do siebie podobne ;) 

      Mamy tylko leciutkie problemy komunikacyjne... Tia... Naukę angielskiego zakończyłam jakieś... 30 lat temu. Rozumiem tak mniej więcej 20% tego, co nasz Gość  mówi. Ślubny "dobija" do 40-50%. Natomiast Młody nawija jak nakręcony i widzę, że problemów z porozumieniem nie mają absolutnie ŻADNYCH  :D

      Goście przyjechali większą grupą, wieczorami całe towarzystwo polsko-zagraniczne spotyka się "na mieście", taka banda dwadzieścia- parę osób. Wczoraj poszli na boisko grać w piłkę, nie było ich do 22. W czwartek Młody planuje spotkanie "u nas", zostaliśmy uprzedzeni, że mamy się "zagospodarować" i co najmniej do 22. nie wracać do domu. Zostaliśmy również poinformowani, że "pewnie będzie jakieś piwo i pizza". Mam nadzieję, że niezbyt dużo tego pierwszego. Następny dzień mają oficjalnie zajęty 8-18, muszą być na chodzie... Jak na razie- wierzę w rozsądek Młodego (rozsądek siedemnastolatka- czy coś takiego w ogóle istnieje???).  Zobaczymy :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „43/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 listopada 2017 09:57
  • poniedziałek, 30 października 2017
    • 42/2017

       

      Nie wytrzymałam i praktycznie od razu kupiłam "Slasha" Natalii Osińskiej, bo ciekawiło mnie, co będzie dalej... Nie czekając na promocję...

      Zwracam autorce honor, żadnych z sufitu wziętych tekstów o operacji zmiany płci, jedynie jakaś psychoterapia gdzieś w dalekim tle. Kolejność, jakby nie patrzeć, właściwa.

      Jest rok później, Tosiek i Leon są w klasach maturalnych, tym razem oglądamy wydarzenia z perspektywy Leona. Poznajemy też jego najgłębiej skrywaną tajemnicę... W trakcie czytania zachowanie Tośka wkurzało mnie maksymalnie, coś jakby miał ADHD i chorobę afektywną dwubiegunową jednocześnie. A potem mój Młodszy zrobił jakąś awanturę o nic i... uświadomiłam sobie, że... niestety, tak się zachowują siedemnastolatki... "Widzisz źdźbło w oku bliźniego swego, a nie widzisz belki w oku twoim..." tia... Ale- z zahukanej grzecznej panienki do takiego zachowania z ciągotami do piercingu, tatuaży i eksperymentów z nie do końca legalnymi substancjami- jakoś tak chyba dla mnie zbyt lawinowo. Poza tym- pokażcie mi osiemnastolatka, który z własnej i nieprzymuszonej woli uczęszcza na masaże... nawet darmowe... (to Leon...)

      Uważam zresztą, że cała książka jest jednym wielkim pretekstem. Do ostrzeżenia młodzieży przed dopalaczami, jak również do ukazania wydarzeń z jesieni zeszłego roku. Marsz Równości, a potem Czarny Protest...

      Poza tym mam wrażenie, że metamorfoza w Tośka przebiegła zbyt bezboleśnie, jakoś nie chce mi się wierzyć, że nauczyciele tak normalnie przechodzą nad tym do porządku, jakby to było najzupełniej zwyczajne zachowanie.

      Co mi się podobało? Lekcja WDŻ rulez... Naprawdę robili notatki z tabelek???!!! (to zgrzyt... zdarzyło mi się kiedyś (ze ćwierć wieku temu...) poprowadzić taką lekcję u zaprzyjaźnionego nauczyciela, i wierzcie mi- nikt nie notował, wszyscy słuchali i była cisza jak makiem... nawet dzwonek na przerwę ich nie ruszył... Ale- młodzież się zmienia, czasy też, wtedy były jeszcze przedinternetowe... )

      I nie zapominajmy, że Leon to facet, nawet jeśli deklaruje, że jest gejem, a Tosiek to mimo wszystko dziewczyna... I wszystko się może zdarzyć...

      Po tej lekturze bardzo dobitnie uświadomiłam sobie, że jednak nie powinnam czytać książek nie przeznaczonych dla mojego przedziału wiekowego. Aż dziwne, że ostatnich tomów Musierowicz tak nie punktowałam... cóż, zrobili to za mnie inni...

      A potem dla odreagowania problemów młodzieżowych przeczytałam "Zastrzyk śmierci" Małgorzaty Rogali. Z tym odreagowywaniem problemów nie do końca się wstrzeliłam, bo wydarzenie z czasów szkolnych rzutuje na teraźniejszość bohaterów. Całość lektury- moim zdaniem gorsza, niż poprzednie części cyklu... Naprawdę gorąco zrobiło się dopiero na ostatniej stronie... Droga Autorko, tak się nie robi!!! Kiedy następna część???!!!

      ========================================

      Gość przyjeżdża za niecałe dwa tygodnie w niedzielę. Brytyjczyk- pewnie będzie problem ze zrozumieniem, bo mój angielski nigdy nie był biegły... Chyba łatwiej jest zrozumieć cudzoziemca, dla którego angielski jest również językiem "nabytym", niż rodowitego. Na szczęście widziałam jego kartę zgłoszeniową- żadnych chorób przewlekłych, alergii. Ufff.... Z normalnym grymaszeniem sobie jakoś poradzę, mam nadzieję... Na szczęście szkoła zapewnia catering dla wszystkich uczestników wymiany, dla Polaków też. Nie muszę się przynajmniej troszczyć o obiady. Jakoś to będzie  :)  Natomiast Młodszy ma problem, bo kilka miesięcy temu dostał zaproszenie na "osiemnastkę" od koleżanki i niestety, termin się pokrywa... Ten sam problem mają jego koledzy z klasy, goszczący "erasmusowców". Gości na imprezę zabrać się nie da, wszyscy kombinują, jak i gdzie ich przechować, żeby się nie obrazili. Uważam, że to problem Młodego i jego kolegów, mogę ewentualnie zasponsorować jakąś pizzę dla gości. Zobaczymy, co z tego wyniknie...

      Edit: Wróć!!! Przez święto w środku tygodnia pomieszały mi się dni... Gość przyjeżdża już w TĄ niedzielę.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 października 2017 11:07
  • czwartek, 26 października 2017
    • 41/2017

       

      Dzisiaj będzie tylko o jednej książce... Natalia Osińska "Fanfik".

      Przyznam się, że Musierowicz to taka moja "guilty pleasure".  Podejrzewam, że części moich rówieśniczek- również. Przeczytałam wszystkie tomy Jeżycjady, nawet te odsądzane od czci i wiary. No muszę i już. Bez komentarza. Zachęcona recenzją na blogu Siekierki stwierdziłam, że przeczytam coś, co w tym temacie ma do powiedzenia nowe pokolenie. A jeszcze udało mi się kupić ebooka w Virtualo za 9,95.Grzechem by było się nie zapoznać, choć moja grupa wiekowa nie jest bezpośrednim adresatem książki...

      Przeczytałam wczoraj, całą. Czyta się lekko, mimo w sumie ciężkiego tematu. Osińska - to w sumie Musierowicz, tylko trzydzieści lat później. Inne czasy, inna perspektywa, inny język. Przyznam się, że momentami już dla mnie niezrozumiały, nie siedzę aż tak głęboko w świecie internetu. Problem tożsamości płciowej i orientacji seksualnej też na czasie i bardzo trudny, a jednocześnie doskonale ujęty. Zdecydowanie książka O młodzieży i DLA młodzieży. Nie będę się rozpisywać na temat treści, inni już zrobili to za mnie. Warta przeczytania.

      Ale z perspektywy mojej "piątki z przodu" parę rzeczy mi zazgrzytało. Może będę się czepiać, ale chyba mam prawo. Bo Młodszy jest DOKŁADNIE w wieku bohaterki (bohatera?). Druga klasa szkoły średniej...

      Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że siedemnastolatka nie ma w szafie ŻADNEJ pary spodni. Really???!!! Dżinsów??? Jeszcze raz powtórzę- SIEDEMNASTOLATKA ???!!! Spodni garniturowych w kant może nie mieć, ale nie ma nawet różowych dresów??? I od rana do wieczora siedzi w domu w rozkloszowanej sukience i pończochach? Nawet jeśli jest na "pigułkach szczęścia" to aż tak jej nie obchodzi, co ma w szafie? Nie oszukujmy się, kobiety- kiecka i pończochy nie są najwygodniejszym strojem domowym. Mało wiarygodne, nawet jeśli się nie chodzi na wf, to coś wygodniejszego się w domu ma...

      Po drugie- w momencie "transformacji" pożycza od Leona spodnie i bluzę. Niezbyt dopasowane, bo Leon jest wyższy i barczysty. I potem chodzi w tych pożyczonych ciuchach kilka tygodni non stop ???!!!! Pomijam kwestie higieniczno- zapachowe... Ale naprawdę nie wyobrażam sobie siedemnastolatka bez kieszonkowego bądź jakichkolwiek oszczędności. Chyba, że dziewczę było tak otumanione prochami, że nic jej nie obchodziło... Ciotka dostarczała jedzenie, ciuchy, kosmetyki, dbała o rozrywki... Nie miałam do czynienia z nastolatkiem na antydepresantach (i mam nadzieję nie mieć...), ale jakoś ciężko mi w to uwierzyć... 

      Kolejna sprawa z Roksanną... O głowę niższa dziewczyna, raczej mało wysportowana, atakuje wyższą w opisany sposób? Za dużo kryminałów chyba teraz czytam, ale wydaje mi się mało prawdopodobne.

      I brak mi w sumie reakcji kolegów z klasy na transformację bądź co bądź atrakcyjnej koleżanki...

      I jeszcze czytałam gdzieś jakieś spojlery dotyczące drugiej części. I nie wiem, czy operacja zmiany płci już się odbyła... Bo jeśli tak- to chyba autorka nie zrobiła researchu. Osoba niepełnoletnia, wymaga zgody rodziców, NAJPIERW jest leczenie hormonalne, może trwać nawet kilka lat. Sesje z psychoterapeutą, na które bohater (-ka) miała w pierwszej części awersję... A dopiero potem operacja, raczej chyba nie finansowana przez NFZ (oszczędności? rodzinne chyba nie pozwalają na taki zabieg od ręki...) I to wszystko przez rok? NIE CZYTAŁAM drugiej części i nie wiem, co tam jest, ale uczulam na realia, jakby co...

      W kwestiach formalnych: redakcja i korekta się nie popisała. Jakiejś koleżance wydaje się, że jest "siódmym cudem świata..." Chyba... ósmym???!!!  W ebooku trudniej się zaznacza i uciekło mi, gdzie to było, ale chyba gdzieś w okolicach imprezy urodzinowej Emilii...

      Poza tym kosmetyczki do konturowania twarzy używają chyba "bronzera", a nie "brązera" ??? Raził mnie bardzo, chyba, że już są wytyczne co do spolszczenia???

      Oryginalny ebook z Virtualo, czytany na telefonie, miał poza tym masę dodatkowych zbitek liter, nawet w środku słów. Podejrzewam, że to znaki wodne, ale w czytaniu to jednak trochę przeszkadza...

      Jak mi się uda zdobyć drugą część w równie atrakcyjnej cenie- kupię i przeczytam. Ale- ponieważ to nie do końca "moja bajka"- spokojnie mogę poczekać na promocję... A może ktoś chętny na zrzutkę na ebooka? Jest chyba w Publio. Z kimś na połowę byłoby poniżej dychy, a to już jest kwota, którą mogę poświęcić...

      Mimo wszystko- warto.

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „41/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 października 2017 10:05
  • niedziela, 22 października 2017
    • 40/2017

       

      Chyba przedawkowałam... Czytelniczo. Typ powieści, który na swój prywatny użytek nazwałam "polski męski kryminał miejski". Bo tak: Polski- napisane przez polskiego autora, akcja toczy się w Polsce. Męski- bo autor- mężczyzna, uczynił głównym bohaterem również mężczyznę- może być policjant, może być i dziennikarz śledczy. Kryminał- bez tłumaczenia, miejski- bo akcja osadzona jest w konkretnym mieście, które w sumie odgrywa niebagatelną rolę jako tło wydarzeń. I w sumie można się też czegoś ciekawego dowiedzieć o historii i topografii. Zapewne ta odmiana kryminału ma jakąś naukową nazwę, ale pomińmy...

      Uświadomiłam sobie, że czytam chyba... siódmą pod rząd... Może uwarunkowane jest to tym, że na telefonie, akcja nie może być zbyt zawiła, zbyt zagmatwana psychologicznie, żeby można się było łatwo oderwać, gdy przyjdzie jakiś pacjent. Przy kolejnej książce zaczęłam myśleć: "zaraz, zaraz, coś podobnego już było...", a potem przyszło uogólnienie.

      Co przeczytałam? Nikodem Pałasz i cykl o inspektorze Wiktorze Wolskim: "Brudna gra", "Sam na sam ze śmiercią" i "Zabójczy tie- break". W tle środowiska sportowe i Warszawa. Potem Robert Małecki i jego bohater- Marek Bener, dziennikarz śledczy. "Najgorsze dopiero nadejdzie" i "Porzuć swój strach". I Toruń jako miasto w tle. Trzeciej części jeszcze nie ma, ma być, czekam z niecierpliwością. I wreszcie Tomasz Konatkowski i jego cykl o komisarzu Adamie Nowaku, również umiejscowiony w Warszawie. Na razie przeczytałam "Przystanek śmierć" i jestem w połowie "Wilczej wyspy". I wszystko fajnie, tylko dwie ostatnie to książki, których akcja toczy się ponad dekadę temu, niektóre rzeczy po prostu uciekły, innych już nie ma... Np uświadomiłam sobie, że przy ulicy, gdzie były opisane ogródki działkowe- teraz w Warszawie stoją bloki i mieszka mój znajomy. Może warto sięgać po takie pozycje, żeby uświadomić sobie skalę zmian w stolicy?

      Ogólnie- wszystkie pozycje do przeczytania, nie powodują niesmaku. Jak komuś potrzeba niezobowiązującej, wciągającej, w miarę lekkiej lektury- zdecydowanie się nada. Natomiast ostrzegam- są "serio", elementów komediowych brak. Średnia ocena 7-8/10.

      W ten nurt "męskiego kryminału miejskiego"  wpisuje się jeszcze świetnie Wiktor Hagen (czyli Leszek Talko) i jego cykl z komisarzem Robertem Nemhauserem "Granatowa krew", "Długi weekend" i "Dzień zwycięstwa". I- przekornie- dołączyłabym jeszcze Gaję Grzegorzewską z jej panią detektyw Julią Dobrowolską i Krakowem w tle: "Żniwiarz", "Noc z czwartku na niedzielę", "Topielica" i "Grób". Nie wszystko dzieje się w Krakowie, ale w sumie bohaterka tam mieszka, więc się liczy ;)  Ale Hagena i Grzegorzewską czytałam już jakiś czas temu, polecam niezmiennie.

      W tzw. "międzyczasie" skończyłam jeszcze Thomasa Arnolda "Anestezję" i "Tetragon". Pierwsza jak na debiut jest świetna, ale czytana po "33 dniach prawdy" pozostawia niedosyt. Radziłabym zacząć jednak od tej słabszej. Natomiast "Tetragon" trzyma bardzo wysoki poziom, choć nie przyniósł mi takiego zaskoczenia, jak "33 dni..." Przed końcem zorientowałam się, kto stoi za opisywanymi wydarzeniami. Niemniej- mocne 8/10 i polecam.

      Jako przerywnik- Katarzyna Berenika Miszczuk i "Obsesja". Tia... tutaj formułka "wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób i miejsc jest przypadkowe..." ma zdecydowanie rację bytu. Bohaterka z opisu zewnętrznego przypomina autorkę, szpital wschodni skojarzył mi się z bródnowskim...   Łatwo wchodzi, łatwo ucieka. Lektura "do poczekalni u lekarza".

      Żeby nie było, że czytam same kryminały- Krystyna Bartłomiejczyk i "Zawierucha w wielkim mieście". Książka pozostawiła niedosyt, czasem zdumienie... Po utracie pracy i rozstaniu z narzeczonym bohaterka czeka pół roku- w sumie nie wiadomo dlaczego- potem wyjeżdża do siostry do Kanady... Po perypetiach obowiązkowy happy end, ale wszystko jakieś takie... mało prawdopodobne, wydumane, żeby nie powiedzieć "rozmemłane", bez ikry...Albo ja nie jestem adresatką takich historii...

      I na koniec kompletna porażka, może też nie do mnie to było adresowane. Debiut nastoletniej autorki, bodajże jakiś self-publishing, czego się spodziewać? Paula Bartkowicz "Bądź czujna". Dla mnie to był zaledwie konspekt  większej całości, z dużym potencjałem, który przez wydanie czegoś tak niedopracowanego- został zaprzepaszczony. Kończy się "ni w pięć, ni w dziewięć". Kto autorkę gonił? Myślę, że jakiś rok opóźnienia w wydaniu dla rozwinięcia i pogłębienia fabuły byłby z korzyścią dla wszystkich.

       

       Chyba pociągnę dalej cykl Konatkowskiego. A jak mi się znudzi- to już się cieszę na Anetę Jadowską. Najpierw dla przypomnienia "Szamański blues", a potem "Szamańskie tango". Mmmmmmmmmm....

      :)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „40/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 października 2017 14:26
  • środa, 18 października 2017
    • 39/2017

       

      PAMIĘTAM, że PODPISYWAŁAM. Ba, nawet pamiętam, KIEDY podpisywałam...

      Pewnej wrześniowej, deszczowej nocy, tuż po powrocie z lotniska. Mogła być jakaś 1.-2. w nocy. Umysł krążył jeszcze po plaży w Morro Jable, a ciało było brutalnie zmuszone do konfrontacji z trzykrotnie niższą, niż tam, temperaturą i lodowatymi strumieniami deszczu... I wtedy Młodszy podetknął kartkę do podpisania, bo to było "na przedwczoraj"...

      Ale co innego mieć świadomość, że się podpisało, a co innego zostać brutalnie skonfrontowanym z bezpośrednimi konsekwencjami tego podpisu.

      Zgoda na międzynarodową wymianę międzyszkolną. Za jakieś trzy tygodnie będziemy mieć gościa. Na tydzień. Nikt nie wie, skąd dokładnie (wiadomo, że Europa), w jakim wieku, nawet nie wiadomo, czy da się dogadać po angielsku, czy chłopak, czy dziewczyna...

      Wyobraźnia podsuwa najczarniejsze scenariusze. Typu wegetarianin-bezglutenowiec, uczulony na laktozę... Odpadają płatki na mleku, kanapki, jogurty, pizza z sieciówki... Co takiemu delikwentowi dać do jedzenia???!!!  Może jednak nie będzie aż tak źle?

      Najgorsze jest to, że pracuję do 17. albo do 20., o urlopie nie ma mowy, będę się musiała nagimnastykować, żeby jedzenie dało się odgrzać bez kuchennej ekwilibrystyki... Oczywiście- nie wszystko wchodzi w grę... "Mama tylko raczej nie gotuj dań jednogarnkowych". Tia... Zupa typu krupnik czy jarzynowa nie każdemu "wejdzie", gar makaronu z sosem bolońskim byłby najprostszym rozwiązaniem. Nie jesteśmy fanami bigosu, zresztą żadnego cudzoziemca nie chciałabym zmuszać do zjedzenia tej potrawy. Młody stwierdził, że uniwersalny jest pieczony kurczak... Jak wrócę o 17, to obiad będzie w najlepszym razie na 19. Późno trochę...

      Do tego mam umówione w TYM tygodniu dwie popołudniowe wizyty lekarskie, na które czekałam po dwa miesiące. Przełożyć nie ma jak...

      Kumulacja... Szkoda, że w życiu, a nie w totka... Jak zwykle...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „39/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 18 października 2017 09:51
  • sobota, 30 września 2017
  • wtorek, 26 września 2017
  • piątek, 22 września 2017
    • 35/2017

       

      Urlop, urlop... i po urlopie...

      Wróciliśmy tydzień temu... Szok termiczny, temperatura jakieś 3x niższa niż ta, do której byliśmy przyzwyczajeni, leje deszcz... Ślubny już załapał jesienną infekcję, ja bronię się jak mogę, ale kiepsko to widzę...

      Fuerta. Moja miłość od pierwszego wejrzenia, mam nadzieję, że dane mi będzie jeszcze tam wracać. Tak właściwie panują tam dwa główne typy pogody. Pierwszy- wieje, że łeb urywa, jakieś 30 km/h. Na plaży daje się leżeć tylko na materacyku, na mokrym piasku po odpływie. A i tak po 10 minutach człowiek jest przysypany grubą warstwą piasku, a pył jak mąka włazi prawie wszędzie. Na górze świeci lampa, ale się tego kompletnie nie czuje. Bez filtra 50 w zasadzie nie ma co wychodzić, a wszystkie "niedoróbki" w smarowaniu bardzo boleśnie odczuwa się już wieczorem. Wszechobecny piasek mnie wkurza i w taką pogodę raczej wybieram leżak przy hotelowym basenie. Drugi typ pogody- na plaży wiaterek jakieś 10 km/h, przyjemnie chłodzi. Lampa taka, że bez parasola w ogóle nie da się wytrzymać, filtry obowiązkowe. Poza plażą powietrze stoi, upał, czasem coś powieje. Ciuchy kleją się do ciała natychmiast po założeniu. Chociaż jeśli chodzi o nadpotliwość- to jestem niemiarodajna, bo "klimakterium w pakiecie"... hm...  I przy takiej pogodzie, z wszelkich zakamarków wylatują głodne komary. Noce bez czegoś anty- są po prostu koszmarnie krwawe. A wszelkie anomalie pogodowe- typu pochmurne popołudnie z prawie deszczem należy traktować jako ewenement. W czasie sześciu letnich pobytów naprawdę pochmurne popołudnia były chyba 2. I jeden średnio zachmurzony dzień po tegorocznym przyjeździe. My wiedzieliśmy, że takie chmury to też żadna ochrona, ale część rodaków to zlekceważyła i potem wieczorem był ból. No bo jak to- słońca nie było, a skóra pali żywym ogniem... W czasie tegorocznego pobytu na szczęście dominował ten pierwszy, wietrzny typ pogody, chociaż we wrześniu jest dużo rzadszy, niż drugi. Jednak dużo lepiej się wtedy funkcjonuje, łatwiej oddychać i zupełnie nie czuć upału.

      Co do rodaków w hotelu- z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej mi wstyd... W czasie naszego dwutygodniowego pobytu na tydzień przyjechała duża grupa, z różnych miast... I naprawdę było widać więcej śmieci na plaży, jakieś pety, rankami trafiały się puszki po piwie i plastikowe butelki z niestety- polskimi- etykietami. Woda do picia- mimo zakazów- nabierana właśnie w takie butelki. I po hałasie można się było zorientować, w którym miejscu hotelu należy szukać Polaków. Rozważam zmianę hotelu na droższy, tylko tej fantastycznej miejscówki mi szkoda... A jak rodacy wyjechali- to i na plaży było czyściej... naprawdę przykre...

      Podróż też mieliśmy z przygodami. W tamtą stronę, jeszcze noc, blady świt, zajeżdżamy na parking- a tu zonk! Nie ma nas na liście, okazuje się, że na wydruku rezerwacji parkingu też nie ma... Zawsze parking zamawiam w pakiecie, bez dyskusji, co się mam martwić. I potem już nawet nie sprawdzam. Być może w czasie podwyższania ubezpieczenia przy rezerwacji z podstawowego na lepsze- parking "uciekł" i tego nie zauważyłam. Na szczęście były miejsca, mogliśmy dopłacić i zostawić samochód, inaczej byłoby nieciekawie...

      W drodze powrotnej zawsze dowozili nas w ostatniej chwili na odprawę. Tym razem się pośpieszyli o pół godziny. No dobra, będzie czas coś zjeść po kontroli... Samolot  z Warszawy opóźniony, nikt nie wie o ile, na tablicy odlotów czerwone DELAYED. No dobra... Przyleciał po godzinie, ekspresowe tankowanie, boarding ogłoszony przez głośnik (Hiszpanie mówiący po angielsku... tia...), na tablicach dalej czerwone DELAYED. W samolocie okazało się, że czekamy na czwórkę pasażerów, którzy pewnie nie usłyszeli komunikatu i ponieważ tablica nie była uaktualniona- nie spieszyło im się... Po 20 minutach kapitan podjął decyzję, że lecimy bez nich... Ba- ale bagaż też trzeba "wysadzić" z luku, bo sam lecieć nie może. Czekamy... W międzyczasie "zguby" się znalazły, ale czekaliśmy kolejne 20 minut na start. A dokładnie za nami siedzieli rodzice z przesłodką dwulatką, która w czasie prawie godzinnego oczekiwania w samolocie darła się, jakby ją obdzierali ze skóry. Patrzyłam na zegarek- prawie godzina... Dorosły po 10 minutach by zachrypł. Ja wszystko rozumiem, bo jak taki maluch "przegapi" godzinę spania w dzień, to wtedy NIC mu nie pasuje... Ale... po pierwszym locie (też w towarzystwie dzieci) w kosmetyczce "samolotowej" zawsze mam stopery do uszu. Przydały się ;) W końcu wystartowaliśmy, samolot nadrobił dobre 40 minut na trasie. Natomiast już w okolicy Łodzi wlecieliśmy w chmury i to też przyjemne nie było, bo rzucało bardzo... Noc, deszcz... W zasadzie raczej nie boję się latać, ale chyba nie było w samolocie takiego, co by lekkiego pietra nie miał... I ziąb i ulewa na lotnisku... Może nie trzeba było wracać?

      Na leżaczku przy basenie udało mi się sporo przeczytać. Po pierwsze- Madalena Kozak i cykl "Wampiry w ABW"- "Nocarz", "Renegat", "Nikt" i "Młody". Fajne, czytało się bardzo dobrze, mam wrażenie, że klimatem trochę podobne do Jadowskiej. Ale tylko troszeczkę. Potem poszłam za ciosem i poszły jeszcze "Łzy diabła" i "Fiolet". Pierwsza pozycja- wręcz rewelacyjna,zupełnie inna od "wampirów". Trochę trzeba uważać na początku, żeby się połapać kto jest kim, ale potem już leeeeci....  W pewnym momencie fabuła robi taką woltę, że szczęka mi opadła... Klimaty zdecydowanie wojenne, mam wrażenie, że autorka na swój sposób "przepracowywała" traumę służby w Afganistanie. Zdecydowanie warto. "Fiolet" po "Łzach" już nie robi takiego wrażenia, tym bardziej, że powstał wcześniej. Fabularnie podobał mi się chyba najmniej. Trochę fantastyka, trochę sensacja... Natomiast w tej książce autorka opisuje skoki spadochronowe- w sposób naprawdę porywający. Dla tych opisów- warto. Jeszcze jak ktoś ma ochotę na pastisz baśni o rycerzach, smokach i królewnach- to polecam "Paskudę" tej samej autorki. Ale to czytałam już wcześniej.

      Z panią Kozak minęła mi ponad połowa urlopu, potem też chciałam coś typowo "wakacyjnego". Padło na Alka Rogozińskiego i 4 książki "Ukochany z piekła rodem", "Morderstwo na Korfu", "Jak cię zabić, kochanie" i "Do trzech razy śmierć". Lekkie, łatwe, dosyć dowcipnie napisane. Czytałam gdzieś porównanie stylu pisania autora do Joanny Chmielewskiej. Tej ostatniej jak do tej pory nie przeczytałam nic, coś gdzieś kiedyś zaczęłam, ale mi się nie podobało. Może warto? Dość powiedzieć, że pan Rogoziński spełnił moje wyobrażenia o lekturze czysto rozrywkowej, co to za trzy miesiące się nie pamięta, o czym to było. Na urlop jak znalazł.

      A potem wzięłam się za Sarah Hilary. A że staram się czytać po kolei- to najpierw "W obcej skórze" a potem "Nie ma innej ciemności". Pierwsza- może przez porażający kontrast do poprzedniej lektury- podobała mi się mniej, niż druga. Może dlatego, że potem bardziej "weszłam w klimat". Deszczowy i zdecydowanie ponury Londyn to zdecydowanie nie jest kierunek wakacyjny. A może jednak jest? Bo czytanie tych powieści przy siąpiącym za oknem deszczu może naprawdę wpędzić w depresję. Nie są to kryminały w czystym tego słowa znaczeniu, raczej thrillery psychologiczne, ujawniające najciemniejsze strony ludzkiej natury. Cięższy kaliber, ale warto. "Smak strachu" też już odpalony na czytniku, ale nie mam teraz za bardzo czasu, żeby czytać. Jakieś ogarnianie pourlopowe, pranie, prasowanie...

      Poza tym mam nowego "złodzieja czasu". Oglądam serial "Lucyfer". Księciu piekieł znudziło się zarządzanie tym przybytkiem i postanowił zstąpić na ziemię, na której bardzo mu się podoba. Drugą bohaterką jest pani detektyw. I wspólnie (!) rozwiązują sobie różne sprawy. Oczywiście zarządzający zaświatami chcą, żeby Lucyfer wrócił tam, gdzie jego miejsce. W warstwie kryminalno- fabularnej- takie sobie, ale dialogi- pierwsza klasa, naprawdę. Parę bardzo ciekawych postaci drugoplanowych, rewelacyjna jest córeczka pani detektyw ;)  Poza tym główny bohater, kreowany przez Toma Ellisa ma takie COŚ w spojrzeniu.... (prawdopodobnie lekkiego zeza ;P) Ciacho po prostu, z łóżka na pewno bym takiego nie wyrzuciła ;D Aktor do roli dobrany po prostu REWELACYJNIE! Serial typowo rozrywkowy, głębszych treści nie niesie, ale polecam przynajmniej 2-3 pierwsze odcinki dla wyrobienia własnego osądu.

      Uffff... To się rozpisałam...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „35/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 22 września 2017 11:43
  • niedziela, 27 sierpnia 2017
    • 34/2017

       

      Jakiś czas temu przeglądałam sobie portal branżowy i trafiłam na dział "po godzinach" czy "hobby" - jak zwał, tak zwał. A tam- wywiad z farmaceutą i jednocześnie autorem kryminałów. No jak to- i ja o nim nie słyszałam???!!! A on napisał już cztery książki???!!! Czas nadrobić zaległości... Na "Lubimy czytać" oceny 8/10, swoich trzeba popierać. A ponieważ lubię "autorów nieoczywistych" - zakupiłam wszystkie. Do tej pory przeczytałam jedną, jestem w połowie drugiej, debiutanckiej. O kim mowa? O Thomasie Arnoldzie (pseudonim) i jego "33 dniach prawdy" i "Anestezji". I muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrze i wartko napisanej powieści. Konstrukcja fabuły "33 dni.." przypomina wielki lizak, zrobiony z kolorowej masy cukrowej, skręconej wokół osi i ułożonej w spiralkę. Kolory z warstw stykają się, przenikają, zmierzając nieuchronnie do centrum wiru, w którym spoczywa... wielki, krwisty kawał mięcha. Bo to, co autor serwuje na ostatnich stronach na finał- to bez mała potrójne salto mortale. Z pozoru oderwane od siebie zdarzenia Autor splata w taką treść, że szczęka opada... Jedyne co mi przeszkadzało, to umiejscowienie akcji w USA- ale to cecha wszystkich jego powieści. Oprócz tego odrobinkę kulejąca warstwa językowa, może trochę zbyt infantylna. Ale te 8/10 jest w pełni zasłużone i zdecydowanie polecam miłośnikom takich klimatów.

      Jeszcze z rzeczy nie do końca oczywistych- Emil Strzeszewski "Ród". Debiut, da się przeczytać. Trochę urban fantasy, trochę horror, trochę... psychoanaliza? Ciężko mi określić, co to było, moja ogólna ocena 5/10

      Trafiło mi się jeszcze parę "zabijaczy czasu", w pracy na telefonie, między pacjentami. Ale w sumie nic szczególnego. Najlepsze chyba "Konklawe" Roberta Harrisa, znowu z zaskakującą woltą w finale. Poza tym "Przed katastrofą" Noaha Howleya - zdecydowanie inspirowane pewnym nie tak dawnym tragicznym wypadkiem lotniczym (nie, na szczęście nie tym naszym). "Po moim trupie" Magdaleny Owczarek i "Domniemanie winy" Marcii Clark- do przeczytania, łatwo wchodzi i jeszcze łatwiej umyka z pamięci.

      I wzięłam się za dwie pozycje "taneczne". I o ile "Uwerturę" Adrianny Rozbickiej da się przeczytać, widać, że pisał to ktoś mający elementarne pojęcie o tańcu, o tyle "W rytmie passady" Anny Dąbrowskiej w miarę czytania coraz bardziej przypominała mi infantylnego harleqina pisanego przez nastolatkę. Na teksty w stylu "on dotknął jej, jego dotyk parzył , a ona poczuła dreszcz"- i tak przez całą książkę-  jestem albo za stara, albo za dużo lepszych rzeczy przeczytałam. Mam wrażenie, że na zakończenie autorce po prostu zabrakło pomysłu i zrobiła z tego grafomańską wersję Romea i Julii. Tak się zastanawiam- skoro takie rzeczy się wydaje, to chyba jest na nie popyt... Straszne... Ale widząc wczoraj wirtualną kolejkę w bibliotece do "dzieł" p. K.M., dużo dłuższą niż do- w sumie też populistycznych-  Puzyńskiej czy Mroza - przestaję się dziwić... Strata czasu, chyba, że ktoś lubuje się w wynurzeniach nastolatek, skrzywdzonych przez los.

      Z lepszej półki- jeszcze zbiór reportaży "Plaża za szafą" Marcina Kąckiego. Drukowane w "Wyborczej", niektóre kojarzyłam w trakcie lektury. To zdecydowanie warto. Tytułowy- powala.

      I jeszcze Elizabeth Herrmann- "Opiekunka do dzieci". Niemieckie demony przeszłości, Również warto, dla samej nie do końca znanej wszystkim karty z historii II wojny światowej.

      Tak się zastanawiam, że chyba powinnam zacząć uważniej dobierać lektury. Nic to, w połowie tygodnia w końcu urlop- dwa tygodnie tam, gdzie lubię i tak, jak lubię. Leżak, parasol, słońce, plaża i czytnik. Czeka Puzyńska, czeka Mróz i jeszcze parę innych rzeczy zostawionych "na deser" :) A młodzież zostaje sama w domu. Młodszy już zapowiedział, że zaprosi parę osób na "imprezkę". W sumie zawarliśmy umowę- że on nie robi nam problemów, a my jemu. Jak na razie się sprawdza...

      Do... napisania. Za jakiś czas. :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „34/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 sierpnia 2017 12:43
  • sobota, 26 sierpnia 2017
    • 33/2017

       

      Bardzo smutna wiadomość o śmierci Grzegorza Miecugowa...

      Ceniłam Go za zrównoważony osąd, brak "oszołomstwa", wielką kulturę dziennikarską...

      Bardzo wielka strata... Żal...

      [']

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „33/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 26 sierpnia 2017 19:39
    • 32/2017

       

      Trwa sezon na cukinie. Przynajmniej dwa razy w tygodniu jestem obdarowywana warzywami monstrualnych rozmiarów. "Bo to, pani Cytrynko, z własnej działki, proszę wziąć na zdrowie". I jak wtedy nie przyjąć? Staram się użytkować na bieżąco, placki, faszerowana, panierowana w jaku i bułce i smażona- ale ile można? Z uwagi na nadchodzący wyjazd zaczęłam odmawiać, ale trzeba zutylizować to, co zostało.

      - Może leczo? - to Ślubny

      - Zostały dwie średnie, jak się wyrzuci pestki ze środka, to akurat będzie na taki nieduży garnek. Kup resztę składników...

      I kupił... Po... kilogramie: papryki, cebuli, kiełbasy, pomidorów... Do tego jakieś pieczarki zalegające w lodówce... Tia... Wyszło tzw. "leczo kilowe". Krojone do największego gara, jaki mam, ledwo się zmieściło. I teraz mam rozwiązany problem obiadów co najmniej do wyjazdu- czyli do połowy przyszłego tygodnia... Ale na szczęście nie kroiłam sama, bo chyba bym się zapłakała...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „32/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 26 sierpnia 2017 16:57
  • niedziela, 13 sierpnia 2017
    • 31/2017

       

      O, tempora! O, mores! Chciałoby się zakrzyknąć...

      Z jakiegoś konkretnego powodu potrzebowałam kupić książkową wersję Hemingwaya  "Stary człowiek i morze". Najlepiej nową, nieużywaną. Ebook nie wchodził w grę. No i się rozczarowałam boleśnie. No bo przecież to klasyka, powinno jej być na pęczki w księgarniach. Nic bardziej mylnego. Bo owszem, wszędzie pełno streszczeń z opracowaniem, łącznie z pytaniami na klasówki. Za niecałe 3 złote. A źródłowego tekstu, najlepiej bez żadnych interpretacji- nie uświadczysz nigdzie, poza sfatygowanymi egzemplarzami na portalu aukcyjnym... Chyba, że się mylę - i w tych brykach jest również oryginalny tekst. Ale wolę nie testować i nie kupować w ciemno.

      Czyżby wydawcy stwierdzili, że wersja pierwotna jest za trudna i ewentualnemu odbiorcy należy podać wyłącznie już przeżutą i przetrawioną papkę w postaci streszczenia? Fakt faktem- pamiętam, że w szkole średniej przebrnęłam przez to z wielkim trudem. Ale może do tej książki trzeba dorosnąć? Może po trzydziestu paru latach czytałoby mi się to inaczej? Na razie pewnie się nie przekonam... Muszę jeszcze pogrzebać w poszukiwaniu ebooka, ale to już wyłącznie dla siebie... Do czego zmierza ten świat, skoro zamiast lektur młodzież czyta streszczenia? A widok sporego regału w salonie, wypchanego książkami od podłogi do sufitu wywołuje w przychodzących do nas nastolatkach opad szczęki, bo w domach tego nie mają? Smutne...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „31/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 sierpnia 2017 19:22
  • wtorek, 01 sierpnia 2017
    • 30/2017

       

      Moje starsze dziecko chyba dorasta. Nie powiem, czas ku temu najwyższy...

      Wczoraj. Pakuje się na Woodstock. Decyzja podjęta w niedzielę w nocy, chyba po jakimś umawianiu się przez net. Jedzie po raz kolejny, obaw nie mam... Nowy namiot kupiony, stary po dwóch Woodstockach dokonał żywota- prawdopodobnie w ferworze pakowania pozamieniał z kimś tyczki, bo nie da się go normalnie rozłożyć...

      - I jeszcze mamo daj mi jakiś spirytus salicylowy, plaster, coś przeciwbólowego, repelent i coś po ukąszeniach... Najlepiej zapakowane w torebki strunowe (!!!). I jakąś większą jakby była, na rzeczy toaletowe, żeby mi się w plecaku nie rozlały...

      !!! Co się stało ???  Do tej pory wciskałam mu takie rzeczy na siłę. A i tak potem znajdowałam niezabrane, porzucone gdzieś w kącie pokoju.

      Chciał jechać z dużą torbą. Do tego namiot i karimata osobno. W piwnicy stał plecak z moich czasów studenckich. Jednokomorowe Podhale z zewnętrznym aluminiowym stelażem. W sumie nawet nie bardzo zniszczony, tylko dwa suwaki w bocznych kieszeniach popsute... Teraz już takich nie robią... Olbrzym...

      - Ale co ci szkodzi przymierzyć?

      Plecak został przyniesiony, przy wtórze niechętnych pomruków... Bo po co... Namiot wrzucony do środka zajął mniej, niż 1/3 komory. Więcej dyskusji nie było... I śpiwór się zmieścił do środka, i ciuchy, i nawet mała poduszka... luz... A plecak vintage zyskał drugie życie :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „30/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 sierpnia 2017 11:11
  • piątek, 21 lipca 2017
  • wtorek, 18 lipca 2017
    • 28/2017

       

      Właśnie trwają dwa tygodnie wyjęte z życiorysu. Szefowa poszła na zasłużony urlop. A ja jako zastępująca- pracuję od bardzo wczesnego ranka do późnego wieczora, z trzy- czterogodzinną przerwą dokładnie pośrodku dnia. Dokładnie tyle, żeby ogarnąć chałupę, coś ugotować, zjeść... i już trzeba z powrotem... I jak już wieczorem wrócę do domu, to nie mam siły na nic. Niby pacjentów mało, bo wakacje, urlopy, ale wieczorem ogarnia mnie takie znużenie, że padam w locie na poduszkę. Po prostu- odzwyczaiłam się od pobudek skoro (bardzo wczesny) świt. O wieczornym czytaniu nie ma mowy, oczy mi się same zamykają, gubię wątki... I tak ciurkiem, przez dwa tygodnie, tylko niedziele "lżejsze", bo sobie mogę pospać... tak gdzieś do 8.30. Rozpusta normalnie. Dobrze, że szefowa chociaż dyżury zamieniła, bo wtedy to w zasadzie chyba przeprowadziłabym się na dwa tygodnie do apteki... Do tego trwa ocieplanie budynku, w którym mieści się moje miejsce pracy. Ani otworzyć okien, ani drzwi na oścież, bo wszędzie fruwają kulki ze styropianu. A za chwilę będzie jazda, bo prawdopodobnie fachmani zdemontują klimatyzator. Może jednak te upały nie przyjdą? Na razie maksymalnie schładzam aptekę, na ile daje się wytrzymać i do tego nie rozchorować się. Ale na ile to wystarczy? Przepisy są jednoznaczne- temperatura przechowywania leków musi wynosić do 25' C. Wolę nie myśleć, co będzie, jak przekroczy...

      Byle do sierpnia... Żebym już nie musiała się o to martwić i użerać z "fachowcami"...

      "Smoczych koncerzy" jeszcze nie skończyłam, wstyd mi, ale zasypiam po dwóch stronach... Poczekam na lepszy czas, bo takie czytanie "z doskoku" jednak zaburza ogólną ocenę... Popołudniami w pracy w oczekiwaniu na pacjentów- na telefonie "Blackout" Marca Elsberga. Przepołowiłam i powiem szczerze, że sytuacje tam opisane mnie przerażają. Bo nie uświadamiamy sobie do końca, jakie mogą być konsekwencje czegoś takiego. Namawiam Ślubnego, żeby przeczytał, w końcu zasilanie awaryjne to jego główna działka... Włos się jeży na głowie, niech to jednak pozostanie tylko fikcją literacką. Niestety- prawdopodobną...

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 lipca 2017 14:58
  • sobota, 08 lipca 2017
    • 27/2017

       

      Tak normalnie- nie pijam mleka. O istnieniu takiego napoju przypominam sobie raz na dwa tygodnie, przy wolnej sobocie, kiedy od wielkiego dzwonu chce mi się kawy (bo tak normalnie to herbaciara jestem). Planując dzisiejsze poranne wyjście po zieleninę pamiętałam- jeszcze pieczywo, gazeta, coś słodkiego do kawy i mleko... Oczywiście- ZAPOMNIAŁAM ! Wszystko inne kupiłam, mleka- nie...

      I nie, nie mogę posłać faceta, bo do jutra żadnego nie ma. Mam wybór- nie pić kawy (po co kupiłam ten kawałek ciasta tylko dla siebie?) albo ubrać się, i iść do najbliższego sklepu (niby 5 minut, ale znów wycieczka z i na czwarte piętro...)

      Czy wygra chęć na kawę, czy moje lenistwo? Entliczek- pentliczek...

      (I-zapewne- jak już wrócę z tym mlekiem- odechce mi się kawy...)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „27/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 08 lipca 2017 10:09
  • piątek, 07 lipca 2017
    • 26/2017

       

      Czytam w tej chwili coś, co uważam, że powinno być lekturą obowiązkową wszystkich przywódców państw. ZANIM wcisną te guziki... Kończę w tej chwili pierwszy tom. Świat po katastrofie nuklearnej. Nie ma wygranych i przegranych... Komu uda się zachować resztki człowieczeństwa?

      Wstrząsająca książka...

      Robert McCammon "Łabędzi śpiew"

      Jak na razie- mój nr 1 w tym roku. Opóźniona jestem, bo wydane było daaaawno.... Zdecydowanie nie jest lekkie, łatwe i przyjemne... Ciary chodzą...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 07 lipca 2017 20:29
  • czwartek, 06 lipca 2017
    • 25/2017

       

      Tak jeszcze odnośnie poprzedniego wpisu, tego o "greckiej organizacji".

      Będąc po raz pierwszy na Kanarach - usłyszałam zdanie: "My mamy zegarki, oni mają czas". Zdanie tyczy się praktycznie całej południowej Europy, Afryki...

      I może dlatego tak wspaniale się tam wypoczywa. Pod warunkiem, że przestawimy się na ich mentalność. I nie przeszkadza nam rozkład jazdy autobusów, który tak naprawdę jest... brakiem rozkładu, bo jeżdżą, jak chcą.  W końcu jesteśmy na wakacjach i... mamy czas :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 lipca 2017 09:39
  • wtorek, 04 lipca 2017
    • 24/2017

       

      O byłym urlopie, czyli grecka (dez)organizacja, czyli o wycieczce na Santorini słów jeszcze kilka.

      Na wstępie- wycieczka fakultatywna z biura podróży, za wygodni jesteśmy na samodzielne wyprawy w tym stylu.

      Być na Krecie i nie popłynąć na Santorini- trochę żal. Tym bardziej, że jest jeszcze tyle innych miejsc do zobaczenia, nie wiadomo, czy tu wrócimy...

      - Popłyńmy...

      - Boję się. Sam widziałeś, co się ze mną działo w trakcie transferu z lotniska. (Tia... 1,5h po wulkanicznych serpentynach, w kilkunastoosobowym dusznym busiku z kolanami pod brodą, miałam wrażenie, że w samolocie jest więcej miejsca... Klima nie wyrabiała, moja choroba lokomocyjna prawie się "sfinalizowała", uratowało mnie wachlowanie plażowym kapeluszem Ślubnego...)

      - Ale popłyńmy... To już nie 5h, tylko 2,5... w jedną stronę. Do portu w Rethymnonie kwadrans wytrzymasz... Weźmiesz polar, wiatrówkę, potem najwyżej będziesz stać na pokładzie zewnętrznym...

      - No weź, 2,5 godziny na zewnątrz, przewieje mnie na wylot... (Przeprawy promowe z Fuerty na Lanzarote faktycznie spędzałam na zewnątrz, ale tam 40 minut dało się wytrzymać... ale tu?)

      - Ale popłyńmy...

      Złamałam się. W dniu wyjazdu wczesne śniadanie, jakieś nędzne kanapki.... dobrze, że tyle było... Transport do portu bezproblemowy... I dziki tłum w porcie, kolejka na prom. Totalnie przekręcone nazwisko na biletach, wzięliśmy te, które zostały, może faktycznie miały być nasze, pierwsza litera nazwiska się zgadzała ;). Otworzyli bramkę na prom, tłum ruszył... Ktoś oderwał jakieś kupony z biletów i... kazali przechodzić pasażerom slalomem, pokładem samochodowym, między parkującymi autami. No fajnie się zaczyna... Załapaliśmy miejscówkę na górnym pokładzie, dało się jeszcze wybrać, więc zażyczyłam sobie pod wylotem klimy. Podróż, której najbardziej się bałam- minęła bezproblemowo. Tylko czytać nie mogłam, ale to moja choroba lokomocyjna dopuszcza tylko w samolocie i momentami w pociągu. Ale torebek- rzygałek na promie nie namierzyłam, przezornie miałam coś ze sobą, na szczęście nie było potrzebne. Promy kursujące na Lanzarote mają takie w standardowym wyposażeniu przy wejściu...

      Prom jeszcze sobie płynie z pełną prędkością, niby widać wejście do portu, ale załoga już zgania ludzi z miejsc, każe kierować się do wyjścia... No gdzie, w biegu będziemy wysiadać? Okazało się, że prawie... Manewry w porcie już z ludźmi, stojącymi między autami na pokładzie samochodowym, wypełnionym prawie na full. Za bezpieczne to mi się nie wydało, ale ponoć tak jest... Bardziej to przypominało szybki desant...

       Santorini jak Santorini, miejsce przepiękne, stosunkowo drogie... Zdjęć w necie jest pełno... Pogoda potraktowała nas łaskawie, bo słońce troszeczkę się chowało i nie prażyło tak bardzo... Ale nie wyobrażam sobie, że przyjeżdżam tam na urlop na tydzień, płacę za kwaterę jak za zboże, a tłumy turystów chodzą mi "po głowie" i zaglądają na taras albo do basenu wielkości dużego łóżka... Ciasno... Rezydent ostrzegał nas, żebyśmy pilnowali portfeli, ale kogoś z naszej wycieczki ponoć okradli...

      W drodze powrotnej autokarem okazało się, że prom jest opóźniony, że gdzieś stoi w kolejce do wejścia do portu, że jeszcze gdzieś pojedziemy. Winnica. Owszem, fajnie, ale za mało czasu na napicie się kawy... Trochę szkoda. Przyjechaliśmy do portu, promu nie ma... Po jakichś tajemniczych telefonach pilotka mówi, że za jakieś 40 minut... Zadekowaliśmy się w barze, wzięliśmy piwo, od razu zapłaciliśmy... Piwo lodowate, smakuje wybornie, duszkiem wypić się nie da... Po jakichś 10 minutach dobija do stolika obok grupka trzydziestolatków z naszej wycieczki i zamawia piwo, wino, coś do jedzenia... Po czym jeszcze przed otrzymaniem przez nich zamówienia widzimy, że pilotka biegnie do nich (i do nas), że mamy płacić i biegiem na prom, bo documował tak, że go nie było widać... Piwo dopijane w biegu zmraża zęby, towarzystwo obok bierze na wynos co się da i biegniemy... Jakieś 20 minut wcześniej w stosunku do tego, co było powiedziane. Wchodzimy na prom, oczywiście- a jakby inaczej- pokładem samochodowym, teraz już luźnym- jako jedni z ostatnich pasażerów. Nie zdążamy jeszcze wyjść na górę, a prom już zaczyna manewrować i odbijać od nabrzeża. Czy tam się wszystko robi biegiem? Na szczęście miejscówka pod wylotem klimy wolna... Wyjście z promu w Rethymnonie - w biegu, prom jeszcze nie zaczął hamować, a nam już kazali schodzić na pokład samochodowy... Tłum ludzi stojący na pokładzie, wszyscy skierowani w jedną stronę, twarzami do wyjścia, rufa podniesiona pod kątem 45', prom obracający się wokół własnej osi, widać, że jesteśmy w porcie... Zmierzch... Scena jak z "Bliskich spotkań 3. stopnia" albo podobna, wszyscy "podążający w stronę światła"...  Niesamowity widok, niesamowite wrażenie przez dziwną "filmowość" tej sceny...

      A potem dobicie do nabrzeża i błyskawiczny desant... Nie wiem, czy ten prom stał tam 5 minut...

      I dojazd do hotelu... I koniec pięknej wycieczki... I nie zdjęcia są ważne, ale to, co zostało w sercu... Jak u Pratchettowskiego Dwukwiata...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „24/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 lipca 2017 11:34
  • środa, 28 czerwca 2017
    • 23/2017

       

      "Dziewczyna z pociągu"- jednak zdecydowane NIE. Nie podobało mi się i już, nie mój typ, nie moja narracja. Może z raz poczułam zainteresowanie fabułą... Nadal nie rozumiem światowych zachwytów, filmu nie widziałam, nie zamierzam...

      Tak się nieszczęśliwie składa, że w związku z sezonem urlopowym chadzam do pracy w różnych dziwnych godzinach. I najwięcej czasu na czytanie mam... hm... w pracy właśnie. W domu "łapię" tylko parę stron przed snem, dopóki nie orientuję się, że zgubiłam wątek, bo przysnęłam. Na więcej nie mam czasu. W związku z tym "Smocze koncerze" nie idą mi w takim tempie, jak bym chciała. Za to na telefonie zaczęłam cykl "Kobiety z ulicy Grodzkiej". Czyta się to jak bajkę dla dorosłych, typowo babska lektura, obyczajowo- romansowa. Bardzo przyjemna zresztą, w sam raz na przerwy w pracy. Nie przepadam w sumie za literaturą tego typu, ale raz na jakiś czas można przeczytać i bajkę ;)

      Starszy zwalczył sesję, z zacną średnią 4,5 chyba nawet załapie się na jakieś stypendium naukowe. Nawet warunek z biochemii z zeszłego roku, który spędzał wszystkim sen z powiek, został w końcu zaliczony. Ale Starszy zdecydowanie biologiczno - chemiczny nie jest. Prześliznął się 0,1 pkt ponad progiem zaliczeniowym, ale do przodu. Uffff....

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 28 czerwca 2017 19:46
  • sobota, 24 czerwca 2017
    • 22/2017

       

      Dlaczego ten czas tak zapier...??? Dawno mnie nie było... Zdążyłam być na tygodniowym urlopie, wrócić z niego i o nim zapomnieć... Pozostały tylko resztki opalenizny... Byle do Fuerty we wrześniu, już się nie mogę doczekać. I przeczytałam pół tony książek różnych i różniastych...

      Nie należy przed urlopem czytać o miejscu docelowym, opisanym zupełnie inaczej niż w przewodnikach. Bo Kreta, opisana w książce Marty Guzowskiej "Wszyscy ludzie przez cały czas", naprawdę nie jest zachęcająca. W książce był kwiecień, a my na szczęście byliśmy na początku czerwca i nie było trzęsień ziemi ani wichur. Za to było tak gorąco, że z zabytków kultury kreteńskiej poznałam... rakomelo (ichniejszy alkohol, podkręcany miodem, na zagrychę czekoladki :) ) i plażę przyhotelową - wyłącznie pod parasolem, bo nie dało się spod niego wyjść. Na jakiekolwiek wycieczki typu Heraklion, Elafonisi czy Knossos dla mnie było za gorąco- pamiętam jeszcze nieszczęsny październikowy pobyt w szpitalu... A to był dopiero początek czerwca, nie wyobrażam sobie tam lipca czy sierpnia... Ślubny namówił mnie tylko na wycieczkę promem na Santorini, trochę się bałam, ale się udało bez problemów. Pogoda sprzyjała, bo tego dnia słońce troszeczkę się schowało... Santorini przepiękne... Natomiast ja- malkontentka, wyobraziłam sobie te wszystkie marmurowe,lekko pochyłe chodniki i schodki w styczniu, mokre, może nawet lekko oblodzone... i już nie chcę mieszkać na Santorini ;)

      A jeśli chodzi o cykl Marty Guzowskiej z mocno nadużywającym antropologiem Mario Yblem- cóż, uczucia mam mieszane... Bodajże w pierwszym tomie cyklu pada sławetne sformułowanie: "Archeologia jest nudna jak flaki z olejem". Z czterech książek w cyklu najbardziej podobała mi się ostatnia- może dlatego, że rozbudowywała trochę związek... Może dlatego, że najmniej w niej było archeologii... Przy pierwszych trzech przyznam, że momentami się nudziłam... Jednak- jeśli ktoś jest pasjonatem- polecam.

      Na urlopie- na leżaku pod parasolem- "schładzałam się" Mrozem... Choć to może niefortunne określenie, bo zarówno w piątym tomie cyklu z Chyłką, jak i w czwartym z cyklu z Forstem- akcja tak galopuje, że można się porządnie spocić... Lektury na jeden plażowy dzień... I potem pustka, i nie wiadomo co czytać, bo niewiele lektur może dorównać tempem akcji... Ale to zdecydowanie lekkie i przyjemne lektury urlopowe, nic wielkiego. Niczym wielkim nie były również "Kwiat paproci" i "Żerca" Katarzyny Bereniki Miszczuk. Przeczytałam z sentymentu do autorki, zapewne za dwa miesiące nie będę pamiętać, o czym to było...

      A potem zonk, bo wzięłam się za "Kurort Amnnezja" Anny Fryczkowskiej. Tej książki zdecydowanie nie można nazwać lekką, łatwą i przyjemną. Niestety, czytanie na leżaku nie wchodziło w grę, nie miałam ochoty na ciężką powieść psychologiczną... Utknęłam i porzuciłam na rzecz "Życia na wynos" Olgi Rudnickiej. Jednak z przykrością muszę stwierdzić, że "Natalie" to nie są, niestety... Chyba nie najlepiej to o mnie świadczy, ale urlop to urlop i ma być przyjemnie. Pewnie kiedyś do tego "Kurortu" wrócę i skończę, ale... za jakiś czas...

      W pracy też praktycznie wakacje... Zdarza się, że po pół godziny nikogo nie ma... Wszystko zrobione, mam siedzieć i gapić się w okno albo w sufit? Prasa branżowa wyczytana do ostatniej literki, wszystkie krzyżówki i sudoku rozwiązane, internetu nie da się przeglądać, bo jedna strona z forum branżowego potrafi ładować się dwie minuty (!!! tak!!! zmierzyłam!!! ) Nie da rady... Ściągnęłam czytnikową aplikację na telefon (noszenie czytnika do pracy wydawało mi się jednak zbyt ostentacyjne ;) ). I w ten sposób "zaliczyłam" trylogię z Wysp Owczych Ove Logmansbo- czyli Remigiusza Mroza oczywiście. I znowu- akcja galopuje, trzeci tom jest taki, że cały czas się zastanawiałam: wysadzą tę atomówkę, czy nie, zatopią ten prom, czy nie, czy główny bohater przeżyje? Nie dało się odłożyć na kolejny dzień, kończyłam w domu. Bardzo dobre "zabijacze czasu".

      Natomiast co do "Prokuratora" Pauliny Świst to uczucia mam mieszane. Autorka pdbiła sobie nakład i "czytalność" pikantnymi opisami tego, co para wyczynia w łóżku i nie tylko. Nie to, że się zgorszyłam, albo jestem na TO za stara (bo nie jestem ;) ). Po prostu- nie potrzebuję tego w lekturze. Po wycięciu co paru pikantniejszych opisów zostaje w miarę poprawna powieść pół-sensacyjno-psychologiczno...nie wiem jaka... Klasy co najwyżej C, jeśli idzie o ścisłość. Na urlop się nada, ale nic poza tym. Chyba nawet gorsze od Katarzyny Bereniki...

       I zaczęłam "Dziewczynę z pociągu" Pauli Hawkins. Dzisiaj, na telefonie w pracy. I po przeczytaniu jakichś 20% nie rozumiem, czym tak naprawdę zachwycił się świat. Czy to ma aż taki potencjał, żeby na tej podstawie pisać scenariusz i kręcić film? Czy to się potem rozkręca? Bo jak na razie dla mnie- to bełkot skopanej przez życie alkoholiczki...Brutalne? Może źle oceniam, może potem jest lepsze... Jeśli uda mi się skończyć i się jakoś rozwinie- to odszczekam. Na razie- nie rozumiem ekscytacji...

      Wygląda na to, że mam "napoczęte" aż trzy książki... Bo na czytniku "Kurort Amnezja", na telefonie "Dziewczyna...", a "w papierze"- "Smocze koncerze" Andrzeja W. Sawickiego. I tak naprawdę do tej ostatniej pozycji podchodzę z największą ciekawością, bo zapowiada się co najmniej interesująco... Promieniowanie ezoteryczne... hm...  Pewnie tę ostatnią pozycję skończę najszybciej...

      Reasumując- jak ktoś szuka lekkich lektur urlopowych- polecam Mroza w ciemno. Nie trzeba się za bardzo zastanawiać, intryga mało skomplikowana, jednocześnie napisana w bardzo "zasysający" czytelnika sposób.

      I zaczęły się wakacje... Starszy walczy z sesją. Młodszy skonczył I klasę LO. Wynikami niestety, pochwalić się nie możemy, tróje z polskiego, niemieckiego, matematyki i chemii. Reszta- czwórki... Najbardziej mnie martwi ta trója z matmy, bo profilowa... Ale jeśli ma się klasę typu "dream team" i chodzi do szkoły prawie wyłącznie w celach towarzyskich- jak pozostali... Jedna z najniższych ogólnoszkolnych klasowych średnich i... najwyższa frekwencja w szkole... Coś w tym musi być...

      A wpis na blogu stąd, że mam sobotnie popołudnie i niedzielny poranek bez testosteronu w domu. Starszy- sesja. Młodszy wybył na doroczny biwak harcerski na zakończenie roku, a Ślubny pojechał do znajomych na spływ kajakowy z noclegiem pod namiotem. Usilnie mnie wszyscy namawiali, na szczęście wykręciłam się sezonem urlopowym i przymusem pójścia do pracy. Poza tym- za wygodna jestem na dwuosobowy namiot gdzieś w polu... Przypałętała mi się do tego jakaś alergio- infekcja, z którą walczę od tygodnia ze skutkiem co najwyżej połowicznym... Nos zatkany, w gardle drapie... I nie da się ukryć- w ciągu jednego takiego popołudnia odpoczywam tak, jak na tygodniowym urlopie. Nikt nic nie chce, w kuchni jak posprzątane, tak posprzątane i nie ma, że za dwie godziny bateria brudnych kubków zdematerializuje się na blacie... Idę otworzyć piwo i czytać "Smocze koncerze". Jak urlop, to urlop- choćby tylko kilka godzin ;)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „22/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 24 czerwca 2017 20:35
  • piątek, 12 maja 2017
    • 21/2017

       

      Czytanie "Siły niższej" Marty Kisiel przed wyjściem do pracy skutkuje spóźnieniem do tejże, niezależnie od pory, na jaką tę karkołomną czynność mielibyśmy wykonać. Słuszne skądinąd założenie wyjścia z domu kwadransa wcześniej i zrobienia zakupów przed pracą (bo po wyjściu z niej marzę już tylko o dojściu ostatkiem sił do domu, a nie o staniu w kolejkach)- spala na panewce. Po zakupy posyłamy telefonicznie małoletnie dziecko, przykazując mu zapłacić z własnego kieszonkowego, jako że zamierzaliśmy płacić kartą i gotówki w domu w wystarczającej ilości nie posiadamy. Listę zakupów redukujemy do ilości chleba niezbędnej na rano na dzień następny i kilku plasterków żółtego sera do tegoż chleba. Zakupy "obiadowe" można przecież zrobić kiedy indziej.

      Spóźnienie do pracy na 13.? O kwadrans? Macie jakieś wiarygodne tłumaczenia? W pośpiechu nawet nie zadzwoniłam, że się spóźnię...

      A na serio. Początek jest trudny, bo trzeba przyzwyczaić się do wielokrotnie złożonych, piętrowych zdań. A potem już leeeeciiiii.... zarwana noc, spóźnienie do pracy, brak kontaktu z rodziną. Dopóki nie nastąpi koniec. Raczej zdecydowanie mniej śmieszne, niż "Dożywocie", kaliber problemów większy i bardziej  hm... ogólnoludzki... Ale bohaterowie ci sami, pojawiają się nowi, mniej lub bardziej sympatyczni. Na odcięcie się po ciężkim dniu- polecam.

      Siekierko- specjalnie zwracałam uwagę, fabularnie- takie sobie. Po prostu kolejne epizody z życia bohatera, przyjmującego na klatę, co los przyniesie i Ałtorka wymyśli. Niemniej Martę Kisiel kocham i biorę w ciemno wszystko, co napisze.

       

      I skończyłam "Na nocnej zmianie". Jak to w antologii- opowiadania lepsze i gorsze. Pomysły niejednokrotnie powalające, aż żal, że nie są fragmentami czegoś większego.  Na końcu kilka utworów autorów już znanych. I o ile do debiutantów zastrzeżeń nie mam, to myślę, że Andrzej Pilipiuk mógłby jednak postarać się bardziej. Mam wrażenie, że to było na zasadzie "macie i odwalcie się ode mnie". Ktoś czytał i ma może inne zdanie?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „21/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 12 maja 2017 09:49
  • sobota, 06 maja 2017
    • 20/2017

       

      Wczoraj zapomniałam.

      Po raz pierwszy odkąd pamiętam, kasztanowce przy mojej ulicy "nie wyrobiły się" z zakwitnięciem na matury. Nawet nie wiem, czy zdążą do poniedziałku. Chociaż dziś jest ciepło, wychodzi słońce, może...

      Podobno mamy ocieplenie klimatu?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 06 maja 2017 10:26
  • piątek, 05 maja 2017
    • 19/2017

       

      No i po majówce. Po raz kolejny sprawdziło się, że jak się bardzo nie chce, to okazuje się, że jest fajnie- proporcjonalnie do tego "niechciejstwa"...

      Wyjazd skoro świt w sobotę rano. Po superdeszczowym piątku nie pada. To już jest nieźle... Tylko dlaczego trzęsę się w legginsach termo pod dżinsami i w zimowej kurtce? Jest koło +2'C. I lodowaty, obierający do kości wiatr...

      Droga- pełne zaskoczenie, prawie pusta, zero jakichkolwiek korków. Fakt- nie jechaliśmy głównymi, tymi najbardziej obleganymi. Nawierzchnia może trochę gorsza, ale praktycznie zero ruchu. Wizyta w moim rodzinnym miasteczku, na cmentarzu i potem objazd w kółko. Zero sentymentu, w sumie ponad pół życia już mnie tam nie ma. Minimalne drgnięcie serca na widok liceum... i tyle... Na szczęście nie spotkałam żadnych znajomych... Sobota, 9.rano, zimno... komu by się chciało spacerować. I już...

      Na miejsce dojechaliśmy koło 12, zakwaterowanie w osiemnastowiecznym dworku, atmosfera... hm... muzealna... Pokój na szczęście ogrzewany, okolica przepiękna, duży, zielony teren, jezioro... Tylko dlaczego, k... jest tak zimno, jakby to był luty a nie koniec kwietnia?

      Co tu robić? Znajomych jeszcze nie ma, Ślubny stwierdził, że na rower za bardzo wieje, niebo zachmurzone... Trzeba wyrobić dzienne 10000 kroków... tia... Idziemy na spacer, wzdłuż totalnie nieuczęszczanej drogi. Czapka, szalik, rękawiczki, bielizna termo, zimowa kurtka. Lodowaty wiatr przenika na wylot. Twardzi jesteśmy, dajemy radę. Po dwóch godzinach dreptania wracamy do hotelowej restauracji na gorącą zupę i... decydujemy o wypadzie do Mrągowa, rzut beretem antenką do góry. W mieście jakieś zawody w kolarstwie crossowym, wiatr, momentami mżawka... Biedne dziewczyny obstawiające trasę sinofioletowe z zimna, któraś owinięta w koc. Cudem znajdujemy miejsce w jakiejś knajpie, rzucamy się do właśnie zwolnionego, jeszcze nieuprzątniętego stolika. nie, nie z głodu. Po prostu w pomieszczeniu nie wieje, jest ciepło, można zdjąć kurtkę... Coś jemy, wracamy do hotelu, robi się wieczór... Zakutani w większość posiadanych ciuchów idziemy na piwko w plenerze, a potem do restauracji na kolację ze znajomymi. Przeciera się, momentami widać błękitne niebo, a po wyjściu z restauracji około 22 niemożliwą ilość gwiazd. Chwyta przymrozek...

      Następnego dnia po śniadaniu komisyjnie ruszamy do kolejnych znajomych, mających bazę wypadową kilkanaście kilometrów dalej. Towarzystwo jedzie na rowery, zostaję na miejscu, bo ja "nierowerowa". Jest SŁONECZNIE (!!!), choć momentami się chmurzy. Siedzę w zacisznym miejscu, czytam książkę. Jak świeci słońce, można się rozebrać do polara, nawet leciutko podwinąć rękawy. Jak się schowa- zimowa kurtka, czapka, szalik... Naprawdę jest 1.maja?

      Siedziałam tak sobie- sama i potem w towarzystwie- parę godzin... Wieczorem zaskoczenie- piecze mnie twarz, wzięło mnie wiosenne zdradliwe słoneczko, wyglądam jak upiór... w sumie rano użyłam kremu, ale nie przypuszczałam, że dobrze byłoby się posmarować filtrem 50 ;). Trudno... Nie mam nawet podkładu, żeby trochę zatuszować ten rumień przy pójściu na kolację. Potem spotkanie u nas w pokoju, delikatne winko, rozmowa... Miły wieczór...

      I już poniedziałek, trzeba się zbierać do powrotu, we wtorek idę do pracy. Droga daje nam w kość, świeci ostre słońce, samochód się nagrzewa. A jak się otworzy okno- dmucha lodowaty wicher. Na szczęście ruch jest umiarkowany, może dlatego, że to w sumie środek majówki, a my jedziemy wcześnie... W domu jest nawet czas na złapanie oddechu, chłopcy nawet nie imprezowali za mocno, jest ok.

      Wtorek. Pogoda w sumie najlepsza z dotychczasowych dni, wieje, ale jest odrobinkę cieplej, świeci słońce. Idę do pracy, Ślubny ma na szczęście wolne. Zaprosił na wieczór znajomych, musi zrobić jakieś zakupy. W sklepach ponoć amok, problem z pieczywem. Na szczęście można kupić jakieś odpiekane mrożone w sieciówce. Na drugi dzień niezbyt jadalne, ale czymś gości podjąć trzeba. Po powrocie z pracy robię dwie sałatki, trochę wędliny, sera, wina... Spędzamy ze znajomymi fantastyczny wieczór. Pochmurna, zimna środa, spędzona na "nicnierobieniu", gapieniu się w telewizor, komputer, czytaniu. Ślubny nie był w stanie wyciągnąć mnie na spacer, pogoda nie zachęcała. Po południu zaczęło znowu padać. A ja musiałam się rozgrzać, bo jednak po sobocie i niedzieli cały czas czułam się przemarznięta.

      I już powrót do rzeczywistości. Ten tydzień pracowo dziwny, krótki. Wczoraj z małymi przerwami cały dzień padało. A ja od wczoraj usiłuję się nie rozłożyć, jakieś dziwne "przeziębieniowe" samopoczucie, czuję pęcherz... Spacery w lodowatym wichrze robią swoje...

      Lekturowo- od wielkanocy nie mogę się ogarnąć, może to wina zintensyfikowanego życia towarzyskiego. Skończyłam Gaimana "Amerykańskich bogów". Pierwsze spotkanie z tym autorem... muszę przemyśleć, nie mogę napisać, że mi się nie podobało, ale jakoś tak nie do końca mój typ... "Studenty" Dawida Ratajczaka- moim dzieciom bardzo się podobało, rechotali przy tym strasznie, cóż... chyba za stara jestem i za dużo lektur mam za sobą. Infantylne. To samo mogę powiedzieć o "Chemiku" Stephenie Meyer. Kiedyś, jak byłam młodsza (ha, ha, jak to brzmi!!!!) przeczytałam sagę "Zmierzch" i "Intruza". I nawet mi się podobało. "Chemik" w sposobie pisania do "Intruza" zbliżony, ale w międzyczasie ja się postarzałam. Lektura dla- tak to się chyba teraz określa- "young adult". Trochę sensacji, trochę romansu. I tyle. Rozgrzebałam "Na nocnej zmianie"-pióra Falconu, na pewno skończę, pewnie niedługo. Rozgrzebałam "Slade House" Davida Mitchella, jest świetna. Chciałabym się nią podelektować, więc odłożyłam na mniej zwariowany czas, kiedy nie będę wykradać innym zajęciom po 10 minut na książkę. Na wyjeździe w końcu "Dom czwarty" Puzyńskiej, poprawne i trzyma poziom, czekam na kolejną, bo zajawki zapowiadają się nieźle i znowu gmatwają losy bohaterów. Taki typ książki, że po trzech miesiącach człowiek się zastanawia, o czym to było... Takie typowe na urlop. A od przedwczoraj "Olga i osty" Agnieszki Hałas. Początek taki sobie, ale jak już się rozkręciło... Jeszcze nie skończyłam. Fantasy? Realizm magiczny? Zapis psychoterapii i sposobu na uporanie się z demonami przeszłości? Świetne, bardzo mnie wciągnęło. Idę jeszcze trochę poczytać przed pójściem na drugą zmianę... Siekierko, na Twoich polecankach zawsze mogę polegać :)

       

      Edit: Wpis zapisywany na wszelki wypadek w edytorze zewnętrznym. Napisałam jedno zdanie, zapisałam jako robocze. Potem edytowałam wpis, co akapit zapisując jako wersję roboczą, uprzednio kopiowaną gdzie indziej. Może to jest metoda? Bo NIE ZŻERAŁO i grzecznie zapisywało. I potem opublikowało bez protestów...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „19/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 05 maja 2017 11:10
  • środa, 26 kwietnia 2017
    • 18/2017

       

      Ślubny wymyślił "majówkę".  5 godzin jazdy samochodem w jedną stronę (jak nie ma korka). Tia... Kumpel go namówił, tylko że oni mają na dzień dobry ze 100 km bliżej... Znamy się bardzo dobrze i długo, spotykamy się zdecydowanie za rzadko, ale... Wyjeżdżamy w sobotę skoro świt, albo jeszcze wcześniej, wracamy w poniedziałek, bo we wtorek idę do pracy. Hotel- jak zobaczyłam cenę, to mi się lekko osłabło... Myślałam, że to za 2 osoby, a nie za jedną. Tak sobie liczę, że te 2 dni to po całości lekko planując 1/2 mojej pensji. Albo więcej, bo zapomniałam o paliwie. Prognozy pogodowe raczej łóżkowo-barowe, jak sobie pomyślę o dwóch noclegach w zimnie i wilgotnej pościeli, to mi się odechciewa wszystkiego. I o tym owczym pędzie, bo wszyscy MUSZĄ wyjechać na majówkę. Pokłóciliśmy się... Foch... I padł argument, że przesiedzimy w domu, każde zapatrzone w swój komputer albo w swoją książkę... I przydałoby się nam zmienić otoczenie... No dobrze, tylko dlaczego wtedy, kiedy wszyscy koniecznie muszą się przemieszczać po całym kraju i przy prognozach na zimową kurtkę i kalosze... Brrrrr... Zamierzam zapakować polarową piżamę...

      Do tego trasa przejazdu "po drodze" przez moją rodzinną miejscowość, w planach odwiedziny na cmentarzu. Mam nadzieję, że będzie na tyle wcześnie, albo na tyle parszywa pogoda, że nie spotkam nikogo znajomego. Jakoś nie mam ochoty na spotkania po latach. Włączył mi się totalny tryb aspołeczny. NAPRAWDĘ najchętniej przesiedziałabym w domu, przed komputerem i pod kocykiem z książką i herbatką. No cóż... 25 lat małżeństwa to jednak sztuka kompromisu...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „18/2017”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 26 kwietnia 2017 19:22

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Kanał informacyjny