Życie jak każde inne...

Prywatny punkt widzenia

Wpisy

  • środa, 06 marca 2019
    • KONIEC...

       

      ...pewnej epoki...

      Od dzisiaj jestem już tylko tam.

      http://wdomuipracy.blogspot.com

      Do zobaczenia :)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „KONIEC...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 06 marca 2019 08:37
    • 9/2019

       

       

      Po zamieszaniu związanym z przenosinami- czas wrócić do "normalności".

      Ale to, co stało się w poniedziałek- dla mnie normalne nie jest. Otóż naszemu rodzinnemu diabetykowi (siostrzeniec Ślubnego, lat 16) w poniedziałek odebrano zasiłek pielęgnacyjny. Zbyt mały stopień niepełnosprawności, "sam się ubiera, jest samodzielny". "Lekki stopień" u osoby powyżej 16.roku życia nie uprawnia do zasiłku. Kropka. Nikt nie myśli, że w nocy ktoś do niego co 2 godziny wstaje, żeby zmierzyć cukier... I rano taka osoba jest kompletnie "nie do życia" nawet jeśli noc była w miarę spokojna. A często bywa, że nie jest... Nikt nie myśli, że te 180 zł w budżecie, który do tej pory spinał się z trudem albo wcale- jest przeznaczane właśnie na leki, a nie na "wzbogacenie się". Policzmy: Insulina- mniej więcej półtora opakowania miesięcznie- około 60 zł. Paski do pomiaru poziomu cukru- 8-10 razy na dobę- około 40 złotych. Do tego dochodzi nierefundowany osprzęt do pompy (jednorazowe pojemniki na insulinę 9-10 zł sztuka, przynajmniej 5 na miesiąc), trzeba dokupić parę zapasowych wkłuć poza refundacją "na wszelki wypadek"- jedno to około 30 złotych... To tylko te wydatki najbardziej oczywiste, o części pewnie nie wiem... I tym sposobem nasz wspaniały system "ochrony zdrowia" z cukrzycy typu I u szesnastolatka zrobił chorobę wyleczalną. Brak mi słów...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 06 marca 2019 08:35
  • wtorek, 05 marca 2019
    • 8/2019

       

      Pokuszę się o próbę analizy, czemu blox się zwija. Oczywiście- chodzi o kasę, o ilość użytkowników, ilość odsłon, ilość reklam, które można zamieścić. Ale- czy ktoś z Was uważnie obejrzał stronę główną w starym widoku po zalogowaniu? Tam jest takimi maleńkimi cyferkami- już 665431 blogów. To zdecydowanie ponad pół miliona. PONAD PÓŁ MILIONA zarejestrowanych blogów. A teraz pytanie- ile z nich jest aktywnych, generujących potencjalne zyski? Kilkaset? Moim zdaniem w tej chwili- grubo poniżej 1000. Tam też, na głównej bloxa- jest zakładka Top1000 blogów. Nigdy się tym nie ekscytowałam, nie sprawdzałam. 2x w mojej "karierze blogowej" lądowałam jako blog polecany na stronie głównej. I wtedy- aby ogarnąć szaleństwo- przymykałam się, przeczekiwałam lawinę popularności. Nie zależało mi na komentarzach, pisałam i piszę dla siebie. Jeśli ktoś się przy moich wpisach uśmiechnął, jeśli komuś pomogły- to tylko się cieszyć...Wracając do Top1000. Zanim "wybuchła" afera "bloxitu" (to nie moje, to Ewy  )- odwiedzających miałam może 1-2 dziennie. Co plasowało mnie w tamtym momencie pewnie około 350.-400. miejsca na liście. Teraz- przed chwilą sprawdzałam- jestem na 157. I wierzyć mi się nie chce... Nie wiem, czy lista jest konstruowana na podstawie wejść, czy bierze pod uwagę jakieś inne parametry. Skoro mój blog z tak nędznym ruchem plasuje się w 2.-3.setce- to znaczy, że reszta z tego pół miliona jest po prostu martwa... Sama miałam dwa dodatkowe blogi "ćwiczebne", jeden z samymi zakładkami, drugi- z eksperymentami szablonowymi, typu "zmień kolor i zdjęcie". Bo nic więcej nie umiałam i nie umiem.

      Protest i lament niesie się szerokim echem... Ale widzę to dlatego, że akurat tutaj siedzę, w centrum wydarzeń. A nie oszukujmy się- na bloxie- niestety- zostały "dinozaury", nie ubliżając nikomu - koło pięćdziesiątki lub starsze.Sama się do nich zaliczam. Bo tu jest prosto i przejrzyście. I- znów nie ubliżając nikomu- tworzymy "kółka wzajemnej adoracji", odwiedzając się, komentując- ale jednak w dość wąskim kręgu. Reszta młodszych odeszła na inne platformy komunikacji, przestała pisać, wypaliła się... Wiadomo, że jeśli czyjś blog nam "pasuje mentalnie"- to pewnie i jego zakładki i kontakty też będą nam pasować. Ale- tych osób- nie oszukujmy się- jest skończona ilość. 50? 100? Zakładki i adresy się powtarzają. (Nie mówię tutaj o odnośnikach ze swojego bloga, bo tych nie aktualizowałam... lata...). I w takim układzie decyzja adminów bloxa o zamknięciu platformy zaczyna być uzasadniona, niestety... To tak jak z pulą genetyczną- w tej chwili uskuteczniamy "chów wsobny". A to zdrowe nie jest... Nowego bloga na bloxie założyć już nie można, poniekąd słusznie. Próba utworzenia przenosi do wpisu o zamknięciu platformy.

      Niemniej- wielka szkoda kontaktów, znajomości, przyjaźni... Jesteśmy jak dzieci, które "idą z domu w szeroki świat". Spróbujmy w tym "szerokim świecie" się nie pogubić...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „8/2019”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 marca 2019 08:45
  • poniedziałek, 04 marca 2019
    • 7/2019

       

      (Numeracja blogspotowa, jakiś czas będę jescze pisać i tu i tam, potem już tylko tam  )

      Według teorii ewolucji- organ nieużywany zanika... Okazuje się, że konto pocztowe na gazeta.pl- też... Miałam takie jedno "techniczne"- do rejestracji w sklepach internetowych, w których prawdopodobieństwo powtórnego zakupu było nikłe. Żeby nie być spamowaną newsletterami, niepotrzebnymi promocjami itd... Wczoraj chciałam go użyć- "nieprawidłowy login lub hasło". Ki diabeł??? Przecież użyłam notatek, nie mogłam się pomylić, capslock wyłączony, co się dzieje??? Sprawdziłam jeszcze jedno swoje dodatkowe konto... i tam gdzieś w odmętach był jakiś mail z adminstracji poczty, że jeśli się nie logujesz od 180 dni- to wyłączają pocztę. No żesz... Ale na starym loginie wznowić konta oczywiście nie możesz. W ten sposób straciłam konto typu imienazwisko@gazeta  Nie używałam, bo login długi, ale sobie było... No to już go nie ma.

      Najpierw blox, teraz to. Pora się stąd w ogóle zwijać??? I te zapewnienia, że kont pocztowych nie będą kasować, że tylko blox. Wcale nie "tylko". gmail nie pasuje mi zupełnie, niby to samo, podobny widok- ale nie... Parę lat temu była jazda z pocztą, że się synchronizowali z gmailem, trzeba się było potwierdzać. A potem się rozsynchronizowali.  Sami nie wiedzą, czego chcą...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 marca 2019 08:21
  • niedziela, 03 marca 2019
  • piątek, 01 marca 2019
    • JAK PRZENIEŚĆ WPISY Z BLOXA NA BLOGSPOTA

       

      Oczywiście- niestety- idąc na łatwiznę, bez komentarzy i zdjęć, z wykorzystaniem pliku dedykowanego do wordpressa. Kluczowym słowem jest tutaj KONWERSJA. Krwawasiekiera - DZIĘKUJĘ :)   wczoraj podrzuciła mi linka z metodologią przenoszenia. Więc (no wiem, nie zaczyna się zdania od więc) opisuję, jak to zrobić, postaram się w miarę prosto, krok po kroku, bo sama nie jestem informatykiem i nie znam się na tym...

      Zakładam, że mamy na pulpicie (lub gdzieś indziej) plik z pobraną zawartością z bloxa, którą udostępnili admini. Taki żółty folderek z literą Z w prawym górnym rogu, z nazwą bloga i jakimiś znaczkami. Klikamy na to prawym przyciskiem myszy, wybieramy "otwórz za pomocą"- co kto ma, albo "7-zip file manager", albo "archiwizer WinRAR", zaznaczamy wszystko i wypakowujemy tam, gdzie zwykle. Ja mam w ustawieniach na stałe "pulpit", bo wtedy od razu widzę, co mam, ale może się nam z automatu zapisać w "Dokumenty" albo "Pobrane", trzeba poszukać. Powinno być widać dwa albo trzy pliki. Jeden- jeśli w blogu były zdjęcia- folder "resources". Ten nas niestety nie interesuje, są tam zamieszczone na bloxie zdjęcia, potem można wklejać ręcznie. Jak ktoś nie miał zdjęć- to tego folderu NIE MA. Drugi jest plik blog.txt, tam jest (podobno) czysty kod html z wpisami z bloga- to wiadomość dla informatyków, którzy wiedzą, co z tym zrobić. U mnie jest to ikonka z dużym granatowym "W". Też nas nie interesuje, zostawiamy. Trzeci plik- o który nam chodzi- to wordPress.xml . Ten plik "wchodzi" do wordpressa przy imporcie, gdzie indziej- nie chce. Trzeba mu zmienić ustawienia, adresy- żeby chciał. Jak ktoś się zna- to grzebie w "czystym kodzie", ja się nie znam, trzeba skorzystać z gotowca. W internecie jest masę konwerterów, ale w drugą stronę- bloggera na wordpress, NIE O TO CHODZI. Po długich poszukiwaniach znalazłam stronę, która robi to tak, jak potrzeba. Otwieramy stronę  KONWERTERA  , wiem, dziwna jest, ale mój płatny antywirus nie krzyczał. I tam jest takie okienko pośrodku "przeglądaj" (nie wybrano pliku) a obok CONVERT. klikamy w przeglądaj, otwiera się nam zawartość naszego komputera, szukamy pliku wordpress ( z tej lokalizacji, gdzie był zapisany- pulpit, dokumenty, pobrane- gdzie kto ma), klikamy "otwórz". Na naszej stronie konwersji obok okienka "przeglądaj" powinien pojawić się plik wordpress.xml. Klikamy CONVERT, czekamy chwilkę, powinno pojawić się okienko "rozpoczęto pobieranie pliku blogger-export" i tam jest "otwórz za pomocą" albo "zapisz". Zapisujemy, oczywiście- zapisze się tam, gdzie zwykle się zapisują pobrane pliki- na pulpit, w dokumenty, w pobrane... zależy, jak kto ma ustawione.

      Tym sposobem mamy gotowca, którego możemy sobie zaimportować do blogspota. A jak?

      Zakładamy sobie bloga na blogspocie, albo odkurzamy tego, którego kiedyś założyliśmy ;)  Do jednego konta może być przypisane kilka własnych blogów. Z panelu bloggera po lewej stronie na górze wybieramy blig, do którego chcemy zaimportować wpisy z bloxa. Klikamy w "Ustawienia" (kółko zębate), inne, Importowanie i tworzenie kopii zapasowej. Klikamy zaimportuj zawartość, udowadniamy, że nie jesteśmy robotem, zaznaczone jest automatyczne publikowanie zaimportowanych postów i stron, klikamy "zaimportuj z komputera", znów mamy okienko z zawartością naszego komputera, odszukujemy plik blogger- export (biała ikonka z wężykami i zielonym kółeczkiem) , klikamy "otwórz" i czekamy... pojawia się windowsowe kółeczko oczekiwania, a potem okno z jasnoszarymi komunikatami typu "failed coś tam..." Nie przejmujemy się tym, czekamy... Jak było dużo wpisów- to trwa. Dajemy blogspotowi czas na uporządkowanie tego, co przenieśliśmy, to się nie pojawi od razu, w panelu edycji wpisów też nie ma wszystkiego. Efekt moich końcowych przenosin można obejrzeć   TUTAJ  

      To jest tak, jak zostało przeniesione, blog był "goły", nówka sztuka, bez wpisów. Widać, że niektóre wpisy, szczególnie te ostatnie- wymagają edycji, bo są dziwnie "rozstrzelone", ale na razie zostawiam tak, jak jest, informacyjnie, może ktoś będzie chciał zobaczyć efekt. Archiwum po prawej stronie "zrobiło się samo" i działa. Natomiast wcześniej zamieszczone linki do innych wpisów- odsyłają na bloxa, będę musiała pozmieniać. Ale to potem. 

      Oczywiście- plik dedykowany do wordpressa też sobie proszę gdzieś zapisać. Na wszelki wypadek. Bo kto wie, czy i blogger kiedyś też nie padnie???

      Mam nadzieję, że może komuś ułatwiłam przenosiny :)  Bo sama nie mam ochoty rozkminiać wordpressa od zera. Blogger przyjaźniejszy. Nie wspominając o tym, że część instrukcji wordpressa jest tylko po angielsku, a ja z komputerowym angielskim niebardzo. A blogspot cały po polsku :)

      I- ZEZWALAM NA ROZPOWSZECHNIANIE TEGO POSTA. Skoro blox się na nas wypiął - musimy sobie pomagać. Nikt mi nie będzie mówił, gdzie mam mieć swoje miejsce w necie...

      Edit: już wiem, dlaczego było "rozstrzelone". Do konwertera podpięłam plik wordpressa skopiowany stamtąd, a nie bloxowy. Ten z bloxa kończył się na 2/2019. Nie przejmujcie się, działa. Co prawda nie wiem, jak poszłoby wklejanie między już istniejące wpisy na blogspocie, ale na czystym szablonie- jest ok.na wordpressie się nie da...

      Edit2. Proszę przeczytać uwagę z następnego wpisu. Tak całkowicie bez zakładania bloga na wordpressie się nie da...

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „JAK PRZENIEŚĆ WPISY Z BLOXA NA BLOGSPOTA”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 01 marca 2019 09:21
  • środa, 27 lutego 2019
  • wtorek, 26 lutego 2019
  • sobota, 23 lutego 2019
    • 4/2019

       

      Wczorajszy dzień... W sumie chyba jeden z najdziwniejszych ostatnio. Kilka zbiegów okoliczności i mamy efekt...

      Parę tygodni temu koleżanka wysłała SMS-a do Ślubnego, czy nie chcemy biletów na wczorajszy koncert Zaz na Torwarze. Nie, nie bezpłatnie, oni kupili wcześniej, ale nie mogą, bo potem bez sprawdzenia terminu zarezerwowali sobie wczasy za granicą. I czy nie chcemy odkupić, w sumie byłby pretekst do spotkania, bo widujemy się raz na rok albo rzadziej... Hmmmm... Zaz... Słuchałam kiedyś, jak wydała debiutancką płytę, nawet mi się podobało... Nawet jakbym pogrzebała, to i ze dwie płyty bym znalazła w jakiejś szufladzie na dnie...  Potem upłynęło trochę czasu, jestem w innym miejscu życia, teraz to "nie moje klimaty". Ale Ślubny się uparł "bo nigdzie nie chodzimy, może by czas nadrobić?" Pojechaliśmy do znajomych, odkupiliśmy bilety... Ja od początku sceptycznie nastawiona, miejsca stojące na płycie... Czy dam radę? Najwyżej wyjdziemy w trakcie, nikt nas nie będzie trzymał na siłę...

      W związku z tym odpowiednio wcześnie poprosiłam o dni wolne w czwartek i piątek. Żeby się nie prosić o zamianę i nie wysłuchiwać fochów koleżanki, ze ma same popołudniówki (tak, to ta...). Dwa dni wcześniej dowiedziałam się, że czwartku wolnego mieć nie mogę, bo szefowa ma po południu radę. Jak się chce być figurą w polityce, to takie są potem efekty... Postawiłam się, że na drugą zmianę to ja w czwartek ABSOLUTNIE NIE i MUSZĘ wyjść półtorej godziny wcześniej (bo mi się nie chciało... i powód też miałam, ale o tym kiedy indziej...). Przynajmniej tutaj nie było problemu...

      Z innej beczki... jakiś czas temu moja lekarka zwiększyła mi dawkę jednego z leków na ciśnienie- betablokera- do dawki maksymalnie stosowanej. Wskazania są, trzeba i już... I- niedawno- robiąc porządki w lekach- znalazłam opakowanie tegoż- w dawce 2x niższej. Data ważności jeszcze dobra, ale trzeba szybko zużyć, przecież nie oddam do utylizacji, najwyżej będę łykać po dwie tabletki. Mogę. Dorzuciłam opakowanie do pudełeczka ze swoimi lekami "bieżącymi", oczywiście nie usuwając napoczętego opakowania w dawce właściwej. Bo szybko zużyję to po dwie i wrócę do tej dużej dawki. Leki łykam w ten sposób, że najpierw wyjmuję z pudełka po jednym opakowaniu, wyłuskuję tabletkę, łykam, odkładam na blat... a potem z powrotem pakuję do większego pudełka, w którym je przechowuję, licząc... do 5 odlicz... ciśnienie1, ciśnienie2, potas, magnez, witamina D...

      Piątek rano... wolne... :D Wstałam, zaczęłam ogarniać chałupę, dobrze mi szło, przerzuciłam tonę papierów z zaległej szuflady... Zrobiła się 10, jakieś śniadanie by zrobić... Zadowolona z siebie na maxa, bo tak mi dobrze poszło-  "na autopilocie" połknęłam leki. I odliczam do 5... i wychodzi mi...6... Jakim cudem????? A na wierzchu dwa opakowania z betablokerem w niższej i wyższej dawce... Z obu wyłuskałam tabletki, z obu je połknęłam...  Na pewno... Kurczę... Podwoiłam maksymalną dopuszczalną dawkę... Gdybym podwoiła - nie przekraczając maksymalnej- trudno. Ale w takim wypadku- co robić??? Panika... I ten cholerny koncert w perspektywie wieczorem...

      Szewc bez butów chodzi, a farmaceuta... myli się w dawkowaniu swoich własnych leków...

      Nie wierzcie nikomu, że "na szybko" i w domowych warunkach da się zrobić płukanie żołądka. Chyba, że ktoś pił alkohol... Wtedy- idzie... Bo- mimo, że wypiłam szybko ze 2 litry wody i usiłowałam sprowokować wymioty- skutek był mizerny... Potem sprawdziłam oczywiście w dr google co mam robić... Bezwzględnie skontaktować się z lekarzem lub niezwłocznie udać się na SOR... Tia... Jestem sama w domu, mam do jasnej... WOLNY DZIEŃ, miało być tak pięknie... Trzy głębokie wdechy, pomiar ciśnienia. Od połknięcia leków minęło z pół godziny... Ciśnienie 150/88 i tętno 92. Jak na razie nic nie działa, może nie będzie źle... Potem co pół godziny pomiar ciśnienia i pulsu... Ani razu ciśnienie mi nie spadło poniżej 120 i puls poniżej 70. Adrenalina jednak zrobiła swoje... Nogi miałam trochę "miękkie", ale w sumie już nie wiedziałam, czy z powodu leków- czy z nerwów... Po trzech godzinach wywlokłam się nawet na jakieś małe zakupy, zrobiłam obiad... Ciśnienie w miarę, tylko nogi "miękkie"... Może nie będzie źle? Może jednak jechać na ten koncert??? Tylko te cholerne miejsca stojące...

      Ślubny wrócił z pracy, opowiedziałam, co się stało, stwierdził, że jakaś obsługa medyczna na miejscu być musi, najwyżej wyjdziemy.

      I pojechaliśmy ;)

      Miałam jeszcze nadzieję, że gdzieś przycupnę w kąciku. Że znajdzie się jakieś miejsce siedzące, nawet tyłem do sceny. Nic bardziej mylnego. Sala Torwaru była pełniutka. Ludzie w różnym wieku, widziałam rodziny z dziećmi w "początkach" podstawówki. Czy naprawdę  Zaz ma w Polsce tylu fanów? Bo my- znaleźliśmy się na tym koncercie trochę przypadkiem, ale reszta? Stwierdziłam, że absolutnie nie idę dalej niż 10 kroków od wejścia. Jak padnę, to przynajmniej łatwo mnie będzie odholować. Duchota nieziemska, gorąco, dobrze, że poszliśmy do szatni. Cały koncert przestałam niedaleko wyjścia, oparta o barierkę, wydzielającą przestrzeń z konsolą realizatorów dźwięku i kamerzystą od tłumu. I cały czas miałam "miękkie nogi".  Ale dałam radę ;)

      Sam koncert- świetny. I muzycznie i wizualnie nie było się absolutnie do czego przyczepić. I- faktycznie- to byli fani. Bo rozpoznawali utwory, śpiewali... Ja po francusku - zero kompletnie, może ze trzy- cztery piosenki wydały mi się znajome... Ale- moim zdaniem- głos wokalistki - naturalnie zachrypnięty- bardziej pasuje do małej, kameralnej, klubowej sali, a nie hali sportowej.  Ale- to jest gwiazda, w tej chwili już światowego formatu, profesjonalna w każdym calu. Jestem pełna podziwu, bo to prawie dwie godziny "na maxa". Nie dało się odczuć, że jest inaczej. I- nie wiem, czy był jakiś bis, bo oczekiwanie się przedłużało i wyszliśmy... z powodu moich "miękkich nóg" i aż tak bardzo nam nie zależało. Przynajmniej w miarę szybko wyjechaliśmy z parkingu i byliśmy w domu...

      Właściwie- to sama nie wiem, na czyj koncert chciałabym pójść... A Ślubnemu zapowiedziałam, że jeśli będzie chciał mi zrobić "koncertową" niespodziankę- to mają być miejsca siedzące, bo za stara jestem na takie atrakcje na stojąco.

      A dzisiaj... żyję ;)  I mam zakwasy od długiego stania, bolą mnie nogi. Ale leki rano wzięłam pojedynczo ;)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „4/2019”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 23 lutego 2019 18:50
  • niedziela, 17 lutego 2019
    • 3/2019

       

      Chłopaki pojechali do kina. Mam co najmniej cztery godziny dla siebie. TYLKO dla siebie, czas odkurzyć bloga ;)

      Starszy- jak to Starszy, teoretycznie powinien pisać i bronić inżynierkę, już stwierdził, że to pewnie będzie wrzesień. A na pytanie- co z magisterką stwierdził, że jak zostanie tam, gdzie jest- to i na jakąś magisterkę się załapie. Poczekamy- zobaczymy.

      Młodszy- poszedł na próbne matury "z marszu", nie ucząc się ZUPEŁNIE. "Na tapecie" częściej jest granie na komputerze, niż matematyka czy fizyka, odrabiane w przerwie i na kolanie. Myślałam, że trochę dostanie po d..., ze wynik będzie na tyle kiepski, że nim potrząśnie. Nic bardziej mylnego. Jeśli z wynikiem 40% z rozszerzonej matematyki mieści się w szkole "na pudle", to ja czarno widzę rekrutację na studia. Podobnie było z rozszerzoną fizyką, podstawowym polskim i matematyką- też podium w skali szkoły, a wynik bezwzględny poniżej krytyki. Poziom tego liceum woła o pomstę... Najlepsza matematyczka oczywiście programowo NIE uczy mat-fizu, najlepszy polonista oczywiście programowo NIE uczy humana... Już dawno stwierdziłam, że Młody chodzi do szkoły wyłącznie w celach towarzysko- imprezowych. Czarno widzę rekrutację na jakiekolwiek studia, nie mówiąc o utrzymaniu się na nich... A niedawno usłyszałam, że ten mat-fiz to była totalna pomyłka, trzeba było iść na mat-geo albo przysiąść do historii ( co Młodemu przychodzi z łatwością i to lubi) i po rozszerzonej geografii i historii rekrutować się na SGH, a nie na politechnikę. Trzy lata w plecy? Czy to cecha tego pokolenia, że totalnie nie wie, co ma robić w życiu?

      W pracy- jak to w pracy. Szefowa wyjechała na tydzień ferii, oczywiście wtedy przypadło apogeum grypy w naszym rejonie i ledwo się obrabiałyśmy. Do tego limity zamówień w hurtowni, bo powyżej faktury płatne gotówką... Jak wróciła- spokój i cisza... Jak na złość... Ścięłam się ze współpracownicą, która dorabia sobie jako nauczycielka. W zeszłym semestrze miała cały etat i wychodziło na to, że cztery dni w tygodniu miała drugą zmianę. Gdyby to dotyczyło mnie- nie zgodziłabym się, ale jej wybór. Na cztery pierwsze zmiany mogłam przystać. A w tym semestrze ma pół etatu - dwa dni rano w szkole- i zażyczyła sobie, że w pozostałe dni ma tylko pierwsze zmiany. Wkurzyłam się, powiedziałam, że to był jej wybór, a w tym semestrze pracujemy fifty- fifty. Na razie i tak muszę jej oddać dwa poranki, tak się złożyło, ale co będzie dalej- się zobaczy. Rozciąga się to wszystko w czasie, bo pracujemy w trybie 2 poranki, 3 popołudniówki albo odwrotnie. Atmosfera jest gęsta... Co prawda- jak mawia Urszula Dudziak- "wolę być szczęśliwa, niż mieć rację", ale tyczy się to raczej związku i innych sfer życia, a nie pracy. Tutaj muszę być twarda, nie będę robić komuś "dobrze" swoim kosztem.

      Czytelniczo- rok rozpoczęłam mocno i brutalnie- książkami Maxa Czornego (?- odmiana?) "Grzech", "Ofiara", "Pokuta" i "Najszczęśliwsza". Pierwsze trzy tworzą trylogię z komisarzem Erykiem Deryło. Bardzo brutalne, naturalistyczne, wręcz anatomiczne opisy okaleczanych przez zwyrodnialca ciał. Nie dla ludzi o słabych nerwach i żołądkach, raczej nie czytać przy jedzeniu.A ostatnia strona ostatniej części po prostu mnie rozwaliła. Really???!!! W sumie furtka do kontynuacji, ale oby nie było jak z Forstem Mroza. Ta czwarta pozycja zupełnie poza nurtem, ciekawe, wciągające, zaskakujący koniec.

      Do tego- zbiór opowiadań Marty Kisiel "Pierwsze słowo". I o ile większość była mi znana z innych źródeł, tak ostanie- tytułowe- położyło mnie na łopatki i nie mogę się po nim pozbierać. "Uważaj, czego sobie życzysz"...

      Żeby nie było, że preferuję polskich autorów (bo tak jest)- trzy pozycje zagraniczne: Sandie Jones "Rywalka", Robert Bryndza "Ostatni oddech"- ciąg dalszy śledztw Eriki Foster, i S.L. Grey- "Apartament". Wszystkie - poprawne czytadła dla zabicia czasu. "Rywalka"- okazuje się, że nic nie jest takie, jak się wydaje. A w "Apartamencie" gdzieś bardzo daleko w tle "pobrzmiewał" mi "Wstręt"Romana Polańskiego. Może przez klimat- duszny i ciężki? W trakcie lektury zastanawiałam się, jak można popełnić tyle błędów przed daleką bądź co bądź podróżą?

      Wróćmy do polskich autorów. Przed spotkaniem autorskim z Urszulą Dudziak wypożyczyłam sobie z biblioteki jej dwie książki: "Wyśpiewam Wam wszystko" i Wyśpiewam Wam więcej" Obie czyta się szybciutko, jedna- na jeden dłuższy wieczór. Pierwsza- opisuje głównie pobyt w USA, druga- to taki misz- masz różnych anegdot z gigantyczną pozytywną energią, bijącą z każdej strony. Przyznam się, że przed domówką organizowaną przez Młodego- pokazałam mu ilustrację z tej książki. Mianowicie- skan mandatu na 500 zł "za zakłócanie ciszy nocnej" dla Urszuli Dudziak, która parę minut po 22 któregoś razu chciała "poćwiczyć głos". Skoro takim gwiazdom nie uchodzi na sucho, to jeśli dostanie podobny, niech nie ma pretensji :) Jest pełnoletni, nas akurat nie było, jak chce robić imprezy- to ze wszystkimi konsekwencjami (na szczęście obyło się bez- chyba mamy wyrozumiałych sąsiadów ;) ). Samo spotkanie autorskie- mnóstwo ludzi, zakontraktowana godzina, ani chwili dłużej, opowiedziała parę anegdot z książki... Emanuje niesamowitą energią i świadomością własnego JA- żeby nie powiedzieć zarozumiałością- ale kto ma NAS chwalić, jeśli nie my sami? Mam wrażenie, że to było "spotkanie dla prowincji", na pół gwizdka, bardzo chaotyczne, niech "lizną wielkiego świata i będą zadowoleni". Generalnie duży niedosyt...  Małomiasteczkowe "ą" i "ę" z burmistrzem wręczającym kwiaty...

      Wróćmy do książek. Ostatnio zaczęłam kupować magazyn literacko- kryminalny "Pocisk". I tam spotkałam się z rekomendacją książki Jacka Ostrowskiego "Paragraf 148". Kupiłam ebooka, przeczytałam- i uczucia mam mieszane... Płock, klimaty PRL, nie mówię ze nie było ciekawie, ale to chyba nie do końca "moja bajka"...

      Z zaległości- zaczęłam nadrabiać książki Mariusza Czubaja. Do tej pory nie miałam czasu, zawsze było coś pilniejszego, zobligowało mnie spotkanie autorskie w perspektywie. Jak na razie- jest dobrze, podoba mi się nieidealny komisarz Rudolf Heinz (jak keczup) z "21.37" i "Kołysanki dla mordercy". Zaczęłam czytać trzecią z cyklu "Zanim znowu zabiję", im dalej- tym bardziej wciąga rozgrywka z Inkwizytorem. Jedno "ale"- niektóre książki, osadzone w realiach współczesnych- powinno się czytać w momencie ich powstania. Zbyt wiele odniesień do ówczesnych "tu i teraz", których potem się nie do końca pamięta... "Zanim znowu zabiję" odnosi się do kwietnia 2010, ale Smoleńsk jest tylko w tle, choć przysłania inne sprawy. Nie wiem, jak będzie dalej, jestem po lekturze 1/4, różni się od poprzednich pierwszoosobową narracją, jak na razie - moim zdaniem- warto. Jak ktoś szuka wciągających kryminałów i nie zrażają go odniesienia (już- niestety) historyczne- polecam.

      Żeby nie było, że tylko czytam- czasami również oglądam. Co tydzień- dwie "święte godziny" na "Chirurgów" i "Rezydentów" na FOX. Po prostu lubię i tyle. Natomiast obejrzałam również reklamowany mocno "Sex education" na Netflixie. W 4 dni 8 odcinków. Ciurkiem. Wrażenia? Najpierw należy- Z TRUDEM - PRZEBRNĄĆ przez pierwsze dwa odcinki. Myśli, jakie się wtedy nasuwają- czy naprawdę brytyjskie SZESNASTOLATKI myślą tylko o tym i robią tylko to??? Chyba nie jestem targetem dla tego serialu???  A potem- robi się coraz ciekawiej. Na pewno nie jest to serial do oglądania "w tle", np przy przeglądaniu internetu. Zaczęłam oglądać głównie dla Gillian Anderson, chciałam zobaczyć, jak wypadnie w czymś zupełnie innym, niż do tej pory. Serial jest momentami wulgarny, momentami przerysowany- a jednak w bardzo subtelny sposób dotyka problemów braku komunikacji, wykluczeń, niezrozumienia, również- braku miłości rodzicielskiej. Wątek dyrektora, który ma więcej ojcowskiego uczucia dla ucznia "z potencjałem", niż własnego syna - wręcz mnie poraził. I - na uczucia nie ma mocnych, nawet jeśli jest się specjalistą w tej dziedzinie. Polecam- chociażby dla wyrobienia sobie własnego zdania.

      Dziecko starsze podsunęło mi jeszcze również Netflixowy  "End of the f....g world", ale tutaj poległam po pierwszych 10 minutach i zdecydowanie nie będę oglądać dalej. Chyba za stara jestem na komiksową manierę i zastanawianie się "o czym to do jasnej... jest?".

       

       

      Pewnie zanudziłam, ale musiałam nadrobić zaległości. Oby do wiosny :)  I - oby to nie był wiosenny falstart, choć z kalendarza wynika, że to jeszcze za wcześnie.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „3/2019”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 lutego 2019 14:22
  • poniedziałek, 14 stycznia 2019
    • 2/2019

       

      Wczorajszy dzień- pełen radości, miłości i ciepła- nie powinien się był tak skończyć...

      W jakim kraju żyjemy? W jakim kraju będzie żyć następne pokolenie?

      Ostatni gasi światło?

       

      Edit: 15.01.2019

      To nie powinno było się tak skończyć...

      W takich przypadkach jestem za bezwzględnym przywróceniem kary śmierci. Ale jak znam życie- morderca zostanie uznany za niepoczytalnego. I będzie sobie żył jak pączek w maśle na Twój i mój koszt, nie martwiąc się, czym opłacić rachunki i co włożyć do garnka. Sprawiedliwość??? Prawo???

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „2/2019”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 stycznia 2019 08:57
  • sobota, 12 stycznia 2019
    • 1/2019

       

       

      Kiedy na pierwsze dźwięki nagrania, puszczonego właśnie przed DJ-a- biegną wszyscy, nawet ci, co akurat biec nie powinni, bo z powodu nadmiaru wypitego alkoholu niebardzo są w stanie...

      A potem czterdzieścioro osiemnastolatków przez 6 minut tańczy "Belgijkę", bawiąc się przy tym przednio i dając z siebie wszystko. Emanując niesamowitą energią i radością życia. Aż się buzia śmieje i ręce same klaszczą...

      Wrażenia- bezcenne. Za wszytko inne zapłacisz kartą... albo gotówką...  Ale gdzieś z tyłu głowy z całą mocą tego faktu uświadamiasz sobie, że to właśnie do nich należy świat, a Twoje pokolenie "idzie w odstawkę". Radośnie- i smutno jednocześnie...

       

      Tak, zrobiliśmy imprezę osiemnastkową Młodszego. Dla jego znajomych, bo trzeba się było zrewanżować za te wszystkie imprezy, na których był... Małe wesele niemalże... Warunkiem postawionym przez lokal była obecność na sali dorosłych. Więc zaprosiliśmy również chrzestnych, babcie, "pro forma, żeby było"... Musieliśmy dotrwać "do ostatniego gościa", co było najtrudniejsze. Ale nie znałam swojego dziecka z tej strony... Lew salonowy, dusza towarzystwa i... pierwszy tancerz :)  Według nas- impreza udana, według Młodszego też, na szczęście... Wiadomo- nie obyło się bez tych, którzy chwilowo "przesadzili", na szczęście niegroźnie. Impreza skończyła się o 3, zanim wszystko zebraliśmy- była 4... Jestem padnięta do tej pory, nie wyobrażam sobie jeszcze "zespołu dnia następnego" na dodatek...

      A alkoholu i innych dóbr zostało tyle, że można by było zrobić poprawiny... Ale cóż, nie mamy wprawy w organizowaniu tego typu imprez. I może niech tak zostanie ;)

      A za tydzień- studniówka. Na szczęście nie zapisaliśmy się na "pilnowanie", bo impreza ma być do... 6.rano...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 12 stycznia 2019 23:55
  • czwartek, 27 grudnia 2018
    • 53/2018

       

      Święta, święta... i po... czas do pracy... Jak się miało 5 dni wolnych od soboty, to trzeba będzie odrobić... W sylwestra i Nowy Rok, bo mamy dyżur... Ech...

      Jak to dobrze, że jest blog... Szukając wspomnieniowego wpisu o narodzinach Młodszego- natknęłam się na taką perełkę. I jeszcze taką. I o ile zdarzenie z fletem pamiętam, o tyle absurdalnego dialogu o fizyce kwantowej- wcale... Blog jednak pamięta za nas...

      Szkoda, że zniknęli niektórzy komentujący... Za to pojawili się nowi. Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku !!!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 grudnia 2018 09:38
  • sobota, 22 grudnia 2018
  • czwartek, 20 grudnia 2018
    • 51/2018

       

      Mam w kuchni szafkę "spiżarnianą". Stojąca, 150 cm wysokości, na bazie obudowy do pasownej lodówki- czyli głęboka... Taka na małego słonia i 3 żyrafy. Trzymam w niej wszystko- od świątecznej zastawy, przez słoiki i puszki z zapasami- po alkohol ;) I otóż właśnie ta szafeczka przed samymi świętami postanowiła odmówić posłuszeństwa i... zgubić spód. Po prostu śruby mocujące ściankę do spodu przerwały warstwę płyty pilśniowej, która w tym miejscu widocznie była zbyt cienka. Szafeczka jest lekko "przekoszona", przedwczoraj miałam upojny wieczór spędzony na jej opróżnianiu. + wczoraj ksiądz po kolędzie w pakiecie. Do kuchni w tej chwili niebardzo da się wejść, pod stołem, na stole i na blatach stoi zawartość szafeczki... Ale ze świątecznej zastawy potłukły się tylko dwa małe talerzyki, co w tej sytuacji uważam za mały cud... Poza tym wszystko całe ;) W lodówce mam ciasto na pierniczki, których nie mogę upiec, bo nawet nie mam gdzie tego rozwałkować... Naprawa (łatanie?) szafki przez Ślubnego możliwe dopiero w piątek po południu, dobrze, że przynajmniej zmierzył i zamówił pasującą deskę. Dobrze, że od soboty mam wolne, jakoś ogarnę ;)

      I- czy Wy w ferworze przedświątecznych przygotowań też zapominacie, że reszta rodziny będzie chciała coś zjeść na obiad w dni poprzedzające Wigilię? Oprócz świątecznego obiadu? Bo właśnie sobie uświadomiłam, że tak ze trzy danka obiadowe na 4 osoby należałoby jeszcze wymyślić... I uwzględnić przy tym zapchaną do granic możliwości lodówkę... tia... Gar gulaszu meksykańsko węgierskiego - to jest jakaś myśl ;)

      A Święta i tak nadejdą... I w związku z tym życzę Wszystkim tu zaglądającym Zdrowia i Spokoju. I jak najmniej niespodzianek w postaci rozlatujących się szafeczek :)

      WESOŁYCH ŚWIĄT !!!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „51/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 grudnia 2018 10:13
  • niedziela, 16 grudnia 2018
    • 50/2018

       

      Wczoraj nareszcie udało mi się dotrzeć do kina na "Bohemian Rhapsidy". Podobało mi się BARDZO, wcale się nie dziwię, że są osoby, które oglądają ten film po kilkanaście razy. Pewien niedosyt, że skończyło się akurat w tym miejscu, że nie było historii nagrań z Montserrat Caballe, ale poza tym zdecydowanie warto. I nawet poleciała mi łezka przy pierwszych taktach koncertu Live Aid... Ech... Obsada aktorska- wbrew kontrowersjom- świetna. Nie jest to zdecydowanie film na Oscara, chociaż odtwórca roli Freddiego- Rami Malek- ma na tę nominację spore szanse.

      Przyznam się, że w tzw "czasie rzeczywistym" Queen "działali mi na nerwy". Byłam wtedy nastolatką, słuchałam innych rzeczy, ta muzyka wydawała mi się zbyt udziwniona. Dopiero teraz doceniam jej kunszt. Nawet Starszy powiedział niedawno, że "do Queen trzeba dojrzeć". I to jest prawda...

      Jeszcze dwa spostrzeżenia. Po pierwsze- może jakoś za specjalnie nie interesuję się współczesną muzyką rozrywkową, ale śmiem twierdzić, że obecnie NIE MA GWIAZD na miarę tamtych czasów. Nie przychodzi mi do głowy ani jedno nazwisko artysty rockowego czy popowego tego pokolenia, który byłby w stanie swoim koncertem zapełnić np stadion Wembley. Bo nie mówię tu o "dinozaurach" typu Rolling Stones, gdzie biletów na koncert na stadionie narodowym po prostu nie byłam w stanie kupić, bo wyrzucało mnie ze strony logowania z powodu przeciążenia strony. A stadion był pełny. NIE MA artystów miary U2, Queen, Pink Floyd, Davida Bowie, Eltona Johna, Michaela Jacksona, Madonny czy Tiny Turner.  Jennifer Lopez? Lady Gaga? Chyba jednak nie ten kaliber... Drugie spostrzeżenie- nie wiem, czy współcześni artyści skrzyknęliby się w projekcie typu Live Aid. Mam wrażenie, że obecnie taki projekt po prostu by nie wypalił. Inne czasy, inni ludzie, więcej zawiści? Mniej poczucia wspólnoty? Każdy sobie?  Nie ma kogoś na miarę Boba Geldofa, który mógłby skoordynować to wszystko? Bo dla kogo- byłoby na pewno. Weźmy chociażby tragedię Syrii...

      Film jest na ekranach od 2.11. pewnie jeszcze trochę czasu będzie grany. Zachęcam do obejrzenia- nie tylko fanów Queen. To naprawdę nie są stracone godziny.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „50/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 grudnia 2018 18:16
  • czwartek, 06 grudnia 2018
    • 49/2018

       

       Zastanawiam się od jakiegoś czasu, dlaczego pokolenie urodzone w latach 30. i 40. XX wieku jest tak zajadłe i zapiekłe w nienawiści. I nieważne, że krzywda (prawdziwa czy wyimaginowana- ciężko już w tej chwili dociec, zresztą poza samymi zainteresowanymi tak naprawdę nikogo to już nie obchodzi) wydarzyła się 60 czy 70 lat wcześniej. Że większa część "krzywdzicieli" i "pokrzywdzonych" nie żyje, a potomkowie tak naprawdę nie wiedzą, co się stało i wolą nie wiedzieć i żyć w zgodzie... Nie mówię tutaj o zbrodniach wojennych, bo to zupełnie inna sprawa, ale o sporach typu "Pawlak- Kargul". Przykłady mam w bliskiej rodzinie.

      Teściowa od prawie 30 lat wykłóca się ze swoją szwagierką o nieruchomość. Położoną na wsi zabitej dechami, stan "do rozbiórki". Koszt ewentualnego remontu znacznie przewyższałby koszt działki, uzyskanej po rozbiórce- oczywiście pod warunkiem, że znalazłby się kupiec. Mój mąż z siostrą i córki ciotki jako bezpośredni spadkobiercy najchętniej zapomnieliby o całej sytuacji, zresztą prawa do tego "czegoś" mają ponoć jeszcze jacyś dalsi krewni, również ubezwłasnowolnieni sądowo. Rodzinne piekiełko. Teściowa ma pretensje do syna (a mojego męża) o to, że utrzymuje dosyć bliskie kontakty ze swoimi ciotecznymi siostrami. A my jako pokolenie nie chcielibyśmy, żeby "spór o nic" zaważył również na kontaktach naszych dzieci. Na pytania męża "mamo, ale co ty właściwie chcesz osiągnąć?" podnosi się krzyk, że nic nie wie i że jest za głupi, a ona tego, co jej się prawnie (???) po swoim mężu należy- nie odpuści.

      Żeby nie było, że jestem stronnicza w ocenie... Moja Mama ma 5 sióstr- jedną rodzoną i 4 przyrodnie. Wszystkie jeszcze żyją. Mama była najstarsza, bardzo wcześnie straciła matkę, jej ojciec ożenił się powtórnie. W tle wojna, Mama jest rocznik '34. I im jest starsza, tym ma większą pretensję do całego świata, że ojciec lepiej traktował jej siostry przyrodnie, że one dostały spadek (jaki spadek???!!! pamiętam jako dziecko byłam tam parę razy, wieś zabita dechami, bieda aż piszczy...). Uczciwie trzeba przyznać, że jak na tamte warunki wszystkie dziewczyny dostały wykształcenie- zawodowe, ale zawsze. I wszystkie "wyszły na ludzi", powychodziły za mąż, odchowały dzieci... O co mieć pretensję???!!! Po co wywlekać, że zawsze czuła się pokrzywdzona? Przecież to już nic nie zmieni. A nawet jeśli jakieś pieniądze ze sprzedaży ziemi po dziadku były (bo się ponoć potem okazało, że tam można kopać żwir i sprzedawać...) i nie została spłacona przez siostry- czy to jest w tej chwili ważne???!!! Nie lepiej cieszyć się tym, że dzieci doszły do czegoś w życiu, ma się wnuki, ma się gdzie mieszkać, emerytury wystarcza i zdrowie w miarę jeszcze dopisuje? Nie, lepiej skakać wszystkim do gardeł i żalić się, jak to wszyscy ją w życiu oszukali... W związku z tym najbliższą ciotkę (rodzoną siostrę mamy) widziałam z 8 lat temu, jej syna- a mojego brata ciotecznego- to już nie pamiętam, kiedy... Może na naszym ślubie??? Jego dorosłych już w tej chwili córek- chyba wcale... A mieszkamy od siebie w prostej linii może ze 40 km... Z pozostałymi czterema ciotkami to chyba miałabym problem już nawet z imionami... I tylko od czasu do czasu są żale, że znowu rozmawiała z którąś ciotką przez telefon i znowu się pokłóciła... Dobrze, że linia telefoniczna zniesie wszystko... A na moje pytanie: "ale po co ci to i co z tego będziesz miała, że się pokłócisz- zszargane nerwy, skoki ciśnienia i bezsenne noce?" odpowiada, że nic nie rozumiem i że nic mnie nie obchodzi... To ja już wolę, żeby mnie nie obchodziło, jeśli mam roztrząsać co, kto i z kim, nie dając racji drugiej stronie. i do tego mając jeszcze uwzględniać minione pół wieku...

      To już teraz mamy pełny obraz... Jak się moja Mama z moją teściową dorwą do dyskusji przy jednym (zazwyczaj moim wigilijnym) stole, to mam ochotę trzasnąć drzwiami i uciec, gdzie pieprz rośnie... Bo to nie jest kulturalna dyskusja starszych pań o tym, co było kiedyś. To jest wzajemne licytowanie się, "która miała w życiu gorzej". Przykre jest patrzenie na dwie panie-koło-osiemdziesiątki, przekrzykujące się wzajemnie, czerwone ze złości i gniewu... Na co? tak do końca nie wiadomo...  A próby pokojowego zażegnania konfliktu (???- zażartej dyskusji???) kończą się tym, że mój mąż w trybie natychmiastowym odwozi teściową, a moja mama obrażona wychodzi, trzaskając drzwiami... Moje dorosłe dzieci zdążyły się już do tego przyzwyczaić, ale dla córek mojego brata (4 i 7 lat) jest to sytuacja dosyć ciężka do wytłumaczenia....

      Dlatego tak bardzo nie lubię świąt...  A ponieważ parę razy już tak było- pewnie będzie "powtórka z rozrywki". Chyba, że teściowa pójdzie na wigilię do córki, w co szczerze wątpię, bo od lat jest skłócona z zięciem i oświadczyła, że "przy jednym stole z nim nie usiądzie". Co nie przeszkadza jej oczywiście odgrywać gorliwej katoliczki co-niedziela-w kościele, chodzić do spowiedzi i komunii... Katolicyzm w polskim wydaniu...

      Mam dość...

      ...po czym co roku żalę się na blogu, zaciskam zęby i idę robić święta...

      ...uprzedzając: wyjazd do ciepłych krajów nie wchodzi w grę, bo w tym czasie nie dostanę urlopu, taki zawód, taka praca...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „49/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 grudnia 2018 12:55
  • niedziela, 02 grudnia 2018
    • 48/2018

       

      Jak co roku pod jego koniec (matko, to już???) mam coraz mniej ochoty na cokolwiek: pracę, rodzinę, święta... W pracy dwa tygodnie nie mogłyśmy się dogadać co do daty remanentu. Nocnego oczywiście, w nocy z soboty na niedzielę... W końcu ktoś rzucił 22.12... Złapałam pianę... Bo jak nic nikogo nie obchodzi, bo się idzie co roku do teściowej na Wigilię i Święta to sobie można remanenty robić... Gorzej, jak trzeba takie Święta dla reszty rodziny przygotować... Dlatego mam ochotę co najmniej "się rozchorować", bo od kilkunastu lat wszyscy się przyzwyczaili, że "Wigilia u cytrynki"... Tia... Obym nie wypowiedziała w złą godzinę, zaciskam zęby i robię... Moja Mama, całkiem sprawna i zdrowa jak na swój wiek osoba- ma 84 lata... I w tyle głowy ma się tę świadomość, że każde święta z Nią mogą być tymi ostatnimi... Do mojego brata nie pojedzie, bo jest duży problem z chorobą lokomocyjną, tak, że robię i w tym roku... I brata też zapraszam z żoną i dziećmi. I teściową na dokładkę... Jak zwykle... Dobrze, że wszyscy wiedzą, że pozostałe dwa dni jesteśmy aspołeczni i kisimy się wyłącznie we własnym sosiku :)

      A poza tym zapowiedziałam, że 22.12 nie przyjdę na remanent, nawet pod groźbą natychmiastowej dyscyplinarki (w sumie po "jeździe" z zeszłego roku naprawdę mało prawdopodobne, ale dobrze brzmi, prawda?). Po prostu- moje Młodsze Dziecko kończy 18. lat TYLKO RAZ w życiu, DOKŁADNIE WTEDY, a remanent można napisać KAŻDEGO INNEGO dnia. Po wytoczeniu przeze mnie tak ciężkiego działa w końcu uradzone, że piszemy za tydzień. Bardziej pasowała mi miniona sobota, z różnych przyczyn, ale swoje veto wykorzystałam. Moim zdaniem ten termin też jest zbyt późny, ale trudno... Jakoś to będzie...

      Książkowo: Skończyłam zapoznawanie się z twórczością Joanny Opiat- Bojarskiej. I zdecydowanie- ta pani ma dar tworzenie niemożliwie wkurzających postaci żeńskich. Bo zarówno cykl z Anną Rogozińską, jak i z Aleksandrą Wilk podobał mi się średnio... Książki poprawne, intryga też, ale jakoś tak... nijak... Mam wrażenie, że bohaterka ostatniego cyklu- pani psycholog- nie do końca przepracowała traumę z młodości ze swoim "supervisorem" (tak to się chyba nazywa), bo momentami- dla mnie- zachowuje się irracjonalnie. Z drugiej strony- na spotkaniu z Autorką zapytałam Ją o motywację bohaterki. I w świetle najnowszej powieści- "Kryształowi" faktycznie- mogła się aż tak bać... Ta ostatnia pozycja- według mnie bardzo dobra. Mocna, brutalna, momentami wręcz wulgarna. Aż dziwne się wydaje w trakcie lektury, że taką książkę, takim językiem- napisała kobieta. Jestem pod wrażeniem researchu do książki, odbytych rozmów, zapoznawania się ze specyfiką pracy "policji w policji". Nie jest to wywiad ani opis, ale fabuła mocno oparta na faktach i prawdziwych wydarzeniach. Powtarzam się, bo o tej książce już pisałam, ale spotkanie autorskie tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że pierwsze wrażenie nie było mylne.

      Dla "rozluźnienia" tematyki- wzięłam się za zupełnie inną autorkę. Ałbena Grabowska, pół Bułgarka, pół Polka, do tego lekarka, neurolog, epileptolog. Intrygujące, prawda? Najpierw- żeby za mocno nie przeskakiwać- kryminał "Ostatnia chowa klucz". Miałam wrażenie, że atmosfera w pewnym momencie zaczyna przypominać Twin Peaks... I tak naprawdę autorka do końca wodzi nas za nos. Narracja niespieszna, co po galopujących "Kryształowych" trochę mi przeszkadzało. Potem przeczytałam  "Kości proroka". Narracja w trzech planach czasowych, łączy się to wszystko zgrabnie w całość, jakieś 6-7/10. I potem wzięłam się za sagę rodzinną "Stulecie Winnych". Niby sagi rodzinne to trochę nie moja bajka, ale tę połknęłam- trzy tomy w pięć dni, przy normalnym chodzeniu do pracy i innych obowiązkach... Dawno dla żadnej książki tak nie zarywałam nocy. Co prawda w połowie trzeciego tomu trochę się pogubiłam w tych wszystkich dzieciach, mężach i kuzynkach- ale czytało się rewelacyjnie. Na końcu trzeciego tomu są drzewa genealogiczne, ale czytałam w ebooku i nie do końca mi wszystko chodziło.

      Ale "Alicja w krainie czasów" już taka wciągająca nie jest... Jakby autorka nie mogła sie zdecydować- czy pisze dla dzieci- czy dla dorosłych... Albo ja za stara jestem... ;)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „48/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 grudnia 2018 19:55
  • wtorek, 13 listopada 2018
    • 47/2018

       

      Wczorajszy alergolog zaliczony, bez problemu. Potwierdza się fakt, że w poradni prywatnej na kontrakcie z NFZ panuje jednak większy porządek, niż w państwowych molochach. Wizyta na 11, bez kolejki, niejako "z marszu". Testy skórne, u Młodego też spirometria. U mnie na skórze nic nie wyszło, a objawowo mam alergię na pyłki w pełnym okresie pylenia. Ki czort? Ponoć czasem tak jest. Natomiast Młody- masakra... Od kilku miesięcy skarżył się na permanentne zmęczenie, kiepski sen, ospałość w ciągu dnia. Wyszła... silna alergia na roztocza kurzu, Objętość płuc na spirometrii- 80% normy :(   Na granicy leczenia sterydami. Zalecenie chodzenia na basen, którego Młody nie znosi- celem poprawy objętości płuc.... W perspektywie odczulanie. Do tego generalne sprzątanie, wymiana poduszki, materaca, pościeli. Wywalenie dywanu- a pod dywanem mamy "pływający" parkiet, po prostu po 20 latach klej przestał trzymać. Wymiana podłogi? Do tego muszę się przyznać, że jeśli chodzi o kurze- to pedantką nigdy nie byłam i pewnie nie będę. I te książki na otwartych półkach, też zbierające kurz... Na szczęście nie may firanek i zasłonek, tylko żaluzje na dachowych oknach. Zalecenie wietrzenia- ok. Tylko jak się wieczorem u nas otworzy okna, to czuć dokładnie wszystko, czym ludzie palą w piecach. Plastik, stare szafy... Czyżby czekało nas kupno oczyszczacza powietrza? Kolejny wydatek, kolejny mebel... A Młody za rok pewnie i tak się wyprowadzi... Ale ten rok powinien przeżyć we względnym komforcie...

      Do tego pani alergolog zasugerowała, ze na następnej wizycie też założy mi testy na roztocza. Masakra...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „47/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 listopada 2018 08:32
  • czwartek, 08 listopada 2018
    • 46/2018

       

      No i mamy "dzień wolny". Bez komentarza, bo nóż mi się w kieszeni otwiera. I do tej pory nie wiem, czy moja zaplanowana wizyta się odbędzie. Jak dzwoniłam we wtorek, to usłyszałam, że "POZ-u nie ma, ale specjaliści mają przyjmować". I jeszcze coś w stylu "nie dzwoń o nas, my zadzwonimy do ciebie, jakby się coś zmieniło". Ale to było we wtorek... I ja też nie wiem, czy pracuję, czy nie, w razie wizyty- czy mam brać wolne... Paranoja... "Co by tu jeszcze sp.... panowie, co by tu jeszcze..." - za nieodżałowanym Wojciechem Młynarskim pasuje tutaj jak ulał. Telefon na razie milczy, ale i tak nie wytrzymam i jutro zadzwonię. A efekt pewnie będzie taki, ze pojadę na wizytę, bo przecież ma się odbyć, stracę pół dnia i pocałuję klamkę... Poczekamy, zobaczymy. Ale wkurzam się bardzo. Mam nadzieję, że parę osób przejrzało na oczy i da o tym znać przy głosowaniu w następnych wyborach...

      Czytam sobie... panią Opiat- Bojarską. I muszę powiedzieć, że cykl z dziennikarką śledczą Anną Rogozińską "rozkręcił się" trochę w kolejnych tomach. Bohaterka trochę wkurzająca, lektura poprawna. Potem wzięłam się za cykl z policjantami- Burzyńskim i Majewskim. I podobało mi się dużo bardziej, wciągające, ośmielam się napisać, że tylko leciutko gorsze od cyklu pani Rogali :). Jak ktoś gustuje- polecam. I potem- za ciosem, jak wszystko, to wszystko- cykl z psycholog Aleksandrą Wilk. Bohaterka MEGA- wkurzająca, dużo ciekawsza jest policjantka Urszula Zimińska, która pojawia się w drugim tomie cyklu i w sumie jest równorzędną bohaterką trzeciego. Postępowania pani psycholog nie usprawiedliwiają (przynajmniej dla mnie) jej przejścia w młodości. No nie, i już, nie przemawia to do mnie...

      W tzw. "międzyczasie" trafiła mi się jeszcze najnowsza książka autorki- "Kryształowi. Świeża krew". Bardzo mocna, wulgarna i brutalna. Ale w sumie- takie chyba jest opisywane środowisko. Polecać za wszelką cenę nie będę, bo niektórych mogą zniesmaczyć co dosadniejsze opisy... Każdy musi sam wyrobić sobie swoje zdanie. Trudno powiedzieć, że mi się podobało, bo to nie jest książka "do podobania". Dopiero mniej więcej w 1/3 ogarnęłam, kto jest kim, kto gra w której drużynie- choć to nie do końca jest pewne... Dla tych, którzy przeczytają- Paula jest dla mnie zagadką, może w następnej części coś się rozjaśni? Aż dziwne, że tak brutalną książkę napisała kobieta...

      A po tamtej książce bardzo boleśnie odczułam, że ważne jest sąsiedztwo, co po czym się czyta. Bo "Blogostan" tej samej autorki- to kompletnie inna bajka. Ze trzy razy sprawdzałam w czasie lektury czy to NA PEWNO ta pani Opiat- Bojarska. Nie ten warsztat, nie ta tematyka, nie... Może zbyt kontrastowa w stosunku do "Kryształowych", w sumie ponad pięć lat różnicy w czasie wydania, nic dziwnego, że tak bardzo czuje się przepaść. Ale autorce zdecydowanie lepiej wychodzi kreowanie postaci męskich, niż żeńskich, co "Blogostan" niestety, potwierdza. Kolejna wkurzająca babka... Albo ja zdecydowanie bardziej wolę literaturę "męską", niż tzw. "kobiecą"...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 listopada 2018 12:18
  • czwartek, 25 października 2018
    • 45/2018

       

      Nasz popier... (przepraszam za wyrażenie, ale muszę, inaczej się uduszę) sejm zafundował nam wolne 12.11.

      Nie to, żebym na ten dzień miała umówioną wizytę u alergologa, na którą czekałam pół roku (i tak krótko...) Dziś dzwoniłam, mają przepisywać na inne terminy, podobno już nie półroczne... I znów kombinatoryka, wolne, zamiany, uda się dojechać czy nie. Masakra... A co z ludźmi, którzy czekali po dwa lata na planowe operacje, na rozprawy sądowe itd? Tego już nasi zidiociali parlamentarzyści nie przewidzieli. Niech mnie pozywają za zniesławienie, trudno, to MOJE miejsce i piszę, co myślę.

      A w związku z tym, ze szefowa jednak weszła do rady gminy- niech się wali i pali, wszystko będzie TEMU podporządkowane. Już teraz mam problem z połówką dnia wolnego na innego lekarza- bo przecież wtedy PEWNIE BĘDZIE RADA. Tia... Pewnie...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „45/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 października 2018 09:59
  • niedziela, 21 października 2018
    • 44/2018

       

      Wczoraj udało mi się w końcu dotrzeć do kina na najgłośniejszy film ostatnich tygodni. Pierwsze zaskoczenie- pora późnopopołudniowa, trzeci tydzień po premierze, kino na ponad 100 miejsc i praktycznie pełne, łącznie z pierwszym rzędem i "bokami". Seanse praktycznie co godzinę, na późniejszy też już było kiepsko z miejscami.

      Sam film- poruszający. Trzeba obejrzeć, chociażby po to, żeby nikt nie wciskał kitu, że to "tania sensacja".  Tam nie ma nic taniego. I nic sensacyjnego, o czym - głośniej czy ciszej- już nie mówiono. Jeśli ktoś widział trailer i spodziewa się czegoś w rodzaju komedii- srodze się rozczaruje. Bo zapowiedź jest zmontowana z NAJLŻEJSZYCH momentów filmu. To opowieść o ludziach BARDZO skrzywdzonych w dzieciństwie, których marzenia rozbiły się w konfrontacji z rzeczywistością. + syndrom sztokholmski w pakiecie. Zagrane rewelacyjnie, przez Arkadiusza Jakubika, Roberta Więckiewicza i Jacka Braciaka. Szczególnie rola tego ostatniego zapada w pamięć. Śliski jak wąż, usiłujący odkupić winy prezentami, jednocześnie- nie cofający się przed niczym, aby osiągnąć swój cel. Parę rzeczy zagranych jest na półcieniach, w sposób nieoczywisty. Nie będę opisywać szczegółowo, uwagę zwracają ciche prywatne rozmowy młodych księży z otoczenia arcybiskupa. I sposób wyjaśnienia nocnego wypadku- też pozostawia widza niejako "w zawieszeniu"- prawda czy fałsz? No właśnie...

      Ostrzegam tych, którzy chcą oglądać wersję internetową, skądś tam ściągniętą.  Po pierwsze jakość- kręcona kamerą z ręki w kinie... Litości... Po drugie- urwane jakieś 40 minut filmu, cały trwa około 2h20'.

      I ostatnia scena, ostatnie ujęcie kamery- wgniata w fotel...

      Jeśli ktoś nie był- niech idzie do kina obejrzeć, niezależnie od reprezentowanej opcji politycznej. Chociażby po to, żeby mieć własne zdanie na ten temat. Ja jakąś kinomanką nie jestem, do kina chadzam bardzo rzadko. Ale ten film zapamiętam na bardzo długo. Zostaje...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „44/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 października 2018 18:25
  • wtorek, 16 października 2018
    • 43/2018

       

      Jednak nie udało mi się w weekend iść do kina. Po pracy w sobotę byłam padnięta, Ślubnemu też się nie chciało. Poza tym przyjechał Starszy, woleliśmy wspólnie posiedzieć i pogadać na tematy różne. Mam nadzieję, że z moim "zapłonem" wyrobię się do kina, zanim przestaną to grać...

      Natomiast miałam bardzo wątpliwą "przyjemność" obejrzeć na własne oczy, jak wygląda "owadzi" sklep w sobotę późnym wieczorem, przed niedzielą bez handlu. Nota bene- w miejscu, gdzie 95% klientów stanowili robotnicy sezonowi zza wschodniej granicy. Otóż- wcale się nie dziwię, że poniedziałkowa zmiana może zaczynać się o 0.15. Sklep- jak po przejściu szarańczy, puste półki, porozrzucane kartony w przejściach, porozlewane jakieś płyny spożywcze i nie tylko... nie było komu dołożyć towaru ani zrobić choć trochę porządku, bo wszyscy pracownicy siedzieli na kasach. Do kas- kolejki na pół godziny stania, wyładowane po brzegi kosze... Weszliśmy, popatrzyliśmy, wyszliśmy i pojechaliśmy dalej… A wystarczyłby tylko sztywny zapis w kodeksie pracy, że KAŻDEMU pracownikowi należą się CO NAJMNIEJ dwa wolne weekendy w miesiącu. I godziwe wynagrodzenie za pracę w niedziele- 200% stawki. Tak trudno było pomyśleć...

      Skończyłam Katarzynę Bondę- "Lampiony" i "Czerwonego pająka". I uczucia mam mieszane... Szczególnie "Lampiony" są mocno przegadane, ale parę smaczków jest. Natomiast "Pająk" to już jazda po bandzie na całego, trzeba się mocno zastanawiać, kto jest kim, żeby się nie pogubić. Miałam długą przerwę między dwoma poprzednimi częściami cyklu, a bieżącymi. A z Autorki zdecydowanie "wychodzi" dziennikarstwo śledcze. Sposób opisywania wydarzeń, a szczególnie ich okoliczności- jest bardzo dogłębny, momentami aż za. Co przekłada się na objętość książek.Myślę, że każdy powinien sam wyrobić sobie zdanie po lekturze. Mi osobiście chyba seria z Hubertem Meyerem podobała się bardziej, ale pamiętam z niej baaaardzo niewiele. Ot, takie ogólne wrażenie, że tamto chyba jednak było lepsze, mniej przegadane.

      Mam ochotę na ten nowy program telewizyjny "Opowiem ci o zbrodni", ale niestety moja kablówka nie ma tego kanału w ofercie. Mam nadzieję, że po emisji odcinki pojawią się w odmętach internetu i będzie okazja obejrzeć.

      Co czytam teraz? Na swoją kolej doczekała się pani Opiat- Bojarska. Na pierwszy ogień poszła seria z dziennikarką Anną Rogozińską, książka "Słodkich snów, Anno". Przyznam się, że bohaterka wkurza mnie na maksa, niby autorka chce, żeby była sympatyczna, delikatna, miła. Ale Anna nie waha się też manipulować ludźmi i robić tego, co w danej chwili będzie dla niej opłacalne. Uczucia takie, że... chyba nie pociągnę serii dalej, co mi się rzadko zdarza. Co prawda jeszcze nie skończyłam pierwszego tomu, może zakończenie będzie takie, że będę obgryzać paznokcie ze zniecierpliwienia - co dalej? Wtedy- może... Dam też jeszcze szansę - tej samej autorki- duetowi Burzyński- Majewski, może będzie lepiej.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 października 2018 10:56
  • czwartek, 11 października 2018
    • 42/2018

       

       

      Minęły raptem trzy tygodnie od mojego powrotu z urlopu. Niestety, przypomina mi o nim już tylko schodząca opalenizna...

      Przez to, że prawie trzy tygodnie września spędziłam odcięta od życia- nie mogę się w tej chwili umiejscowić w czasoprzestrzeni. Nie dochodzi do mnie, że jest połowa października, że za chwilę Wszystkich Świętych... A i pogoda nie sprzyja w tym odnajdywaniu się, bo i słońce, i temperatury prawie letnie. Z drugiej strony- przydałby się deszcz, bo jest potworna susza...

      Po powrocie z urlopu zostałam w pracy zaskoczona "nowym" grafikiem. Otóż koleżanka techniczka, z wykształcenia magisterskiego  chemik- podłapała etat nauczycielki chemii w szkole. Na razie 1 semestr na zastępstwo, ale pełny etat. Nauczycielski, czyli mniej godzin, ale... I takim to sposobem mam tylko 1 popołudniówkę w tygodniu, bo koleżanka rano ma lekcje w szkole, a potem wraca do apteki- też pełny etat. Czasem się spóźnia, bo szkoła w miejscu z dosyć długim dojazdem, zdarzają się korki. Szefowa też nie jest zachwycona, ale dopóki dogadujemy się między sobą, to się nie wtrąca... Mamy do końca roku wybrać jeszcze urlopy, w sumie kilka dni, ale w tym układzie nie ma kiedy... Koleżanka wybiera wolne jak ma posiedzenia rady albo szkolenia, szefowa kręci nosem... Gdybym miała mieć prawie same popołudniówki do 20- też pewnie bym się nie zgodziła, ale skoro tak- na razie się nie odzywam. Chociaż już dwa razy w ciągu minionych trzech tygodni z powodu nagłych zawirowań pracowych musiałam przełożyć ściąganie kamienia u dentysty. Bo niby pracuję teraz we w miarę stałych godzinach, nie muszę liczyć, że w tym tygodniu w środę o 17 mogę, a w następnym nie- ale zawsze coś się skrzaczy...

      Bo- uwaga- szefowa kandyduje na radną do rady gminy, biega na jakieś zebrania itd...Kampania wyborcza w pełni. Jeśli wejdzie- będzie jeszcze bardziej wariacko... Poczekamy, zobaczymy... Najgorsze jest to, że wszystko to układy i układziki. Część znajomych kandydujących osób firmuje „coś” swoją twarzą, ale na pytania o to, kogo reprezentują  i gdzie kandydują- rada gminy czy powiatu- pada odpowiedź „Nie wiem. Przyszedł xxx i poprosił, żebym kandydował, to kandyduję…” Straszne to jest, bo w tych wyborach głosujemy na ludzi. I potem się okazuje, że mamy zagłosować na kumpla, który niekoniecznie (przynajmniej w wyborach) popiera nasze poglądy polityczne. A ilu „kandydatów” nawet nie wie, czy popiera ich- przykładowo- SLD czy PiS, bo startują z jakiejś listy „komitetowej”, nie do końca przejrzystej? Jak mamy takich potencjalnych radnych, to co się potem dziwić, że rady funkcjonują tak, jak funkcjonują? Ktoś jest np. fryzjerem, czy ma sklep- zna go dużo ludzi, jest werbowany, niech swoją twarzą „podeprze” naszą „jedynkę” na liście… Ech… polityka to szambo…

      Młodszy w klasie maturalnej... Czarno to widzę... Ostatnio oświadczył, że może by tak zdawać historię rozszerzoną na maturze, bo może zamiast politechniki- poszedłby na SGH? Profil mat-fiz, historii w trzeciej klasie jak na lekarstwo, z matematyki korepetycje, z fizyki jest cieniutki... "Nie widzi się" w zasadzie nigdzie... Ręce opadają, bo trochę za późno na totalne zmiany wyborów... O Starszego byłam spokojna, a Młody... Małe dziecko- mały kłopot... duże... ech...

      Do tego Młodszy za chwilę oficjalnie kończy 18. I- jako że bywał na imprezach praktycznie co tydzień - należałoby też coś takiego urządzić "w rewanżu" dla znajomych. Owszem, liczyłam się z tym, ale po wstępnych obliczeniach wyszło małe wesele... 60-70 osób z rodziną. No dobra... Lokal wynajęty, termin ustalony. Młody ma urodziny tuż przed Gwiazdką, stwierdziliśmy, że robimy po przerwie świątecznej, bo przed- to i Adwent, i część wyjeżdża. Studniówka w liceum zawsze była w ostatni weekend przed feriami, czyli tydzień przed osiemnastka - będzie dobrze... A tu przedwczoraj- niespodzianka... Bo studniówka jest też tydzień przed... Na biegu telefon do lokalu, zamieszanie z terminem... Na szczęście się dało jeszcze tydzień przed... W razie czego- jest czas na oddanie garnituru do pralni, a nawet kupno nowego, jakby co... Jak ja nie lubię takich sytuacji...

      I w te wszystkie zawirowania czasowo-pracowe chcę jeszcze wcisnąć parę spotkań w naszej powiatowej bibliotece. Na wiosnę byłam na dwóch- z Olgą Rudnicką i z Katarzyną Bereniką Miszczuk. Oba bardzo mi się podobały, bo i twórczość obu pań znam dosyć dobrze. Było świetnie. Stwierdziłam, ze jak będą następne- też będę chodzić. I niech nikt nie mówi, że w naszym grajdołku się nic nie dzieje. W perspektywie jest spotkanie z Katarzyną Bondą i - jeszcze nieoficjalnie- z Małgorzatą Rogalą. Już się cieszę. W sumie pani Bonda nie jest moją najulubieńszą autorką, ale jeśli tylko praca mi nie przeszkodzi- to pójdę. Czas zacząć się ukulturalniać... Szkoda tylko, że na te spotkania przychodzi tak mało osób, które mają chociaż blade pojęcie o twórczości zaproszonego autora... Patrz-ostatnie spotkanie z Autorem, opisane jako "kameralne", na którym było... 12 osób... Wstyd po prostu... Połowę audytorium stanowił Klub Seniora, którego członkowie (a właściwie członkinie) chodzą na wszystkie wydarzenia kulturalne, niekoniecznie mając pojęcie, kim jest zaproszona akurat osoba. I potem jest głupio, bo pada sformułowanie "Może jakieś pytania do naszego Gościa?"  I odzywam się ja... i ja... i ja... I potem długo nikt, i znów ja... Podobno jesień nie jest dobrą porą na tego typu imprezy, lepsza jest wiosna. Długie, jesienne wieczory nie nastrajają do wyjścia z domu. Ale trzeba. I muszę jeszcze wyciągnąć Ślubnego do kina na najgłośniejszy film ostatniego miesiąca. A w listopadzie na "Bohemian Rhapsody", KONIECZNIE!!!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „42/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 października 2018 10:52
  • sobota, 29 września 2018
    • 41/2018

       

      Urlop, urlop- i po urlopie... Był rewelacyjny, tak, jak lubię- leżak, parasol, czytnik...  Plaża, spacery... Ale- mam wrażenie, że Wyspy Kanaryjskie zaczynają padać ofiarą własnej popularności. Bo jeszcze ze 4 lata temu, jako- tako znając język- można było bez problemu znaleźć pracę, wynająć mieszkanie i się utrzymać. Bo przy pensji 1000- 1300 euro sensowne mieszkanie kosztowało 300-400 miesięcznie, za resztę- bez szaleństw- ale dawało się przeżyć, nawet z jednej pensji. W tej chwili mieszkań na wynajem długoterminowy po prostu brakuje, bo właściciele wolą wynajmować turystom, z kilkukrotnie większym zyskiem. Bardzo dobrze opisane jest to TUTAJ    (w ogóle polecam cały blog, a nie tylko ten jeden wpis). Z rozmów ze znajomymi kelnerami ta sytuacja się potwierdza. Pracy jest od groma, ale mieszkań brak. A te, co są- zdrożały nawet o 200%.

      Jak zwykle padłam ofiarą bolesnego zderzenia z rzeczywistością. Bo żeby tak z dnia na dzień z kostiumu kąpielowego do kurtki i czapki? W poniedziałek solidnie przewiało mi głowę, efektem jest koszmarne przeziębienie, katar, kaszel... Bo wiedziałam, ze kurtka to już nie ta "pro forma", tylko przejściówka do -5', chustka na szyję też była. Ale o opasce na czoło zapomniałam (zresztą- kto by przypuszczał, że wiatr będzie tak lodowaty?), a kaptur nic nie dawał. I w efekcie kicham, smarczę i kaszlę, na szczęście bez gorączki. Do pracy oczywiście chodzę, bo tak zaraz po urlopie na zwolnienie - po prostu nie wypada ;)  Zresztą- aż tak "zwolnieniowo" się nie czuję, na szczęście. Do tego kierat domowych prozaicznych czynności- sprzątanie, pranie, gotowanie, zakupy... Ech, życie...

      Na urlopie udało mi się nadrobić trochę zaległości czytelniczych. Chociaż znów nie sięgnęłam po "Modyfikowany węgiel", który już chyba się na mnie obrazi... Nie tknęłam też Puzyńskiej... Za to- co przeczytałam? Przede wszystkim Wojciecha Chmielarza cały cykl o komisarzu Mortce. Może dobrze, ze odczekałam tak długo, bo za jednym zamachem połknęłam całość, z odpowiednim zakończeniem. Cały cykl - świetny, jeśli ktoś jeszcze nie zna- szczerze polecam.

      Z wymienionych w którymś poprzednim wpisie zaległości- sięgnęłam po "Jak zawsze" Zygmunta Miłoszewskiego. Z małymi zastrzeżeniami- rewelacyjne. Bo gdyby ktoś dał mi możliwość podróży w czasie- cofnięcia się np o 30 lat, z moim aktualnym doświadczeniem- czy coś bym zmieniła? Bohaterowie cofają się o lat 50, do Warszawy w historii alternatywnej, w ścisłych związkach z Francją (a nie z ZSRR). Całość wyszła nawet ciekawie. Parę tekstów mnie po prostu urzekło, zwłaszcza ten o polowaniu na watę. A wizyta Ludwika u wydawcy z konspektami potencjalnych bestselerów- to już majstersztyk po prostu, zaśmiewałam się do łez. Całość może tak śmieszna nie jest, ale zdecydowanie warto. Jedyny niesmak pozostał mi po zakończeniu- takim troszkę "od czapy". Jakby autor wyrobił zakontraktowaną w wydawnictwie wierszówkę i przestało mu się chcieć pisać dalej. Ot, taki mankament na koniec.

      Z lektur wakacyjnych- dociągnęłam wszystko, co miałam Marty Obuch- "Precz z brunetami", "Metoda na wnuczkę", "Łopatą do serca", "Francuski piesek" i "Szajba na peronie 5". Nie oczekujmy od tych lektur jakichś głębszych przeżyć, ale czytać się da, szczególnie na leżaku w wakacje. Trochę humoru, trochę zagadki, jest wszystko, co powinna mieć lektura łatwa i przyjemna.

      Do tego- 2 książki w sumie debiutantki, Agnieszki Płoszaj. "Czarodziejka" i "Ogrodnik". Jak na początek- całkiem niezłe. Oczywiście warsztatowo i stylistycznie nie jest to Miłoszewski, nie oczekujmy nie wiadomo czego. Natomiast problematyka wpleciona w perypetie Mani i Julki- to już zdecydowanie cięższy kaliber. Nielegalne adopcje i podziemie aborcyjne. Brzmi strasznie, ale opisane i podane w bardzo wciągający sposób. Na pewno sięgnę po kolejną książkę tej autorki, tym bardziej, że zakończenie "Ogrodnika" - to jakaś historia zakończona, ale inna- przerwana w trakcie.

      I znowu lekko, łatwo i przyjemnie- Małgorzata Kursa i jej "Nieboszczyk wędrowny" i "Jeszcze więcej nieboszczyków, czyli śledztwo z pazurem". Nie rozpisując się zbytnio o treści- kot obronny Belzebub skradł moje serce ;). Poza tym mam wrażenie, że bohaterowie z kart powieści przewijają się w innych książkach autorki. Muszę kiedyś sięgnąć... kiedyś...

      No i wreszcie zaległość straszna, czyli trzy tomy "Nikity" Anety Jadowskiej. Wydawało mi się, że "Dziewczynę z dzielnicy cudów" czytałam w szpitalu i tylko kompletnie nic nie pamiętam. Ale chyba jednak nie... W trakcie lektury nie przypominałam sobie NIC, poza początkiem. Może stwierdziłam wtedy, że książka jest za dobra, żeby ją czytać w tak niesprzyjających okolicznościach? A potem sam fakt okoliczności starałam się wymazać z pamięci tak, że w sumie nie pamiętałam- czytałam, czy nie...

      I jeszcze "Kogut domowy" Nataszy Sochy. Trochę przewidywalne, ale do przeczytania. Takie babskie czytadło. Korzyść z tego jest taka, że wiem, na jakiej podstawie prawnej wymagać od moich superleniwych dzieciątek pomocy w pracach domowych ;)   Tak, jest to uwzględnione w obowiązującym prawie, kto ciekawy, gdzie- i ile lat ma ten przepis- zapraszam do lektury :)

      I wreszcie- tak się złożyło- jedyny zagraniczny "rodzynek" w tym morzu polskich autorów i autorek. Adam Kay- "Będzie bolało". Pamiętnik brytyjskiego lekarza- rezydenta na ginekologii i położnictwie. Okazuje się, że "tam najlepiej, gdzie nas nie ma". Bo żeby na ostrym dyżurze ginekologicznym aparat do USG stał zamknięty w drugim końcu szpitala, a autor nielegalnie prowadził tam pacjentkę, w sumie ratując jej tym życie... Okazuje się, że nie tylko u nas nie jest różowo. Mimo śmiesznych momentów- lektura niełatwa. I refleksja- czy jest jakiś kraj na świecie, gdzie opieka medyczna jest na miarę potrzeb pacjentów? Ech...

      Po powrocie z urlopu trochę zarzuciłam czytanie, ale ostatnio wzięłam się za "Lampiony" Katarzyny Bondy. Poprzednie jej książki czytałam bardzo dawno. A ponieważ nasza biblioteka organizuje za jakiś czas spotkanie z nią- to chcę na nie pójść, mając przynajmniej mgliste pojęcie o treści chociaż najnowszych książek. Raczej nie zdążę i "Czerwonego pająka", ale będę się starać. Chociaż czytanie wieczorne idzie mi ostatnio bardzo opornie. 3, 4 strony i po prostu "odcina mi zasilanie", czytam po 5 razy to samo zdanie i zasypiam przy zapalonym świetle. Ech.... urlop jakiś by się przydał? Chociaż ostatnio moja Mama przy okazji składania mi życzeń urodzinowych stwierdziła, że do obecnego wieku emerytalnego wcale nie zostało mi tak dużo.... Więc- oby do emerytury?

      ;D

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „41/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 29 września 2018 11:02

Kalendarz

Kwiecień 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Kanał informacyjny