Życie jak każde inne...

Prywatny punkt widzenia

Wpisy

  • wtorek, 16 października 2018
    • 43/2018

       

      Jednak nie udało mi się w weekend iść do kina. Po pracy w sobotę byłam padnięta, Ślubnemu też się nie chciało. Poza tym przyjechał Starszy, woleliśmy wspólnie posiedzieć i pogadać na tematy różne. Mam nadzieję, że z moim "zapłonem" wyrobię się do kina, zanim przestaną to grać...

      Natomiast miałam bardzo wątpliwą "przyjemność" obejrzeć na własne oczy, jak wygląda "owadzi" sklep w sobotę późnym wieczorem, przed niedzielą bez handlu. Nota bene- w miejscu, gdzie 95% klientów stanowili robotnicy sezonowi zza wschodniej granicy. Otóż- wcale się nie dziwię, że poniedziałkowa zmiana może zaczynać się o 0.15. Sklep- jak po przejściu szarańczy, puste półki, porozrzucane kartony w przejściach, porozlewane jakieś płyny spożywcze i nie tylko... nie było komu dołożyć towaru ani zrobić choć trochę porządku, bo wszyscy pracownicy siedzieli na kasach. Do kas- kolejki na pół godziny stania, wyładowane po brzegi kosze... Weszliśmy, popatrzyliśmy, wyszliśmy i pojechaliśmy dalej… A wystarczyłby tylko sztywny zapis w kodeksie pracy, że KAŻDEMU pracownikowi należą się CO NAJMNIEJ dwa wolne weekendy w miesiącu. I godziwe wynagrodzenie za pracę w niedziele- 200% stawki. Tak trudno było pomyśleć...

      Skończyłam Katarzynę Bondę- "Lampiony" i "Czerwonego pająka". I uczucia mam mieszane... Szczególnie "Lampiony" są mocno przegadane, ale parę smaczków jest. Natomiast "Pająk" to już jazda po bandzie na całego, trzeba się mocno zastanawiać, kto jest kim, żeby się nie pogubić. Miałam długą przerwę między dwoma poprzednimi częściami cyklu, a bieżącymi. A z Autorki zdecydowanie "wychodzi" dziennikarstwo śledcze. Sposób opisywania wydarzeń, a szczególnie ich okoliczności- jest bardzo dogłębny, momentami aż za. Co przekłada się na objętość książek.Myślę, że każdy powinien sam wyrobić sobie zdanie po lekturze. Mi osobiście chyba seria z Hubertem Meyerem podobała się bardziej, ale pamiętam z niej baaaardzo niewiele. Ot, takie ogólne wrażenie, że tamto chyba jednak było lepsze, mniej przegadane.

      Mam ochotę na ten nowy program telewizyjny "Opowiem ci o zbrodni", ale niestety moja kablówka nie ma tego kanału w ofercie. Mam nadzieję, że po emisji odcinki pojawią się w odmętach internetu i będzie okazja obejrzeć.

      Co czytam teraz? Na swoją kolej doczekała się pani Opiat- Bojarska. Na pierwszy ogień poszła seria z dziennikarką Anną Rogozińską, książka "Słodkich snów, Anno". Przyznam się, że bohaterka wkurza mnie na maksa, niby autorka chce, żeby była sympatyczna, delikatna, miła. Ale Anna nie waha się też manipulować ludźmi i robić tego, co w danej chwili będzie dla niej opłacalne. Uczucia takie, że... chyba nie pociągnę serii dalej, co mi się rzadko zdarza. Co prawda jeszcze nie skończyłam pierwszego tomu, może zakończenie będzie takie, że będę obgryzać paznokcie ze zniecierpliwienia - co dalej? Wtedy- może... Dam też jeszcze szansę - tej samej autorki- duetowi Burzyński- Majewski, może będzie lepiej.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 października 2018 10:56
  • czwartek, 11 października 2018
    • 42/2018

       

       

      Minęły raptem trzy tygodnie od mojego powrotu z urlopu. Niestety, przypomina mi o nim już tylko schodząca opalenizna...

      Przez to, że prawie trzy tygodnie września spędziłam odcięta od życia- nie mogę się w tej chwili umiejscowić w czasoprzestrzeni. Nie dochodzi do mnie, że jest połowa października, że za chwilę Wszystkich Świętych... A i pogoda nie sprzyja w tym odnajdywaniu się, bo i słońce, i temperatury prawie letnie. Z drugiej strony- przydałby się deszcz, bo jest potworna susza...

      Po powrocie z urlopu zostałam w pracy zaskoczona "nowym" grafikiem. Otóż koleżanka techniczka, z wykształcenia magisterskiego  chemik- podłapała etat nauczycielki chemii w szkole. Na razie 1 semestr na zastępstwo, ale pełny etat. Nauczycielski, czyli mniej godzin, ale... I takim to sposobem mam tylko 1 popołudniówkę w tygodniu, bo koleżanka rano ma lekcje w szkole, a potem wraca do apteki- też pełny etat. Czasem się spóźnia, bo szkoła w miejscu z dosyć długim dojazdem, zdarzają się korki. Szefowa też nie jest zachwycona, ale dopóki dogadujemy się między sobą, to się nie wtrąca... Mamy do końca roku wybrać jeszcze urlopy, w sumie kilka dni, ale w tym układzie nie ma kiedy... Koleżanka wybiera wolne jak ma posiedzenia rady albo szkolenia, szefowa kręci nosem... Gdybym miała mieć prawie same popołudniówki do 20- też pewnie bym się nie zgodziła, ale skoro tak- na razie się nie odzywam. Chociaż już dwa razy w ciągu minionych trzech tygodni z powodu nagłych zawirowań pracowych musiałam przełożyć ściąganie kamienia u dentysty. Bo niby pracuję teraz we w miarę stałych godzinach, nie muszę liczyć, że w tym tygodniu w środę o 17 mogę, a w następnym nie- ale zawsze coś się skrzaczy...

      Bo- uwaga- szefowa kandyduje na radną do rady gminy, biega na jakieś zebrania itd...Kampania wyborcza w pełni. Jeśli wejdzie- będzie jeszcze bardziej wariacko... Poczekamy, zobaczymy... Najgorsze jest to, że wszystko to układy i układziki. Część znajomych kandydujących osób firmuje „coś” swoją twarzą, ale na pytania o to, kogo reprezentują  i gdzie kandydują- rada gminy czy powiatu- pada odpowiedź „Nie wiem. Przyszedł xxx i poprosił, żebym kandydował, to kandyduję…” Straszne to jest, bo w tych wyborach głosujemy na ludzi. I potem się okazuje, że mamy zagłosować na kumpla, który niekoniecznie (przynajmniej w wyborach) popiera nasze poglądy polityczne. A ilu „kandydatów” nawet nie wie, czy popiera ich- przykładowo- SLD czy PiS, bo startują z jakiejś listy „komitetowej”, nie do końca przejrzystej? Jak mamy takich potencjalnych radnych, to co się potem dziwić, że rady funkcjonują tak, jak funkcjonują? Ktoś jest np. fryzjerem, czy ma sklep- zna go dużo ludzi, jest werbowany, niech swoją twarzą „podeprze” naszą „jedynkę” na liście… Ech… polityka to szambo…

      Młodszy w klasie maturalnej... Czarno to widzę... Ostatnio oświadczył, że może by tak zdawać historię rozszerzoną na maturze, bo może zamiast politechniki- poszedłby na SGH? Profil mat-fiz, historii w trzeciej klasie jak na lekarstwo, z matematyki korepetycje, z fizyki jest cieniutki... "Nie widzi się" w zasadzie nigdzie... Ręce opadają, bo trochę za późno na totalne zmiany wyborów... O Starszego byłam spokojna, a Młody... Małe dziecko- mały kłopot... duże... ech...

      Do tego Młodszy za chwilę oficjalnie kończy 18. I- jako że bywał na imprezach praktycznie co tydzień - należałoby też coś takiego urządzić "w rewanżu" dla znajomych. Owszem, liczyłam się z tym, ale po wstępnych obliczeniach wyszło małe wesele... 60-70 osób z rodziną. No dobra... Lokal wynajęty, termin ustalony. Młody ma urodziny tuż przed Gwiazdką, stwierdziliśmy, że robimy po przerwie świątecznej, bo przed- to i Adwent, i część wyjeżdża. Studniówka w liceum zawsze była w ostatni weekend przed feriami, czyli tydzień przed osiemnastka - będzie dobrze... A tu przedwczoraj- niespodzianka... Bo studniówka jest też tydzień przed... Na biegu telefon do lokalu, zamieszanie z terminem... Na szczęście się dało jeszcze tydzień przed... W razie czego- jest czas na oddanie garnituru do pralni, a nawet kupno nowego, jakby co... Jak ja nie lubię takich sytuacji...

      I w te wszystkie zawirowania czasowo-pracowe chcę jeszcze wcisnąć parę spotkań w naszej powiatowej bibliotece. Na wiosnę byłam na dwóch- z Olgą Rudnicką i z Katarzyną Bereniką Miszczuk. Oba bardzo mi się podobały, bo i twórczość obu pań znam dosyć dobrze. Było świetnie. Stwierdziłam, ze jak będą następne- też będę chodzić. I niech nikt nie mówi, że w naszym grajdołku się nic nie dzieje. W perspektywie jest spotkanie z Katarzyną Bondą i - jeszcze nieoficjalnie- z Małgorzatą Rogalą. Już się cieszę. W sumie pani Bonda nie jest moją najulubieńszą autorką, ale jeśli tylko praca mi nie przeszkodzi- to pójdę. Czas zacząć się ukulturalniać... Szkoda tylko, że na te spotkania przychodzi tak mało osób, które mają chociaż blade pojęcie o twórczości zaproszonego autora... Patrz-ostatnie spotkanie z Autorem, opisane jako "kameralne", na którym było... 12 osób... Wstyd po prostu... Połowę audytorium stanowił Klub Seniora, którego członkowie (a właściwie członkinie) chodzą na wszystkie wydarzenia kulturalne, niekoniecznie mając pojęcie, kim jest zaproszona akurat osoba. I potem jest głupio, bo pada sformułowanie "Może jakieś pytania do naszego Gościa?"  I odzywam się ja... i ja... i ja... I potem długo nikt, i znów ja... Podobno jesień nie jest dobrą porą na tego typu imprezy, lepsza jest wiosna. Długie, jesienne wieczory nie nastrajają do wyjścia z domu. Ale trzeba. I muszę jeszcze wyciągnąć Ślubnego do kina na najgłośniejszy film ostatniego miesiąca. A w listopadzie na "Bohemian Rhapsody", KONIECZNIE!!!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „42/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 października 2018 10:52
  • sobota, 29 września 2018
    • 41/2018

       

      Urlop, urlop- i po urlopie... Był rewelacyjny, tak, jak lubię- leżak, parasol, czytnik...  Plaża, spacery... Ale- mam wrażenie, że Wyspy Kanaryjskie zaczynają padać ofiarą własnej popularności. Bo jeszcze ze 4 lata temu, jako- tako znając język- można było bez problemu znaleźć pracę, wynająć mieszkanie i się utrzymać. Bo przy pensji 1000- 1300 euro sensowne mieszkanie kosztowało 300-400 miesięcznie, za resztę- bez szaleństw- ale dawało się przeżyć, nawet z jednej pensji. W tej chwili mieszkań na wynajem długoterminowy po prostu brakuje, bo właściciele wolą wynajmować turystom, z kilkukrotnie większym zyskiem. Bardzo dobrze opisane jest to TUTAJ    (w ogóle polecam cały blog, a nie tylko ten jeden wpis). Z rozmów ze znajomymi kelnerami ta sytuacja się potwierdza. Pracy jest od groma, ale mieszkań brak. A te, co są- zdrożały nawet o 200%.

      Jak zwykle padłam ofiarą bolesnego zderzenia z rzeczywistością. Bo żeby tak z dnia na dzień z kostiumu kąpielowego do kurtki i czapki? W poniedziałek solidnie przewiało mi głowę, efektem jest koszmarne przeziębienie, katar, kaszel... Bo wiedziałam, ze kurtka to już nie ta "pro forma", tylko przejściówka do -5', chustka na szyję też była. Ale o opasce na czoło zapomniałam (zresztą- kto by przypuszczał, że wiatr będzie tak lodowaty?), a kaptur nic nie dawał. I w efekcie kicham, smarczę i kaszlę, na szczęście bez gorączki. Do pracy oczywiście chodzę, bo tak zaraz po urlopie na zwolnienie - po prostu nie wypada ;)  Zresztą- aż tak "zwolnieniowo" się nie czuję, na szczęście. Do tego kierat domowych prozaicznych czynności- sprzątanie, pranie, gotowanie, zakupy... Ech, życie...

      Na urlopie udało mi się nadrobić trochę zaległości czytelniczych. Chociaż znów nie sięgnęłam po "Modyfikowany węgiel", który już chyba się na mnie obrazi... Nie tknęłam też Puzyńskiej... Za to- co przeczytałam? Przede wszystkim Wojciecha Chmielarza cały cykl o komisarzu Mortce. Może dobrze, ze odczekałam tak długo, bo za jednym zamachem połknęłam całość, z odpowiednim zakończeniem. Cały cykl - świetny, jeśli ktoś jeszcze nie zna- szczerze polecam.

      Z wymienionych w którymś poprzednim wpisie zaległości- sięgnęłam po "Jak zawsze" Zygmunta Miłoszewskiego. Z małymi zastrzeżeniami- rewelacyjne. Bo gdyby ktoś dał mi możliwość podróży w czasie- cofnięcia się np o 30 lat, z moim aktualnym doświadczeniem- czy coś bym zmieniła? Bohaterowie cofają się o lat 50, do Warszawy w historii alternatywnej, w ścisłych związkach z Francją (a nie z ZSRR). Całość wyszła nawet ciekawie. Parę tekstów mnie po prostu urzekło, zwłaszcza ten o polowaniu na watę. A wizyta Ludwika u wydawcy z konspektami potencjalnych bestselerów- to już majstersztyk po prostu, zaśmiewałam się do łez. Całość może tak śmieszna nie jest, ale zdecydowanie warto. Jedyny niesmak pozostał mi po zakończeniu- takim troszkę "od czapy". Jakby autor wyrobił zakontraktowaną w wydawnictwie wierszówkę i przestało mu się chcieć pisać dalej. Ot, taki mankament na koniec.

      Z lektur wakacyjnych- dociągnęłam wszystko, co miałam Marty Obuch- "Precz z brunetami", "Metoda na wnuczkę", "Łopatą do serca", "Francuski piesek" i "Szajba na peronie 5". Nie oczekujmy od tych lektur jakichś głębszych przeżyć, ale czytać się da, szczególnie na leżaku w wakacje. Trochę humoru, trochę zagadki, jest wszystko, co powinna mieć lektura łatwa i przyjemna.

      Do tego- 2 książki w sumie debiutantki, Agnieszki Płoszaj. "Czarodziejka" i "Ogrodnik". Jak na początek- całkiem niezłe. Oczywiście warsztatowo i stylistycznie nie jest to Miłoszewski, nie oczekujmy nie wiadomo czego. Natomiast problematyka wpleciona w perypetie Mani i Julki- to już zdecydowanie cięższy kaliber. Nielegalne adopcje i podziemie aborcyjne. Brzmi strasznie, ale opisane i podane w bardzo wciągający sposób. Na pewno sięgnę po kolejną książkę tej autorki, tym bardziej, że zakończenie "Ogrodnika" - to jakaś historia zakończona, ale inna- przerwana w trakcie.

      I znowu lekko, łatwo i przyjemnie- Małgorzata Kursa i jej "Nieboszczyk wędrowny" i "Jeszcze więcej nieboszczyków, czyli śledztwo z pazurem". Nie rozpisując się zbytnio o treści- kot obronny Belzebub skradł moje serce ;). Poza tym mam wrażenie, że bohaterowie z kart powieści przewijają się w innych książkach autorki. Muszę kiedyś sięgnąć... kiedyś...

      No i wreszcie zaległość straszna, czyli trzy tomy "Nikity" Anety Jadowskiej. Wydawało mi się, że "Dziewczynę z dzielnicy cudów" czytałam w szpitalu i tylko kompletnie nic nie pamiętam. Ale chyba jednak nie... W trakcie lektury nie przypominałam sobie NIC, poza początkiem. Może stwierdziłam wtedy, że książka jest za dobra, żeby ją czytać w tak niesprzyjających okolicznościach? A potem sam fakt okoliczności starałam się wymazać z pamięci tak, że w sumie nie pamiętałam- czytałam, czy nie...

      I jeszcze "Kogut domowy" Nataszy Sochy. Trochę przewidywalne, ale do przeczytania. Takie babskie czytadło. Korzyść z tego jest taka, że wiem, na jakiej podstawie prawnej wymagać od moich superleniwych dzieciątek pomocy w pracach domowych ;)   Tak, jest to uwzględnione w obowiązującym prawie, kto ciekawy, gdzie- i ile lat ma ten przepis- zapraszam do lektury :)

      I wreszcie- tak się złożyło- jedyny zagraniczny "rodzynek" w tym morzu polskich autorów i autorek. Adam Kay- "Będzie bolało". Pamiętnik brytyjskiego lekarza- rezydenta na ginekologii i położnictwie. Okazuje się, że "tam najlepiej, gdzie nas nie ma". Bo żeby na ostrym dyżurze ginekologicznym aparat do USG stał zamknięty w drugim końcu szpitala, a autor nielegalnie prowadził tam pacjentkę, w sumie ratując jej tym życie... Okazuje się, że nie tylko u nas nie jest różowo. Mimo śmiesznych momentów- lektura niełatwa. I refleksja- czy jest jakiś kraj na świecie, gdzie opieka medyczna jest na miarę potrzeb pacjentów? Ech...

      Po powrocie z urlopu trochę zarzuciłam czytanie, ale ostatnio wzięłam się za "Lampiony" Katarzyny Bondy. Poprzednie jej książki czytałam bardzo dawno. A ponieważ nasza biblioteka organizuje za jakiś czas spotkanie z nią- to chcę na nie pójść, mając przynajmniej mgliste pojęcie o treści chociaż najnowszych książek. Raczej nie zdążę i "Czerwonego pająka", ale będę się starać. Chociaż czytanie wieczorne idzie mi ostatnio bardzo opornie. 3, 4 strony i po prostu "odcina mi zasilanie", czytam po 5 razy to samo zdanie i zasypiam przy zapalonym świetle. Ech.... urlop jakiś by się przydał? Chociaż ostatnio moja Mama przy okazji składania mi życzeń urodzinowych stwierdziła, że do obecnego wieku emerytalnego wcale nie zostało mi tak dużo.... Więc- oby do emerytury?

      ;D

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „41/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 29 września 2018 11:02
  • piątek, 24 sierpnia 2018
    • 40/2018

       

      Jeszcze tylko dwa tygodnie- i URLOP!!!

      Oczywiście tam, gdzie zwykle :)

      Właśnie sobie uświadomiłam, że wcale nie mam za dużo czasu. Więc usiłuję uzupełnić garderobę Młodszego przed rozpoczęciem szkoły (przy wydatnej niechęci NIE-zainteresowanego) - bo potem będzie, że spodenki na wf i trampki to są potrzebne na wczoraj... Ogarnąć rozkład przedmaturalnych zajęć dodatkowych, wyjazdów na zaplanowane wycieczki w czasie, kiedy nas nie będzie itd... Młodszy nie ułatwia, albo jest w pracy, albo śpi, albo go nie ma... A jak jest, to ja śpię ... Powiedzcie mi, dlaczego tak się przejmuję (prawie) dorosłym facetem?

      Usiłuję uporządkować książki na wyjazd, z wielkiej sterty tego, co bym chciała - wybrać to, co NA PEWNO przeczytam... Dobrze, że czytnik jest pojemny... Parę rzeczy zaczętych i czekających na lepsze czasy... Parę zaległości- dwa tomy Lipowa + Policjanci, nowy Robert Bryndza, dwie książki Magdy Stachuli, "Jak zawsze" Miłoszewskiego, może Chmielarz i Mortka? Plus Szymiczkowa, Horst i Zafon... Wybór jest (za) wielki, czasu nie starczy... Ktoś mi polecał duet autorski Per Wahloo i Maj Sjowall...

      Dobrze, że przynajmniej ciuchy do walizki mam na tyle opanowane, że za którymś razem wrzucam już prawie "w ciemno". Przynajmniej nad tym nie muszę myśleć :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 24 sierpnia 2018 10:59
  • wtorek, 14 sierpnia 2018
    • 39/2018

       

      - To danie cierpi na kryzys osobowości- rzekł Starszy, konsumując wyprodukowany przeze mnie obiad.- Nie może się biedne zdecydować, czy być gulaszem, czy daniem meksykańskim. Czy z kaszą, czy z chlebem....

      Co w składzie? Praktycznie wszystko, co mi wlazło w ręce....  Wieprzowina, cebula, papryka- zielona, żółta i czerwona, pieczarki, czosnek, pomidory, cukinia, bakłażan, do tego fasolka z puszki i kukurydza... Wielki gar... czegoś? I sposób na to, by nie stać w kuchni. Za jednym zamachem obiad dla czterech osób na 3 dni ;)

       A zaczęło się niewinnie- od standartowego garnka "gulaszowego"... Skończyło na wielkim, rosołowym, bo w trakcie dorzucania składników potrawa zaczęła "uciekać"... Końcówka typu fasolka i kukurydza to już czysta improwizacja ;)

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „39/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 sierpnia 2018 19:01
  • poniedziałek, 13 sierpnia 2018
    • 38/2018

       

       

      Dzisiaj będzie trochę marudzenia i regionalnej prywaty.

      W nocy z piątku na sobotę i przez pół soboty lał deszcz...

      Mieszkam w takim miejscu, że na duże zakupy mogę sobie bez większych problemów pojechać do stolicy. Tym razem padło na Janki, bo chciałam do Ikei. Ale być na Pl. Szwedzkim i nie przeskoczyć "na drugą stronę"-  nie odpuszczę...

      Przez ostatnie chyba dwa lata centrum Janki było w przebudowie. Nowe sklepy, parking podziemny. Dawno tam nie byłam. Wiadomo, że jak gorąco, to lepiej wjechać pod ziemię, bo wtedy samochód się nie nagrzewa... Czas akcji- jakiś miesiąc temu. Sobota, żar z nieba, w samochodzie przyjemny chłodek z klimy, wjechaliśmy pod ziemię, wysiadamy... dosłownie jak do piekarnika. ZERO wentylacji, duchota. Do tego brak oznaczeń do wejścia, poszliśmy "na azymut". W samym centrum już chłodniej, wentylacja... Ale ten parking- porażka...

      W minioną sobotę- powtórka z Janek. Ruch taki, jakby cała Warszawa przyjechała na zakupy właśnie tam. W sumie- cóż robić, jak leje deszcz, sobota przed niehandlową niedzielą... Ślimacze tempo, zero miejsc na górze, przy wjeździe pod ziemię świeci się 76 wolnych... Dobrze jest, coś się znajdzie...

      Tylko że te miejsca wolne- to albo pod kontaktami do ładowania elektrycznego, albo inwalidzkie- a część parkingu... odgrodzona taśmami. Bo spadł deszcz i wody jest po kostki... Znaleźliśmy cudem jakieś wolne miejsce we w miarę suchej części, akurat ktoś wyjeżdżał. Oczywiście na parkingu sauna i duchota, zanim doszliśmy do wejścia do centrum- koszulka przykleiła mi się do pleców i pot ciekł strumieniami... Coraz bardziej wkurzona, zakupy w tempie ekspresowym. Wracamy- coś wyje, jakiś alarm... Przy wyjściu na parking podziemny- migające czerwone ostrzeżenie: "Przekroczony poziom spalin- NIE WYCHODZIĆ!" Tia... Brak wentylacji dał o sobie znać, atmosfera jak w saunie opalanej benzyną... W tzw. międzyczasie nasze miejsce parkingowe też zrobiło się mokre. Woda przelewała mi się przez podeszwę sandałów... Buty praktycznie do wyrzucenia...

      NOWY parking. Ktoś to do jasnej ciężkiej musiał odbierać technicznie? I się pod tym podpisał? BEZ wentylacji i odwodnienia? Ładowarki do samochodów elektrycznych (tam akurat było sucho) i wody po kostki na pozostałym obszarze. Przecież tam wszystko jest pod prądem, strach się bać, jak będzie jakieś przebicie. Czy czekamy do pierwszego wypadku śmiertelnego???   Dobra, (przepraszam) k...m.ć  zmiana. Byle najtaniej, byle szybciej, byle jak. Ktoś naprawdę za to powinien odpowiedzieć... Jedyne kryterium wygranego przetargu- CENA. Brak słów...

      A centrum Janki cały czas w przebudowie. Chyba budują drugą część parkingu. Tylko dlaczego pod Ikeą na parkingu podziemnym jest sucho i można oddychać- a po drugiej stronie- już nie? Ktoś naprawdę powinien za to odpowiedzieć. Bo fuszerka i partactwo- to najłagodniejsze słowa, jakie przychodzą mi na myśl... I kto mi odda stówę za zniszczone buty?

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 sierpnia 2018 09:09
  • środa, 08 sierpnia 2018
    • 37/2018

       

      Chłopcy wrócili. Baaaardzo brudni i baaaardzo szczęśliwi :)  Wiadomo- jedna, nieustająca impreza. Jedzenie w strefie gastro bardzo drogie, ale jakoś nic sobie z tego nie robili. Tylko na progu było JEŚĆ!!!

      A Starszy na wejściu: "Wiesz mama, Młody zachowywał się NIENAGANNIE".

      Wiedziałam, że się dogadają:)

      Ślubny wyjechał na krótki spływ kajakowy jakimiś górskimi rzekami. A ja- po pierwsze nie dostałam urlopu, po drugie- nie dla mnie takie atrakcje. Kajakiem to mogę się bujać na wodzie do kolan, leniwie, a nie jakieś progi, przenoszenia. Ślubny pierwszego dnia się wywrócił i utopił swoją ulubioną wakacyjną koszulę. Do tego spanie pod namiotem, bez ciepłej wody. Za stara jestem na takie warunki, nie- i już. Ten brak urlopu to bardzo dobry pretekst.

      Czytelniczo- mizernie, bo gorąco i nawet czytać mi się nie chce. Była Sarah Lotz i "Troje"- dziwna książka, spodziewałam się czegoś innego. Może czytana w innych okolicznościach przyrody zrobiłaby lepsze wrażenie, a tak- nie rozumiem zachwytów na "Lubimy czytać". Sporo podtekstów socjologii zachowań tłumu w obliczu - ja wiem- objawień? zdarzeń niewyjaśnionych? ufo? Koniec coś tam wyjaśnia, ale niedużo... Przy lekturze się zmęczyłam i padło na coś zdecydowanie lżejszego- Marty Obuch "Wiedźmę duszoną w winie". Czytadło na wakacje, choć podteksty polityczno- kryminalne sprawiają, że nie jest to do końca leciutka lektura. Ma się świadomość, że nie jest to fikcja literacka, że tak może być, a pewnie jest...

      I jeszcze Ewy Madeyskiej "Ostatni portret Melanii". W trakcie czytania zastanawiałam się- "ale po co, do czego to wszystko ma prowadzić? " Nie miałam na telefonie akurat nic innego, bo pewnie bym odpuściła... Na szczęście finał zaskakujący (ale niezbyt), i ogólna ocena- takie 5/10. Skończyłam też Magdaleny Witkiewicz "Czereśnie" i "Balladę o ciotce Matyldzie". Lekkie, ciepłe, babskie czytadła.

      Mam ochotę na coś ambitniejszego, ale tryb "pracowy" nie bardzo pozwala. Pewnie pociągnę Martę Obuch, bo mam jeszcze ze dwie nieprzeczytane jej książki.

      I tyle. Leniwie i bez pośpiechu. I niech to się nie zmienia.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „37/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 08 sierpnia 2018 08:13
  • czwartek, 02 sierpnia 2018
    • 36/2018

       

      PKP zrobiło festiwalowiczom bardzo brzydki numer. Otóż wczoraj nie podstawili pociągu około 8.30 rano z Warszawy. Nie to, że bilety były sprzedawane imiennie i na konkretną godzinę... Chłopaki wyruszyli koło 12... nie wiem, jak jechali, o tej porze miał być planowo jakiś pociąg z przesiadkami... Około 23. stali jeszcze gdzieś w polu pod Kostrzynem. Paranoja jakaś... Ja wiem, że upały, szyny się wypaczają itd, ale żeby w ogóle nie podstawić pociągu??? I te temperatury...

      Otrzymałam dzisiaj tylko smsa  -  "żyjemy". No dobra, przynajmniej tyle. Mam nadzieję, że dobrze się bawią :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „36/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 sierpnia 2018 14:45
  • środa, 01 sierpnia 2018
    • 35/2018

       

      Dzieciaki (tia, dzieciaki... dorośli faceci) wyjechały bladym świtem, wracają w niedzielę. Wczoraj (dzisiaj) ciskali się chyba do 1. nad ranem, bo to pakowanie itd... Jakby nie można tego było zrobić wcześniej...

      Przez te upały koszmarnie sypiam, pobudka o 5.30, potem już nie mogę zasnąć. Około 17. oczy na zapałki, dobrze, że w pracy jest klima. Przestałam się przejmować gadaniem szefowej, żeby nie schładzać za mocno, włączam i już. Pot kapiący kroplami na recepty nie wygląda zbyt estetycznie, lekom też nie może być za gorąco. Nawet na czytanie nie mam siły, jak jest chwila przerwy to zapadam w jakiś letarg... Byle do września...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „35/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 01 sierpnia 2018 11:11
  • poniedziałek, 23 lipca 2018
    • 34/2018

       

      Kulga się życie do przodu w tempie zawrotnym... W sobotę skończyłam tydzień urlopu szefowej, czyli chodzenie do pracy na 2 razy, rano i po południu, w sumie po 10 godzin dziennie... ufff... Nawet nie spracowałam się jakoś specjalnie, bo pacjenci chyba też powyjeżdżali, jednak było to trochę uciążliwe... Ale- należało się szefowej, jak najbardziej, sama się boję, jak będzie funkcjonować tylko po tygodniu przerwy. Bo urlop do normalnego funkcjonowania psychiki jest po prostu niezbędny. A ona ostatnio miała normalny dwutygodniowy urlop w zeszłe wakacje... Zawsze jeszcze wyjeżdżała na tydzień w zimie, ale wypadek jej matki pokrzyżował te plany.

      Starszy ma praktyki studenckie, udało się załatwić w firmie u Ślubnego, nawet chyba jakieś pieniądze z tego będzie miał... Twardo jeździ do pracy nawet w soboty, bo chce nałapać nadliczbówek- do odbioru w czasie Woodstocku. Młodszy wyjechał na obóz i zdążył z niego wrócić. Wyrodne dziecko nie odezwało się przez bite dwa tygodnie, tylko na jakimś hufcowym facebooku oglądałam zdjęcia, gdzie widać było, że się dobrze bawi. Sprawdza się stara zasada, że jak jest dobrze- to kontaktu brak, a jak źle- to dziecko dzwoni i 5 razy dziennie. Zresztą- jest prawie pełnoletni. I jedzie ze Starszym na Woodstock. Tak, to ja, nieodpowiedzialna matka, pozwalam dzieciom jeździć w takie miejsca... Bo taką opinię mam wśród niektórych mamusiek kumpli Młodego, którzy na pytanie o pozwolenie na ten wyjazd, słyszą- "po moim trupie, synku..." tia... Pozostawię to bez komentarza. Jakoś nie widzę tam większego zagrożenia, niż np w czasie pielgrzymki albo obozu czy dużych katolickich młodzieżowych zlotów... Jak się ze swoim dzieckiem rozmawia, to potem można liczyć na rozsądek. Po prostu.

      Lekturowo przez miniony miesiąc przeczytałam cztery "Kryminały pod psem" Marty Matyszczak. "Tajemniczą śmierć Marianny Biel" czytało mi się trochę ciężko, może przez szarość Śląska i kiepską (w książce) pogodę. Ale już pozostałe trzy czytało się rewelacyjnie, polecam jako niezobowiązujące lektury na urlop. Poza tym przyznam się, ze w książkach tej autorki poprawnie typuję sprawców popełnionych przestępstw, co zdarza mi się bardzo rzadko :).

      Jak się chadza do pracy w różnych dziwnych porach, to nie ma się ochoty na jakieś ambitne lektury. Stąd duet- Magdalena Witkiewicz i Alek Rogoziński i ich "Pudełko z marzeniami" i "Biuro M". A także samej p. Witkiewicz- "Szkoła żon" i "Pensjonat marzeń"- w sumie nie spodziewałam się tyle tak ładnie opisanej erotyki. W każdym razie mnie nie raziła, a to dużo...  I jeszcze- "Pracownia dobrych myśli" i "Moralność pani Piontek" tej samej autorki. Takie tam babskie czytadła, na oderwanie od rzeczywistości.

      Sięgnęłam również po kryminał z.... Portugalii. "Ona śpiewała fado"- Fernando Sobral. Zdecydowanie inne od tego, co do tej pory czytałam, ale... również udało mi się wytypować sprawcę przed końcem. Mam jeszcze "Lizbończyka" tego samego autora, czeka na spokojniejszy czas.

      I była jeszcze Marta Kisiel i jej "Toń"- najnowsza książka. Czy ja już kiedyś pisałam, że tej autorki- biorę w ciemno wszystko, co napisze? Tym razem odwołuje się do jednej z zapomnianych kart historii Wrocławia. Klimatycznie podobne do "Nomen omen", trochę realizmu, trochę magii... bardzo lubię takie rzeczy, trafiło mi "w punkt".

      I jeszcze- oczywiście- "polski męski kryminał miejski". Tym razem padło na Marka Stelara i jego "Niepamięć" i "Niewiadomą". W tle- Szczecin. Książki czekały na czytniku od wiosennego urlopu, w końcu się udało... Zaczyna się mocno- podinspektor Dariusz Suder budzi się ze śpiączki w szpitalu w Niemczech. Cudem uniknął śmierci po postrzale w głowę, ale zabito jego żonę i córkę. Co gorsze- sprzed wypadku niedużo pamięta... I potem usiłuje dojść- kto i dlaczego? Druga część- "Niewiadoma"- dotyczy zaginięcia pani psycholog z pierwszej części. I też- "kto i dlaczego"?  Bardzo dobrze się czyta, jak ktoś szuka mocniejszego kryminału na urlop- polecam :)

      Środek wakacji... Ślubny za dwa tygodnie jedzie ze znajomymi na kajaki, dzieci też w rozjazdach. A ja- odpoczywam na tyle, na ile mi pozwalają okoliczności. Nie ma to jak dobra książka. Bo urlop dopiero we wrześniu :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „34/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 lipca 2018 10:50
  • środa, 13 czerwca 2018
    • 33/2018

       

      Dziwne proszki do prania teraz robią. Wszystko się kurczy... Albo to wina szafy- przenosi wszystko w jakiś n-ty wymiar i zwraca zmniejszone... Postanowiłam coś na to zaradzić. Oczywiście w najprostszy z możliwych sposobów- kupując nowe ciuchy. Mam nawet metodę. Od jakiegoś czasu mam odłożoną pewną pulę pieniędzy na zakupy internetowe- taki "żelazny zapas". I jak mi się ubrania "skurczą"- to wtedy wchodzę na stronę pewnego dużego wysyłkowego sklepu na B i wrzucam do koszyka to, co mi się podoba i jest w przewidywanym rozmiarze. Bywa, że i 10-15 sztuk, różnych... Czasem to samo w dwóch różnych rozmiarach do przymierzenia, który będzie bardziej pasować. Oczywiście z zamiarem odesłania części. Nigdy nie było z tym problemu. Mam skuteczność jakieś 10% trafień, przyzwyczaiłam się. Poluję na darmowe dostawy, a koszt odesłania i tak jest mniejszy, niż wypalona benzyna i stracony czas i nerwy na zakupy "stacjonarne". A potem wszystko mogę sobie przymierzyć we własnym domu, np. z butami, które już mam. A nie w przymierzalni, w której nie mogę się obrócić (tu będzie antylokowanie sklepu- Camaieu, bije wszelkie rekordy ciasnoty...) , a kolejka za mną skutecznie mnie deprymuje... Poza tym- na zakupy "ciuchowe" najczęściej wypuszczałam się w niedziele. A teraz już nie jest tak prosto, bo albo pracuję w sobotę przed wolną niedzielą, albo coś wyskoczy... Nie pamiętam, kiedy byłam na łażeniu "ciuchowym"....

      Jako, że mam w perspektywie kilka imprez- postanowiłam odświeżyć "skurczoną" garderobę. Przyjechało zamówione kilkanaście sztuk. Mierzę sobie, znudzony Ślubny czasem zerknie znad książki... I nagle słyszę komentarz:

      - O, a w tym wyglądasz jak niedorobiony aniołek.

      Skojarzenie jak najbardziej trafne. Kto pamięta nieodżałowanego Jana Kociniaka jako anioła w "Igraszkach z diabłem", ten będzie miał idealny ogląd sytuacji...

      No faktycznie, może sukienka z  motylkowymi rękawkami dla pani 50+ to nie jest najlepszy wybór... Natomiast co się uśmiałam- to moje. Już kiedyś usłyszałam, że w czymś wyglądam majestatycznie "jak grecka kolumna"... Takie tam małżeńskie uszczypliwości...

      I po raz kolejny przekonałam się, że najlepiej się czuję i wyglądam w sukience typu niezbyt opięta tuba, długości do kolan... Żadnych odcięć, marszczeń, zaznaczania talii (której nie ma), plis i kloszy... Na szczęście taka też była wśród zamówionych. Reszta została odesłana.

      Lubię kupować przez internet. Ciuchy dla siebie, ostatnio koszule Młodszemu, książki, płyty, bieliznę, nawet garnki. Na tyle, ile kupiłam- nacięłam się może ze dwa razy. Znikoma ilość. Jeśli idzie o ciuchy dla chłopaków- wybieram internetowe odpowiedniki sklepów stacjonarnych gdzie wiem, że rozmiary będą pasować. A Młody rośnie i stroi się coraz bardziej, z jednoczesnym "zakupowstrętem". Więc najłatwiej mi zamówić 5 par spodni i 4 bluzy do wyboru, niż ciągnąć go na zakupy i potem wysłuchiwać, że nic nie ma, nic mu się nie podoba i jaki to on jest nieszczęśliwy.... Ostatnio Ślubny wypatrzył sobie nawet kąpielówki w brytyjskim sklepie, na promocji "-65%". Przyszły, a jakże, rozmiar, fason, kolor idealne...

      A Wy- macie jakieś metody na zakupy?

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „33/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 13 czerwca 2018 11:17
  • poniedziałek, 11 czerwca 2018
    • 32/2018

       

      Urlop był zdecydowanie za krótki. Nie zdążyłam nadrobić wszystkich zaległości czytelniczych, przeczytać zaplanowanych nowości. Znowu będę ścigać się z czasem. Wpis będzie bardzo długi, jak zwykle z gatunku tych "czytelniczych".

      Moim zdaniem- na leżaku w pięknych okolicznościach przyrody należy czytać literaturę albo typowo wakacyjną- lekką łatwą i przyjemną, albo mocno depresjogenną, ciężką, taką, której jesienią kijem byśmy nie tknęli. Nie ukrywam, że preferuję ten pierwszy typ.

      Przed urlopem skończyłam trzy kryminały Roberta Bryndzy. Mimo polsko brzmiącego nazwiska- to Brytyjczyk, ze słowackimi korzeniami. "Dziewczyna w lodzie", "Nocny stalker" i "Mroczna toń" sprawiły, ze polubiłam główną bohaterkę- Erikę Foster. Czyta się dobrze, intrygi przyzwoite. Na pewno wrócę do tego autora, jeśli wyjdzie coś nowego.

      Potem- "Pacjent" Juana Gomeza Jurado. Zasadzałam się na to chyba ze dwa lata, w końcu nadszedł czas. Moim zdaniem odrobinę przegadane, spokojnie można by skrócić tak o 1/3.  Recenzji w sieci mnóstwo, spodziewałam się chyba jednak czegoś "mocniejszego". Do przeczytania, ale nie powala.

      Stwierdziłam, że muszę sobie zrobić przerwę od kryminałów... "Trzecia osoba" Małgorzaty Hayles. Uczucia po lekturze mieszane, ten typ literatury chyba nie do końca jest dla mnie.

      I trochę fantastyki: "Wojna starego człowieka" Johna Scalzi. Staroć, ale jakoś do tej pory nie było okazji. Bardzo dobre, muszę ustawić w kolejce do przeczytania drugą część- "Brygady duchów". Nie będę się rozpisywać, o czym to jest, można sobie wyszukać. Warto.

      I- nieopatrznie- na przewie śniadaniowej w pracy zaczęłam "Czwartą małpę" J.D. Bakera. To była też książka z folderu "Urlop". Niestety, z gatunku "nieodkładalnych przed końcem". Wszystkie inne zajęcia poszły w kąt, skończyłam w 1,5 dnia. Co do samej lektury- zaskakujące jest dołączenie pamiętnika złoczyńcy, przeplatane z bieżącą akcją. Dzięki temu poznajemy niezbyt normalne dzieciństwo sprawcy i motywy postępowania. Zakończenie w pełni satysfakcjonujące i… dające nadzieję na ciąg dalszy? Jeśli byłby tak dobry- czekam z utęsknieniem.

      I już typowo urlopowo... Zaczęłam od trochę cięższych rzeczy- "Żmijowisko" Wojciecha Chmielarza. To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem (tak, wiem, uchowałam się... i wiem też, że ta pozycja jest inna od dotychczasowej twórczości). W trakcie lektury miałam wrażenie, że książka jest mocno "przepsychologizowana", że niepotrzebne jest aż tak dogłębne roztrząsanie uczuć bohaterów. Dopiero po zakończeniu i przemyśleniu pewnych rzeczy uświadomiłam sobie, że absolutnie WSZYSTKO było potrzebne, ze nie ma tam nic nadmiarowego... Mocna lektura, zostaje w pamięci na bardzo długo...

      A potem wzięłam się za "dokończenia". Na pierwszy ogień poszedł Robert Małecki i "Koszmary zasną ostatnie". Trzecia i ostatnia część cyklu z dziennikarzem śledczym Markiem Benerem. Cóż... większość rzeczy się wyjaśnia, na koniec "uchylona furtka", że gdyby autor kiedyś chciał wrócić do postaci- to jak najbardziej może. Ale ogólne wrażenie chyba gorsze, niż po dwóch poprzednich tomach. Może dlatego, że tamte czytałam "ciurkiem", a przed tym była przerwa "w oczekiwaniu aż autor napisze dalszą część".

      I nadszedł czas na "mroźne" zaległości- czyli Remigiusza Mroza "Zerwa"- ostatni tom cyklu z komisarzem Forstem, oraz "Oskarżenie" i "Testament"- kolejne części z Chyłką i Zordonem. Wrażenia... różne... Co do "Zerwy"- to w pewnym momencie zaczęła mnie męczyć intryga budowana za zasadzie "ja wiem, że on wie, że ja nie wiem, że on nie wie, że ja wiem, że oni wiedzą". I chyba lepiej by się stało, jakby skończyło się na trylogii. Mam nadzieję, że nie będzie "odgrzewanych kotletów" i że to już definitywny koniec. Co do cyklu z Chyłką- autor chyba trochę przesadził z doświadczaniem Zordona. I chyba nie zdradzę za dużo, jeśli przyznam, że czuję niedosyt… A to dlatego -UWAGA- SPOJLERY!!!- że Autor nie dał szansy Chyłce jako matce. Co prawda w jakichś rozmyślaniach Zordona wyjaśnia dlaczego, ale jednak… Ten tom czytałam po dłuższej przerwie od duetu i trochę się rozczarowałam… Za dużo mi tu było grubymi nićmi szytej intrygi, za dużo przemocy, za dużo “wrabiania na siłę”. Co nie zmienia faktu, że na urlopie, na leżaku- czytało się to rewelacyjnie.

      Co do „Testamentu”- uczucia… hm… mieszane…  Na pewno nie mogłabym być adwokatem- a Chyłka w zgodzie z etyką zawodową broni do końca, nawet wyjątkowych kanalii… Po trupach do wygranej sprawy…
      Książka jak zwykle wciąga jak wir i nie chce wypluć przed końcem. W trakcie lektury byłam prawie pewna, że w kolejnym tomie Chyłka zmierzy się z braćmi Widerami. Zobaczymy… Wolta na końcu daje jednak nadzieję na to, że autor asekuruje się przed statusem „opery mydlanej” i osiągnieciem 1839. tomu…

      I jeszcze- nowa książka Małgorzaty Rogali „Kopia doskonała”. Zgodnie z moimi przypuszczeniami autorka zakończyła (przerwała?) serię z Agatą Górską i Sławkiem Tomczykiem na rzecz nowej bohaterki, Celiny Stefańskiej.  Młoda dziewczyna, na jej życie i funkcjonowanie w społeczeństwie kładą się cieniem traumy z przeszłości. Los przynosi okazję odmiany, przezwyciężenia lęków. Napisane lekko, wciągająco. A bohaterka troszeczkę przypominała mi Różę Krull z powieści Alka Rogozińskiego. Ale tylko odrobinkę ;)  Luźne skojarzenie…  Typowa lektura na wakacje, do tego w pięknych krajobrazach Francji.

      Nie byłabym sobą, gdyby nie obyło się bez jakiegoś czytelniczego kiksu. Właściwie- po co sięgam po Paulinę Świst, jeśli wiem, czego się spodziewać? Przecież „erotyk sensacyjny” to kompletnie nie moja bajka. Najnowsza książka- „Podejrzany”- pełno wulgaryzmów, „panienki” i inne „latają” na każdej stronie… Przeczytałam, bo byłam ciekawa, jak zakończy się ta historia. Ale nie rozumiem fenomenu autorki, tych gigantycznych kolejek u mnie w bibliotece… Chyba, że „momenty” tak podnoszą zainteresowanie… Zastanawiam się- czy lepiej czytać coś takiego- czy nie czytać w ogóle. Nie polecam…

      Z aktualnie czytanych zaczęłam „Przesilenie” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Niejako „z rozpędu”, bo za mną trzy poprzednie części cyklu, przeczytane daaaawno…  Nie jest to jednak lektura wysokich lotów, bardziej takie „young adult”, dziejące się w alternatywnej Polsce, w której Mieszko I nigdy nie przyjął chrztu. Niby jest współcześnie, ale pełno wierzeń w bóstwa pogańskie, szeptuchy, boginki… Cały cykl warsztatowo i stylistycznie też nie powala, bliżej temu do szkolnego wypracowania, niż Bookera, ale czytać jak najbardziej się da. Na odstresowanie i oderwanie się od rzeczywistości zdecydowanie się nadaje. Chociaż nie sądzę, żebym chciała to czytać kolejny raz.

      Czego nie przeczytałam, a było w planach? Puzyńskiej- Lipowa 8.i 9. Znów czeka, jak cukierek odłożony „na czarną godzinę”. I Marka Stelara- „Niepamięć” i „Niewiadoma” też muszą poczekać „na lepsze czasy”. Na urlop we wrześniu?

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „32/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 czerwca 2018 11:15
  • wtorek, 05 czerwca 2018
    • 31/2018

       

      Urlop, urlop... i po urlopie...

      Wróciliśmy dzisiaj koło 2.nad ranem, do pracy na 13. Samolot godzinę opóźniony, gdybym wiedziała, to wzięłabym wolne i na dzisiaj... Gdyby...

      Było cudownie. Maleńkie miasteczko, jak z obrazka. Temperatura niższa, niż w tym czasie w Polsce, chłodzący wiaterek... super...

      I- byliśmy na wycieczce w Maroku. Dwa razy- pierwszy i ostatni. Nawet mamy pieczątki w paszportach z "wężykami". Na ulicach- sami faceci, kobiety gdzieś przemykają pod ścianami. W biały dzień w środku miasta na ulicy nie czułam się bezpiecznie. Nachalni sprzedawcy...  Nawet mogłoby mnie coś zainteresować, ale wystarczyło spojrzeć na jakiś towar, żeby przez następne kilkaset metrów szli i nagabywali. Nie ta mentalność, nie odpowiada mi zupełnie. Granica hiszpańsko- marokańska nie do zapomnienia... Już zapomnieliśmy, jak to jest poza Shengen... Coś potwornego...

      Poleżałam na leżaku, odrobiłam częściowo zaległości czytelnicze, o tym innym razem.

      A w autokarze w drodze powrotnej na lotnisko coś mi chrupnęło w prawym kolanie tak, że zobaczyłam gwiazdki. Siadałam i poprawiałam nogę, źle ustawiłam? Nawet nie była wtedy obciążona, przesuwałam się po siedzeniu... Niech nikt mi nie mówi, że to się nie przenosi... Zaraziłam się od Ślubnego ;) Ale jeszcze teraz czuję, że coś jest nie tak...

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 czerwca 2018 10:23
  • czwartek, 24 maja 2018
    • 30/2018

       

      Wymyśliłam sobie urlop... Od przyszłego poniedziałku, południe Europy, leżak, parasol, drink z palemką, czytnik i ja... przez tydzień... Może jakaś jedna wycieczka krajoznawcza "pro forma", żeby odcisków od leżenia nie dostać... Choć- biorąc pod uwagę zapowiadane temperatury- pewnie Bałtyk by wystarczył...

      Moja alergia szaleje, leki przestają działać... do kataru doszedł duszący kaszel... Chyba, że dołączyła się jakaś infekcja... Może zmiana klimatu dobrze mi zrobi?

      Tymczasem- w zeszły poniedziałek Ślubny zwichnął sobie kolano. To obciążane przez ćwierć wieku.To uszkodzone bardziej już zostało naprawione- popsuło się drugie... Orteza, kule, leki przeciwzapalne, 2 tygodnie zwolnienia... Gdyby nie było ortezy- groził gips... Jakoś ogarniamy rzeczywistość, doktor lotu nie zabronił, boli mniej. Zaświadczenia, że można lecieć- nie potrzeba... uffff... Najwyżej nie pojedziemy na wycieczkę, będzie mus, żeby pojechać jeszcze raz ;)

      Ale by było zbyt pięknie... Ślubny od przedwczoraj- biegunka, bóle brzucha, że skręca, gorączka... Zatrucie, wirus, czy podrażnienie polekowe? Tego nie wie nikt... Ślubny ma przewlekłą chorobę jelit i w jego wypadku leki przeciwzapalne to wybór "między dżumą a cholerą"... My z Młodszym w sumie objawów nie mamy... Oby nie... Dziś już jest lepiej, ale ten urlop jakoś nie chce bezstresowo nadejść...

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 maja 2018 07:47
  • środa, 23 maja 2018
  • niedziela, 13 maja 2018
    • 28/2018

       

      Dziś znowu poczułam na własnej skórze "uroki" mieszkania na 4. piętrze w czasie upałów...

      Zimna woda ciurka jak krew z nosa, nie ma ciśnienia, żeby wypchnąć ciepłą z termy. Dzisiejszy prysznic to masakra, zamiast 5 minut-15...

      Oczywiście zadzwoniłam i zgłosiłam. To nie jest awaria, tak jest co roku. Wystarczy, ze w wodociągach odkrecą właściwy zawór- i woda zaczyna lecieć normalnie. Tylko ktoś włącza tryb "oszczędny", szkoda, że na osiedle, a nie na prywatne trawniki... A mieszkam w miejscu, gdzie woda jest towarem deficytowym, niestety...

      Jest potwornie sucho... Jakby to była 2.połowa sierpnia, a nie maj... Chyba już z miesiąc porządnie nie padało. Alergia moja i Młodszego szaleje... Deszczu, pliiiiiz...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 maja 2018 12:51
  • sobota, 12 maja 2018
    • 27/2018

       

      Będzie książkowo- czytelniczo. A że uzbierało się tego trochę- to pewnie i długawo... Kto nie chce- niech nie czyta.

      Początek kwietnia przyniósł mi nieszczęśliwie prawie dwutygodniowe zwolnienie lekarskie z powodu zawrotów głowy. A może szczęśliwie- bo czytać się jednak dało. Ale w takim stanie- zero ochoty na coś cięższego, najlepiej lekko, łatwo i przyjemnie...

      Agnieszka  poleciła mi Katarzynę Kwiatkowską i jej "Zbrodnię w błękicie". Kryminał retro, ale lekko i przyjemnie napisany. Główny bohater- detektyw- hobbysta Jan Morawski prowadzi śledztwo w sprawie śmierci młodej dziewczyny. Mnóstwo tajemnic, sprzecznych tropów. Bardzo dobrze się czyta mimo, że do tej pory fanką lektury osadzonej w realiach historycznych nie byłam. Wyłączając oczywiście Marka Krajewskiego, ale to zdecydowanie dużo cięższy kaliber. Mało tego- "pociągnęłam" serię dalej i przeczytałam jeszcze "Abel i Kain", "Zobaczyć Sorrento i umrzeć", "Zbrodnia w szkarłacie". Bardzo podobały mi się opisy dworków, posiłków, realia epoki schyłku XIX wieku w podpoznańskich majątkach. Zabór pruski, potajemna walka z zaborcą- te tematy również są poruszane, ale nie przysłaniają czystej przyjemności z lektury. Zaczęłam również tom 5.- "Zgubną truciznę", ale chyba nastąpił przesyt i na razie leży przeczytana gdzieś w 1/4.

      Natomiast zupełnie niechcący okazało się, że terenów Poznania i okolic jednak nie opuszczę za szybko. Jeszcze przed chorobą zaczęłam czytać na telefonie zbiór reportaży Marcina Kąckiego "Poznań- miasto grzechu". Powalające i polecam każdemu. W trakcie lektury rozdziału o arcybiskupie Paetzu nóż mi się w kieszeni sam otwierał. Część o dyrygencie chóru Polskie Słowiki wcale nie jest tak bardzo jednoznaczna, jakby się mogło wydawać. Rozdział o Małgorzacie Musierowicz spowodował, że ze zdecydowanie mniejszym entuzjazmem patrzę na Jeżycjadę (duże R w kółeczku jako znak towarowy) i jej autorkę. A fragment o usiłowaniach odbudowy pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa utwierdził mnie w przekonaniu, że Poznań- to nie miasto. To stan umysłu. Oczywiście nie chcę nikogo z Poznańczyków obrazić, bo dobór tematów w książce był subiektywnym wyborem Autora. Lektura doskonale napisana, zdecydowanie warta przeczytania.

      Dla złapania oddechu czasem sięgam po literaturę typowo "babską". Szczególnie jak jestem chora. Po taką- przeczytać, pośmiać się, może wzruszyć- i za dwa miesiące nie pamiętać, o czym to było... Z tej kategorii pochłonęłam cykl Joanny Szarańskiej "I że ci nie odpuszczę", "Kocha, lubi, szpieguje" i "Nic dwa razy się nie zdarzy". W sumie czytałam niedawno, a pamiętam... hmmmm... niedużo... I jeszcze Alka Rogozińskiego "Kto zabił kopciuszka", Olgi Rudnickiej "Zbyt piękne" i Anety Jadowskiej "Trup na plaży i inne sekrety rodzinne" - też można zaliczyć do tej kategorii. Rogoziński to czysta, żywa rozrywka na jeden wieczór, Rudnicka- niestety- "Nataliom" chyba już nie dorówna, choć czyta się przyjemnie. A Aneta Jadowska dała się poznać z zupełnie innej, niż do tej pory strony- jako autorka całkiem przyzwoitej obyczajówki. Co prawda ostatnio mam szczęście do "kumulacji"- a to miejsca akcji, a to tematyki. Tę książkę czytałam zaraz po "Nieodnalezionej" Remigiusza Mroza, w obu był poruszony bardzo ważny temat przemocy domowej. Jadowska zrobiła to chyba jednak z większą finezją. Czekam na dalsze losy Magdy Garstki, bo bohaterka da się lubić ;)

      Na fali literatury "babskiej" wzięłam też "Zmowę byłych żon" Grażyny Jeromin- Gałuszki. Nigdy nic nie czytałam tej autorki, po tytule spodziewałam się kolejnej bardzo rozrywkowej lektury, a dostałam... coś niespodziewanego. Czytało się doskonale, zakończenie zaskakuje... Wtajemniczonym podsunę tylko, że jest trochę w stylu... ja wiem... Jonathana Carrolla? O tej książce na pewno będę pamiętać dłużej...

      "Zmordowałam" wspomnianą w jakimś poprzednim wpisie Claire Messud i "Dzieci cesarza". Metodą: miesiąc z biblioteki, prolongowana o dwa tygodnie, potem na kolejny miesiąc przerzucona na kartę Ślubnego. Wzięta którejś leniwej niedzieli do pracy i skończona, ale kompletnie mi nie podeszła. Trzydziestolatki w Stanach sprzed 11.09, ale jakieś takie to dziwne. Może wytłumaczeniem jest fakt, że nigdy nie byłam fanką "Seksu w wielkim mieście" ani "Przyjaciół", po prostu taka tematyka do mnie nie trafia. Kropka.

      Coś z zupełnie "innej beczki". Nuria Pradas-"Barcelońskie sny". Fabularyzowana historia słynnego barcelońskiego domu mody Santa Eulalia, widziana przez pryzmat życia prywatnego jego pracowników, różnych stanowisk. Dobrze się czyta, jak ktoś chce coś innego, niż kryminał, reportaż i literaturę kobiecą- pozycja w sam raz dla niego.

      Ale dosyć tej rozrywki, czas na coś poważniejszego.

      Justyna Kopińska "Z nienawiści do kobiet"- zbiór reportaży, część już czytałam w prasie. Warto.

      Filip Springer "Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni publicznej." Tak... tematyka mało "nośna", ale JAK opisana... pyszności, po prostu... Wytknięte mankamenty polskiej "pseudoarchitektury", brak uregulowań prawnych dotyczących wiszących wszędzie reklam, włos się na głowie jeży... Sale weselne udające dworki- potworki, "pasteloza" blokowisk, grodzone osiedla... Trafił się i "kwiatek" w postaci przykładu z mojej miejscowości... A mieliśmy przed wojną jeden z najlepszych systemów planowania przestrzennego. A teraz po prostu nikomu na tym nie zależy... Przykre...

      Z rzeczy trochę lżejszych- Dariusz Kortko, Judyta Watała- "Słodziutki. Biografia cukru". Książka trochę chaotyczna, ale czyta się bardzo przyjemnie. Najciekawsze są chyba rozdziały dotyczące poszukiwań, odkrycia i pierwszych zastosowań insuliny w leczeniu chorych na cukrzycę. Pierwsze zastrzyki potrafiły trwać ponad 20 minut, były bardzo bolesne... A chorzy opisywali je jako "błogosławieństwo", bo np. mogli zjeść kromkę białego pieczywa. Bo do tej pory cukrzycę leczono głodówką, dietami 400 kalorii. Od diagnozy chorzy rzadko przeżywali 5 lat... Jakoś po lekturze odechciało mi się słodyczy i wściekam się na Ślubnego, który potrafi kupić hurtem 10 czekolad, bo akurat był w L...u.... Książkę zdecydowanie polecam wszystkim, nawet tym "na bakier" z literatura faktu.

      Z klasycznych kryminałów- dreszczowców-  zawarłam dosyć obiecującą znajomość z Robertem Bryndzą i jego "Dziewczyną w lodzie". W pewnym momencie wciągnęło mnie tak, że nie mogłam się oderwać. Postarałam się o kolejne części tego cyklu, zobaczymy, jak będzie dalej. Jak na razie "Nocny stalker" też zapowiada się całkiem, całkiem...

      Na koniec- pozycja absolutnie obowiązkowa dla wszystkich myślących sobie: "A może rzucić to wszystko w jasną cholerę, sprzedać wszystko i wyjechać na stałe gdzieś daleko... gdzie piasek i palmy..."  Przyznam się, że szczególnie tej zimy było to moje niedościgłe i niezrealizowane marzenie... Po lekturze "Życia seksualnego kanibali" J. Marteena Trosta moje marzenia jednak mocno przystopowały. Wszystkich, których zgorszył tytuł, informuję- w całej książce o kanibalach jest może z 5 zdań, a o ich życiu seksualnym- może jedno, a może wcale. Autor w dowcipny i bardzo dosadny sposób opisuje swój dwuletni pobyt na Kiribati, dokąd wyjechał z ówczesną narzeczoną. Życie z perspektywy białego człowieka, odciętego od cywilizacji... Prąd wyłącznie z agregatu, woda pitna z deszczówki łapanej do zbiornika - o ile napada deszcz, luksusem jest umycie włosów dwa razy w tygodniu... Upał, bez szans na ochłodzenie... Śmieci i inne odpady (szczegóły w książce) na plaży i w lagunie... Bogate "życie wewnętrzne" - tęgoryjce, ameby i inne "przyjemne" zwierzątka... Dieta praktycznie bez warzyw... Itd... Jakoś tak... odechciało mi się "ciepłych krajów" na stałe... Chociaż bohater po powrocie do cywilizacji "nie mógł się odnaleźć" i po dwóch latach, już z żoną (tą samą) wyruszył znów w tropiki. O tym jest "Na haju do raju", którą też kupiłam i która grzecznie sobie czeka w kolejce.

      A kolejka "do przeczytania" prezentuje się imponująco... Dwa (!!!) ostatnie tomy Lipowa Puzyńskiej, dwa (!!!) ostanie tomy Chyłki i ostatni tom Forsta- Mroza, "Żmijowisko" i cała reszta Chmielarza, bo muszę w końcu zaznajomić się i z tym Autorem... Również- do dokończenia- trylogia Roberta Małeckiego- "Koszmary zasną ostatnie".  I jeszcze tak koło setki innych, co najmniej równie smakowitych,  z „Modyfikowanym węglem” na czele…

      Taki sobie zebrałam "zestaw urlopowy" na koniec maja... Tydzień na  południu Europy, plaża, czytnik i ja.... Chociaż podejrzewam, że planu nie zrealizuję, bo mamy też pozwiedzać... A patrząc na temperatury za oknem- to wcale niewykluczone, że tam będzie zimniej ;)

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „27/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      sobota, 12 maja 2018 19:39
  • wtorek, 08 maja 2018
    • 26/2018

       

      Zdolna jestem niesłychanie... szkoda, że w taki sposób...

      Miałam rozciąć karton. Nie chciało mi się iść po nóż do kuchni, nożyczki były w pokoju. Jeszcze sobie pomyślałam, że muszę uważać, bo kiedyś rozłożonymi nożyczkami w podobnych okolicznościach rozcięłam sobie palce (ścisnęłam normalnie jak nóż, a że były ostre, to przecięłam skórę na trzech palcach prawej ręki). Muszę uważać...

      Jakim cudem osoba praworęczna, trzymając nożyczki w prawej ręce jest w stanie ściachać sobie pół opuszki palca wskazującego PRAWEJ ręki???

      Tak, to ja... Od dwóch dni noszę gustowną "laleczkę" na palcu. W pracy mam kłopoty z wydawaniem reszty. I boli jak jasny gwint...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „26/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 maja 2018 11:49
  • środa, 02 maja 2018
    • 25/2018

       

      Wczorajsze święto pracy uczciłam- a jakże- porządkami. Co prawda tylko w jednej szafce z pościelą, ale wołała już długo. Wyrzuciłam do kontenera z 10 za małych prześcieradeł frotte z gumką (od jakiegoś czasu mamy szersze łóżko), odłożyłam głębiej flanele, wyjęłam na wierzch cieńsze, letnie... Przy okazji odnalazły się wciśnięte w najgłębszy kąt 2 nowe letnie komplety. W szafce zrobiło się luźniej, może nie tak zupełnie, ale przestałam upychać kolanem...

      Dzisiaj do pracy, jutro porządki w szafce z ręcznikami. Kontener, bez sentymentów...

      Żeby mi tak łatwo jeszcze przyszło swoje ciuchy posegregować i bez sentymentu wyrzucić... ech...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „25/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 02 maja 2018 10:45
  • piątek, 27 kwietnia 2018
    • 24/2018

       

      Około 22., po wieczornym spacerze, Młodszy wpada do domu...

      - Tata, a zrobisz mi kanapki?

      - A co ja z tego będę miał? - pyta Ślubny

      - Mmmmm... może to, że nadal będę takim miłym, kochanym i bezproblemowym synkiem?

       

      Malutki dzidziuś... lat 17,5. Gdyby lenistwo miało jakąś wartość w pieniądzach- byłby jednym z najbogatszych ludzi na świecie ;)

      A ojca rozbroił... i kanapki oczywiście dostał...

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 27 kwietnia 2018 19:59
  • czwartek, 12 kwietnia 2018
    • 23/2018

       

      Nie miała baba kłopotu...

      ... to se wcisnęła "przywróć ustawienia fabryczne" w telefonie. Fakt, mulił nieziemsko. Ale to, do czego telefon tak naprawdę jest- czyli rozmowy i sms-y- funkcjonowało bez zarzutu. Aplikacja czytnikowa też.

      I teraz się zastanawiam, ile nowych kontaktów straciłam, bo oczywiście nie zrobiłam kopii na kartę...

      Nic to, jak komuś zależy, to zadzwoni... Ale wszystkie zdjęcia do kontaktów muszę edytować od początku... Dobrze, że przynajmniej kartę zewnętrzną z danymi odłączyłam...

      Nie lubię przystosowywania nowego telefonu do swoich przyzwyczajeń...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „23/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 kwietnia 2018 09:17
  • środa, 11 kwietnia 2018
    • 22/2018

       

      Obiecałam poruszyć kwestię zamienników i zamiany produktów leczniczych wypisanych na receptach. Jeśli dla kogoś sprawa jest jasna- a wiem, że tacy "czytacze" też tu bywają- proszę sobie odpuścić. Będę pisać o lekach, wypisywanych na recepty. Suplementy diety odpuszczam, bo to temat- rzeka. A MOJE ZDANIE na temat suplementów diety jest takie, że jeśli ma to być traktowane jako żywność- to marsz do sklepu spożywczego. A w aptekach powinny być sprzedawane WYŁĄCZNIE LEKI z badaniami, o udokumentowanym działaniu. Kropka. Rzeczywistość- jak wiemy- jest inna, ale tego tematu poruszać nie chcę, bo mi się nóż w kieszeni otwiera.

      Dla pozostałych: Kwestia zamiany leków jest uregulowana w przepisach. Lek, na który zamieniam ten przepisany na recepcie- musi mieć taką samą NAZWĘ MIĘDZYNARODOWĄ (to te małe literki, zazwyczaj pod nazwą handlową leku na opakowaniu), postać, dawkę i wskazanie terapeutyczne. NIE WOLNO nam jako farmaceutom dokonywać zamian w obrębie grupy terapeutycznej- czyli danego preparatu na inny, o podobnym działaniu (np.meto.prololu na biso.prolol). To może TYLKO lekarz, na szczęście... Postać możemy zamieniać, jeśli nie przyniesie to różnic w terapii- np. tabletki niepowlekane na kapsułki o natychmiastowym uwalnianiu. Ale już na postać o działaniu przedłużonym zamienić mi nie wolno. Tabletek na czopki albo ampułki- też nie. Co do dawki- mogę wydać mniejszą, niż zapisana na recepcie, jeśli większa stanowi wielokrotność mniejszej, a przyjmowanie "po 2 tabletki" nie spowoduje różnic w uwalnianiu i działaniu leku. Wtedy wydaję wielokrotność opakowań, żeby sumaryczna wydana ilość leku zgadzała się z receptą Jeśli np wypisano lek XXX 100 mg 20 tabl, a ja mam tylko XXX 50 mg po 20 tabl- to- jeśli pacjent chce- wydaję 2 op- 40 szt. XXX po 50 mg. Oczywiście informując pacjenta, że ma łykać po 2 tabletki, dokonując adnotacji na karteczce z dawkowaniem od lekarza itd. Dawki np. dwukrotnie mocniejszej i z informacją "będzie pan łykał po pół, a nie po całej tabletce" wydać mi absolutnie NIE WOLNO, choćby od wyższej półka się uginała, a mniejsza była deficytem na wagę złota. I nie ma znaczenia, że pacjent powie "ja biorę tę wyższą, lekarz mi zawsze zapisywał, a teraz się pomylił".  NIE WOLNO i już.

      Najczęściej jednak zamieniamy leki w obrębie nazwy międzynarodowej. Czy zastanawialiście się kiedyś, ile na rynku jest np. antybiotyków- jako substancji leczniczych? Może kilkanaście? A każda firma produkująca leki w momencie wygaśnięcia patentu włącza do swojego portfolio daną substancję leczniczą i rejestruje ją pod własną nazwą preparatu. Stąd- pozornie- wielki wybór w terapii. A fakt, że nie wszystko jest dostępne w handlu- skutkuje sytuacją, która spotkała Eldkę, której dwukrotnie zamieniono antybiotyk wypisany na recepcie, za każdym razem inny- na bior.acef. A mogła pierwotnie mieć przepisany zin.nat, cer.oxim, cefuro.xime- ratiop.harm, furo.cef, novoc.ef, xorim.ax, zam.ur, zino.xx.  Taki sum.amed może być zamieniony na np azi.biot, azi.trox, azit.eva, azi.mycin, azitro.lek, azy.cyna, can.biox, macrom.ax, nobax.in.  Możliwości jest wiele, podałam te, które zamieniane są najczęściej i jest to ogólnie przyjęte za normę. Bo pacjent na dyżurze w sobotę ok. 23 nie będzie czekał do poniedziałku, aż mu ten konkretny antybiotyk z recepty sprowadzimy, tylko terapię chciałby zacząć już. A lekarze czasami też na dyżurach przepisują wszystkim to samo "jak leci" i nawet zapas zamówiony "pod dyżur" się kończy. Wtedy zamieniamy. Chyba, że lekarz napisze na recepcie magiczne NZ- "nie zamieniać"- wtedy rozkładamy ręce i odsyłamy pacjenta, bo zamienić nie wolno... Zazwyczaj pretensja do wszystkich świętych, tylko nie do lekarza, który akurat upodobał sobie ten konkretny preparat.

      Czego się "programowo" nie zamienia? Zazwyczaj takich, gdzie małe wahania stężenia leku we krwi, wynikające np. z innych substancji pomocniczych w tabletce, mogą powodować znaczące różnice terapeutyczne i działania niepożądane. Jest to również kwestia "ustawienia" pacjenta na konkretny preparat, jego metabolizmu, diety itd. Do takich zaliczamy przede wszystkim leki przeciwpadaczkowe, rozszerzające oskrzela z teofi.liną, część nasercowych, część przeciwcukrzycowych, część psychiatrycznych. Z zasady absolutnie nie zamienia się insulin, zresztą nigdy mi się nie zdarzyło, żeby pacjent poprosił o taką zamianę. W takich przypadkach- jeśli lek przepisany na recepcie jest niedostępny, co zdarza się niestety coraz częściej-  odsyłamy do lekarza.

      Są też zamienniki- "samograje", gdzie mam "wkodowane", że "ten jest zamiennikiem tego". Amlo.pin- amlo.zek, augmen.tin- amok.siklav, acc- flui.mucil. I muszę się dobrze zastanowić, idąc do szuflady- żeby nie- czytając betal.oc- nie złapać za be.to. Co zresztą zrobiłam- i potem jeździłam po okolicy… Z rozmów ze znajomymi farmaceutkami w odniesieniu do wyżej wymienionych par leków wynika, że nie tylko ja tak mam. Z czym się to wiąże- nie wiem, ale akurat te konkretne preparaty mamy w pamięci "jako zamienniki".

      Ufff... temat- rzeka. Mam nadzieję, że trochę przybliżyłam. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania w tym temacie- postaram się odpowiedzieć. Piszcie w komentarzach.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „22/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 11 kwietnia 2018 10:22
  • piątek, 06 kwietnia 2018
    • 21/2018

       

      Od miesiąca (!!!) morduję- bo inaczej się tego nie da nazwać- książkę Claire Messud "Dzieci cesarza". Działa na mnie jak najlepszy środek nasenny. 2-3 strony i odlot. W tym tempie doszłam do połowy, przedłużyłam w bibliotece wypożyczenie na następne 2 tygodnie i czuję, że chyba... nie dam rady... Amerykańska obyczajówka sprzed 11.09, ale kompletnie NIC się nie dzieje, a ja nie mogę utożsamić się z bohaterami. Za młodzi? Nie nasze problemy? Dość, że nie podchodzi mi zupełnie...

      Wkurzona sytuacją i zmęczona chorobą sięgnęłam po coś innego. Już chyba kiedyś pisałam, że Musierowicz i Jeżycjada to moje "guilty pleasure". I mogę czytać dziesiątki niepochlebnych opinii na forach, ale i tak przeczytam, żeby choć trochę uszczknąć tej niedzisiejszej atmosfery rodzinnej, gdzie "jeden za wszystkich..." Najnowszy tom "Ciotka zgryzotka" połknęłam wczoraj w jeden wieczór. Przyznam się- znalazłam na gryzoniu i przerobiłam internetowym konwerterem do wersji na czytnik. Dało się, a jakże, jakość więcej niż przyzwoita. Wyrzutów sumienia nie mam, bo normalną legalną wersję papierową i tak zakupię. Odnośnie lektury- przyzwoita, w sumie lepsza od dwóch ostatnich tomów. Wszystkie niedoróbki, niedorzeczności i nonsensy w postępowaniu bohaterów zostały już wypunktowane przez zagorzałych fanów w różnych miejscach, więc nie będę się powtarzać. Napiszę tylko, że szesnastolatka NIGDY nie wyrzuciłaby z rozmachem smarfona w głębokie pokrzywy, uprzednio go jeszcze wyłączając. Albo się wkurza i wyrzuca bez namysłu, albo wyłącza i to jest ten moment, że go jednak NIE wyrzuci. Kompletny brak kontroli w ciąży i niewykrycie łożyska przodującego też wydaje mi się lekko naciągany, tym bardziej, że chyba żadna porządna szkoła rodzenia nie przyjmie pacjentki bez zaświadczenia lekarskiego, że nie ma przeciwwskazań? Nie jestem w temacie... Poza tym- drażni mnie sytuacja, gdzie wyżywienie kilkunastu osób, nawet na wsi, gdzie ma się własne kury, jajka, warzywnik i sad- bierze się "znikąd". Abstrahując od ilości koniecznej włożonej pracy... Przecież mąkę i cukier do tych ton wypiekanych ciast trzeba gdzieś i za coś kupować? Płacić rachunki? Bohaterowie są jednak trochę oderwani od finansowej rzeczywistości... Wesele na wsi w niedzielę, a nie w sobotę? Może co kraj to obyczaj, jak bezalkoholowe to się robi właśnie w niedzielę?

      Ten tom jest tak napisany, że w zasadzie może być ostatni... Opisowa zbiorowa scena na weselu Józinka zdecydowanie za tym przemawia, jest jakaś taka... podsumowująca... "Gdybanie", co będzie za ileś lat z główną bohaterką też nie było do tej pory na porządku dziennym... Wszystko się musi kiedyś skończyć, nawet Jeżycjada...

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      piątek, 06 kwietnia 2018 09:41
  • czwartek, 05 kwietnia 2018
    • 20/2018

       

      Chyba naprawdę jestem chora. Wczorajszy dzień przeleżałam w łóżku, na szczęście już bez mdłości, podsypiając i drzemiąc na przemian, nawet książki nie mogłam czytać, bo po 5 minutach oczy mi się same zamykały. Wieczorem chciałam obejrzeć odcinek serialu- obejrzałam połowę, zmogło mnie o 21.30, z totalnym "odlotem". Obudziłam się dziś o... 10.00 i gdyby nie mus wzięcia leków, a wcześniej zjedzenia czegoś- pewnie spałabym dalej. W sumie nie czułam, ale czyżbym miała aż takie niedobory snu, że mi się organizm zbuntował? Pamiętam, że przy którymś poprzednim epizodzie też byłam totalnie niedospana...  I teraz, po 1,5 h od pobudki też najchętniej poszłabym spać... Ki diabeł???!!!   Aż mi szkoda tego "leżącego" zwolnienia, bo za oknem w końcu wiosna w pełni...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „20/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 kwietnia 2018 11:27
  • środa, 04 kwietnia 2018
    • 19/2018

       

      Wczorajszy dzień wycięty z życiorysu. Do pracy wcześnie rano. Potem- dotarłam do domu na autopilocie, czule objęłam kibelek... i padłam... Przyczyna- taka jak hospitalizacji 1,5 roku temu. Znów paskudne zawroty głowy, wymioty... Leżenie tylko płasko "na baczność", otwarcie oczu skutkowało mdłościami i obejmowaniem miski... Wieczorem zdecydowaliśmy ze Ślubnym, że nie jedziemy do szpitala, czekamy do rana. Tym bardziej, że w końcu zaczęła mi zostawać w żołądku wypijana woda. W szpitalu zrobiliby ze mnie jedynie poduszkę do igieł i gąbkę na kroplówki...  W diagnostyce nic nowego by przecież nie wymyślili...  We własnym domu mam od łóżka do łazienki trzy kroki po ścianie, w szpitalu dotarcie do łazienki przez pół oddziału mogłoby być problematyczne...

      Poranek sporo lepszy, dotarłam (z pomocą Ślubnego) do lekarki rodzinnej bez rejestracji, wymigałam się od skierowania do szpitala. Leżące zwolnienie do poniedziałku, jakieś leki, coś nowego, mam odpoczywać... Przyczyny takich ataków jakieś tam są, ale uniknąć ich się nie da. Każdy następny na szczęście zaczyna się bardziej nagle, ale krócej trwa. Tylko potem około 2-3 tygodnie nie mogę gwałtownie ruszać głową i się schylać.

      Ale przy komputerze też nie mogę długo siedzieć. Głowa dopomina się o poduszkę... jednak...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „19/2018”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      cytrynka1
      Czas publikacji:
      środa, 04 kwietnia 2018 12:01

Kalendarz

Październik 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Kanał informacyjny